Ostatni wtorek (Szaniawska, 1887)

>>> Dane tekstu >>>
Autor Karolina Szaniawska
Tytuł Ostatni wtorek
Pochodzenie „Kalendarz Lubelski Na Rok Zwyczajny 1887“
Wydawca M. Kossakowska
Data wyd. 1887
Druk M. Kossakowska
Miejsce wyd. Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


OSTATNI WTOREK
przez
Karolinę Szaniawską.

Śnieg, który padał przez ubiegłą noc do rana, pokrył ziemię puszystym kobiercem. Długie szeregi ulic, wczoraj jeszcze szare i brudne, ustroiły się świątecznie, w dziewiczą szatę niezrównanej białości, po której, parostopniowy przymrozek rozsypał moc brylantów, a jasny promień południowego słońca, rozbudził wszystkie barwy tęczy.
Dzień był prześliczny. Nie tracono go też napróżno. Tłumy spacerujących snuły się po ulicach, rumiane twarzyczki malców, którym ostra zima tak rzadko pozwala użyć świeżego powietrza, jaśniały zadowoleniem. A ileż ich tam było w każdych sankach... Zdało się, że cały zastęp Murillowskich aniołków zstąpił na ten mizerny padół płaczu i w największem ożywieniu rozkoszuje się przyjemnościami zimy. Odgłos dzwonków nie ustawał, a nawet wzmógł się jeszcze, o ile to było możliwem, za nadejściem zmroku. Białe aniołki posilały się pewnie, spowiadając z wrażeń po rozkosznej przejażdzce, aby za chwilę utonąć w objęciach... poduszek; a na ulicach gwar wzrastał, życie wrzało w całej pełni.
Wszak to „Ostatni Wtorek“.
Ostatni dla tych, którzy przez całe kilka tygodni myśleli jedynie o zabawie, ostatni dla różnych poważniejszych kombinacyj, ale nie ostatni dla licznych trosk, jakie życie nad stan sprowadza.
Lecz dziś nie pora do smutnych rozmyślań. Długi szereg przykrych refleksyj z towarzyszeniem łez i narzekań przyjdzie kiedyś, w bardziej właściwym czasie — bawmy się tymczasem, bawmy... Czy ta zabawa jest istotnym obrazem naszych uczuć, echem wesołości jaką w sercu nosimy, czyli też odurzamy się chwilowo, by stłumić bolesne westchnienia, zagłuszyć jęki drugich, lub zamaskować własną niedolę, — mniejsza o to, bawmy się jak najgłośniej...
Przed wysoką kamienicą, sanki zatrzymywały się co chwila. Stara stróżka stoi w bramie, chucha w zmarznięte ręce i liczy. Wszak to dla niej żniwo.
Każda para sanek przywozi, co najmniej dziesiątkę. Mniejsza, że co chwila opuszczać trzeba ciepłą izbę, gdyż Tomasz strasznie jakoś zaniemógł i ruszyć się nie może; że nie trudno przy takiem gwałtownem ochładzaniu się, o tyfus lub coś podobnego, bo kto przez lat tyle przywykł powtarzać toż samo, ten się choroby nie obawia.
Na parterze u „samego pana“ wielki bal dzisiaj — kucharka mówiła, że zaręczyny najstarszej córki. Na pierwszem piętrze u kupca, także zabawa; — na drugiem również tańce, bo tam często skaczą — a i w suterenach stara maglarka wyprawia sute przyjęcie; muzykę sprowadzono zaraz po południu, bo ktoby tam dziś maglował. Tylko w pokoiku od podwórza ciemno jeszcze. Tomaszowa zapytywała kilkakrotnie czy lampę zapalić, ale nie otrzymawszy odpowiedzi, zła trochę wychodziła do bramy pocieszając się nadzieją obfitego plonu. Ciszę w pokoiku, po każdem odejściu Tomaszowej, przerywał tylko stary zegar, który chrapliwym tonem gdakał niestrudzony, podobny w tem do zrzędy, który nudzi i łaje bez wytchnienia. Wreszcie niebieskawy płomyk zapałki rozjaśnił ciemności — lokatorka tajemniczego pokoiku zapaliła świecę.
Jest nią zgrzybiała prawie staruszka. Czas który odebrał jej włosy, zęby, rumieńce i gładkość lica, a szerokiemi bruzdy poorał twarz i czoło, pozostawił jej przecież najwyższą, najcenniejszą urodę, która jest wiernem odbiciem zacnej duszy, zwierciadłem czystego sumienia. — Te blade wygasłe oczy, były pewno niegdyś błyszczące i ognia pełne, zapaliły one iskrę miłości w niejednem sercu... zaciśnięte usta jaśniały barwą karminu, czoło gładkie było i jak marmur białe, twarz rumiana... Dziś wszystko inaczej, a jednak patrzymy z niekłamaną przyjemnością na jej pomarszczone oblicze, spokojne jak powierzchnia jeziora, pogodne niby cichy dzień majowy. Bo jakżeż niema być spokojną nasza staruszka, — pierwszy to dzień, w którym czuje się zdrowszą i silniejszą, bo nawet kaszel wierny towarzysz od lat dwudziestu kilku dziwnie złagodniał od samego rana. — Dźwięki tanecznej muzyki dolatujące ją, ukołysały ją przyjemnie i spiąc śniła na jawie... Ujrzała się w dawnem otoczeniu, wcale niepodobnem do warunków w jakich obecnie się znajduje. Córki dwie dorodne, piękne jak róże, tańczą tam — w saloniku; ona troskliwa gosposia, uwija się i krząta aby wszystko było jak należy. Mąż spojrzy na nią w przelocie, nie zatrzymując się, boć i on ma też do spełnienia równie ważne zadanie. Stara, poczciwa Jagusia, pomaga pani z całą gorliwością i tak we dwie krzątają się by przygotować stół do kolacyi.
Wejście stróżki rozwiało ten obrazek.
— Może paniuńciu podać herbatę?
— Później, później, Tomaszowo.
Zdziwiona niezwykłym postępowaniem staruszki, mruknąwszy coś niechętnie, stróżka wyszła, by choć na chwilę zajrzeć do maglarki, gdzie ją zaproszono i tylko przez wzgląd na lokatorkę pokoiku od podwórza, ociągała się do tej pory.
Staruszka westchnęła.
Zbudzona przed chwilą z błogich marzeń uczuła się samotną i opuszczoną. Gdzie jasnowłosa Helenka? gdzie Kazia, co była pociechą i podporą starości? co się stało z Ignasiem, co miał do swego serca przytulić matkę sierotę..? gdzie Franciszek? wszak przysiągł, iż jej nie opuści aż do... śmierci... Niestety! wszyscy ją już opuścili... Helenka dawno już, bardzo dawno, z maleńką swą dzieciną. Zaledwie szczęście uśmiechnęło się do niej, musiała się z niem rozstać na wieki... Ignaś, w parę lat po niej, niby drobna gałązka oderwana od pnia rodzinnego, pojechał gdzieś w świat daleki i już go nie widziała ni razu. Tylko później, w szary wieczór jesienny, gdy wiatr zawodził głucho, łamiąc wszystko, co spotkał na drodze, odebrała krótki list, skreślony drżącą ręką i... promień włosów jedynaka. Jedyna to pamiątka po nim, jedyna spuścizna.
A Franciszek, dla czego nie dotrzymał przysięgi..? Życie jego było długim szeregiem poświęceń, zaparcia się siebie i pracy. Zacny, święty człowiek! Nie umiał zebrać majątku, niezdolny do przeniewierzeń i popełnienia niegodziwości, dążył tylko do tego, aby sobie emeryturę na stare lata zapewnić. Wysłużył zaledwie tyle, by żona jego nie umarła z głodu i poszedł odpocząć, po długiem, użytecznie spędzonem życiu. Przykro mu było rozstawać się z towarzyszką, która blizko przez pół wieku dzieliła jego dolę, umierał jednak spokojny o jej byt, pewny, że ten kawałek chleba, na który przez lat tyle uczciwie pracował, wystarczy jej do śmierci. Bóg widzi jak trudnoby wystarczył. Dawniej — tak, dawniej — ona pamięta, chleb był mniej gorzki, nie tak ciężko opłacać go było trzeba — pozostawała jej Kazia. Biedna Kazia! Czemu ona była tak zawsze milcząca i smutna. Nie skarżyła się wprawdzie ani płakała, lecz nikt nie widział uśmiechu na jej ustach. Może nosiła w sercu niezabliznioną ranę, może los dotknął ją boleśnie..? Bóg to jeden wie tylko, bo chociaż była dla matki tak serdeczna i tkliwa, niby siostra lub przyjaciółka najlepsza, nigdy jednak nie zwierzyła jej swego cierpienia. Pracowała tylko — pracowała aż do tchu ostatniego. Lekarz powiedział że zabiła się pracą. Umierając, płakała, że zostawia matkę w tak strasznem sieroctwie, wyrzekała iż ją opuszcza. Stara matka pewna prawie, że wkrótce za nią pośpieszy, bezsilna i niezdolna do życia przeżyła już od tej pory długie cztery lata... O! bo człowiek dużo przeboleć musi, dużo przecierpieć, zanim ostatnia jego wybije godzina. A przytem poznała i niedostatek. Emerytura, stanowiąca za życia Kazi nie wielką pomoc, pozostała teraz jedynym funduszem, nie wystarczającym na opędzenie codziennych potrzeb. Lecz ona tem się nie martwi, potrzeba jej tak mało...
Dziwna rzecz doprawdy, jak dziś czuje się zdrową, jak nic jej nie dolega. Nad ranem już, we śnie, ukazał się jej Franciszek, potem Ignaś, a teraz — ot tam, w kąciku, przy szafie stoi Kazia i uśmiecha się do niej... Tak, tak, to ona... blada zawsze, w czarnej sukni, z zadumanem czołem... Ach! wyciąga ręce, porusza ustami, jak gdyby chciała coś powiedzieć... Wielki Boże! przyszła, przyszła odwiedzić chorą matkę. Co za szczęście, co za radość! Czyliż naprawdę Bóg ulitował się nareszcie i pozwolił jej opuścić pozagrobowe mieszkanie..? Ignaś... Helenka... Franio... wszyscy, wszyscy są przy niej. Pokoik się zaludniał, tajemniczy goście nie naruszali jednak panującej w nim ciszy...
Nareszcie drzwi skrzypnęły i ukazała się w nich Tomaszowa, czerwona jak piwonia i bardziej stanowcza, niż przed godziną.
— No proszę imości — rzekła zaraz na wstępie, przystępując do łóżka — człowiek tylko raz żyje na świecie, toć nie dziwota że chciałby trochę wesołości zakosztować. Duchem łóżko pościelę, naszykuję wody, obrządzę się i pójdę, bo tam czekają, a maglarka właśnie posłała po piwo.
— Cicho, szepnęła staruszka — Franuś przyszedł, czyż nie widzisz? Helenka się dziwi, nie trzeba mówić tak głośno.
— Gdzie tu u imości jaki Franuś, co za Helenka?
— Nie widzisz..? A Kazia tam... przy szafie.
Tomaszowa schwyciła się za głowę, wytrzeźwiona zupełnie.
— Proszę pani — rzekła, trzęsąc ręką staruszki — proszę pani!
— Mówże ciszej, proszę — patrz, Kazia spogląda w tę stronę.
Wylękniona stróżka zaczęła płakać.
— Imościuniu droga, kochana! co to jest? co to znaczy? wołała wśród łez.
Nagle spojrzawszy w nieruchome oczy staruszki, cofnęła się ku drzwiom.
— Biegnę po pannę Anielę — rzekła, zatrzasnąwszy je za sobą. Świeca wypaliła się i zgasła, ciemność zaległa pokoik, a staruszka majaczyła jak we śnie, powtarzając drogie imiona.
Na górze u kupca rozpoczął się właśnie mazur nie biały jednak bo zagrożony o północy nadejściem popielca. Wybijano chołupce, aż trzęsły się szyby. Tomaszowa z maglarką wpadły do pokoju, a za niemi dwie jeszcze jakieś baby, z których jedna niosła zapaloną gromnicę.
— To ci nieszczęście — narzekała stróżka — jedyna krewna nie zamknie jej oczów, bo tam gdzieś gra na balu.
Zapaliły lampę odmawiając pacierze... Gromnica wypadła z konwulsyjnie zaciśniętych palców... Staruszka już nie żyła.
Po ciężkich, długich dniach karnawału, nadszedł dla niej nareszcie „ostatni wtorek.“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karolina Szaniawska.