Panna do towarzystwa/Część druga/XLII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Panna do towarzystwa
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Demoiselle de compagnie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLII.

— Rzeczywiście Julian Vendame czekał, — czekał spokojnie i z cierpliwością.
W poniedziałek rano o wschodzie słońca, wieśniacy z Morfontaine idąc w pole na robotę zauważyli żaluzye i okna pawilonu pana Loiseau otwarte na roścież, i malarza przybranego w swój tradycyonalny kostium, to jest białą bluzę, płaską czapkę, oddającego się operacyi mycia i skrobania ścian, poprzedzających malowanie.
Vendame posiadał głos do najwyższego stopnia fałszywy, lecz ostry i wysoki, który poczciwi wieśniacy musieli znajdować przepysznym, skrobiąc więc ściany, śpiewał na całe gardło, ulubione piosnki z kawiarni śpiewających w Paryżu.
Kobiety i mężczyźni zatrzymywali się przed pawilonem.
Mężczyźni słuchali z wytężoną uwagą.
Kobiety nie zadawalniały się samem słuchaniem, ale oprócz tego przyglądały się śpiewakowi i to nie bez przyjemności.
Kiedy Vendame przerwał śpiewanie, aby tchu złapać, zarzucony został pytaniami, w tym rodzaju:
— Więc pan Loiseau każe reperować?
— Czy ma zamiar wynająć?
— Czy powróci ten zacny człowiek?
— Czy wiesz pan, że żałują go w całej okolicy, i tak dalej, i tak dalej, bez końca.
Julian odpowiadał co tylko przychodziło mu do głowy, ciągle myjąc, ale bez wielkiego pośpiechu.
Trzeba było, ażeby robota długo trwała.
Kiedy dyliżans kolejowy miał nadjeżdżać z Survilliers i zdala można było usłyszeć jego turkot, Julian przerywał robotę i wychylał się z okna, aby obserwować.
Nie widząc tego, czego się spodziewał, pośpieszał wziąść na nowo skrobaczkę lub penzel.
Konduktor przejeżdżając, życzył mu dnia dobrego.
Każdego rana i każdego wieczoru, dwaj ci ludzie zasiadali do stołu naprzeciwko siebie, w oberży Jana-Jakóba, gdzie pseudo-malarz regularnie jadał.
Po obiedzie Julian nie bawił nigdy długo w oberży, wcześnie wracał do domu.
Bez przerwy uszy i oczy jego były czynne, dozorując ciągle aleję prowadzącą do domu doktora Gilberta.
Już od trzech dni zainstalowany był w pawilonie, a jeszcze nie dostrzegł żadnego z mieszkańców willi.
Cieszył się tem, in petto, gdyż niedowierzał doktorowi, a szczególniej jego psom, o których węchu przekonał się.
W dniu i w chwili, kiedy Filip de Garennes dojeżdżał do Bry-sur-Marne, otrzymawszy naglącą od swej matki depeszę, Julian już po śniadaniu, z penzlem w ręku zajął miejsce w swojem obserwatoryum.
Według zwyczaju śpiewał, aby się rozerwać.
Nagle posłyszał szczekania psów i poznał głosy „Agry“ i „Nella“.
Rzuciwszy wzrokiem w stronę alei, ujrzał charty biegnące w podskokach, z oznakami wielkiej radości.
Doktór Gilbert szedł za niemi z biczem w ręku.
— Aha, aha! myślał Julian, otóż i doktór, pewno będzie tędy przechodził... trzymajmy się, starać się ukrywać, byłoby niezręcznością.
I drgającym cokolwiek głosem zaintonował drugą strofkę piosnki l’Amant d’Amanda.
Psy biegając przed swoim panem, goniły się, wymijały się nawzajem, ciągle szczekając całym głosem.
Sto metrów blisko dzieliło ich od doktora Gilberta, i dobiegły już na pięćdziesiąt metrów od pawilonu.
Nagle zatrzymały się, z sierścią nastroszoną, bijąc się po bokach ogonami, wciągając powietrze i wyszczerzając groźnie kły.
Doktór zawołał na nie.
Nie poruszyły się, jak dobrze tresowane wyżły stające do zająca.
— Do nogi! zawołał doktór Gilbert, nie pojmując ich napastniczej postawy.
Julian śpiewał ciągle.
Po chwili, charty poczęły wyć w sposób przeraźliwy, i rzuciły się próbując wskoczyć przez otwarte okno do pawilonu.
Vendame obrócił się:
— A do budy! rzekł ostrym głosem.
Dodając po cichu:
— Zwietrzyły mnie te paskudne psiska.
Miał ochotę zamknąć okno, lecz byłaby to niezręczność, i nie uczynił tego.
Psy wyły ciągle z zadziwiającą wściekłością.
Doktór Gilbert zbliżył się do nich i zaciął je po grzbietach, kilku potężnemi uderzeniam i bicza.
Vendame czuł zbliżającego się doktora, nie przestając malować sufitu, postarał się ochlapać sobie twarz białą farbą, co uczyniło mu prawdziwą maskę.
Z zuchwałością odwrócił się.
— Cóż one tak na mnie szczekają, te psiska? rzekł zachrypniętym głosem, pokazując swoją twarz powalaną nie do poznania.
— Najmniejsza rzecz zajmuje je i niepokoi — odpowiedział doktór Gilbert — pawilon ten oddawna był zamknięty, spostrzegłszy dziś okna o twarte i widząc obcego człowieka, zadziwiły się.
Julian malował bez ustanku.
— Ah! rzekł zawsze tym samym zachrypniętym głosem: Więc to o to im chodzi! Ależ wrzeszczą te pańskie psiska.
— Czy kto będzie mieszkał w tym pawilonie? zapytał doktór Gilbert.
— Nic nie wiem mój panie... Mój majster mnie tu przysłał i przyszedłem, a co do reszty, ani wiem, ani znam.
Psy znowu rzucać się poczęły do okna, ze wściekłem wyciem.
Drugie uderzenie bata zmusiło je do milczenia, i doktór poszedł wraz z niemi drogą wiodącą na pole.
Julian odetchnął.
— Wybornie! mówił sobie, widział moją twarz a nie poznał... Wszystko idzie jak najlepiej. — Psy więcej od niego mają węchu. Na szczęście pozbawione są mowy, te obrzydliwe bydlęta!
I nie przestając pilnować drogi, zaczął śpiewać la Canne à Canada.


W willi Bry-sur-Marne, nic szczególnego się nie wydarzyło.
Filip powrócił da Paryża zaraz po obiedzie, a pani de Garennes o wpół do dziesiątej wieczorem odprowadziła Genowefę do jej pokoju.
Młoda dziewczyna cierpiała coraz więcej... Przymusiła się aby zejść na dół na obiad.
Baronowa zmuszoną była pomódz jej rozebrać się i położyć do łóżka.
Genowefa z wylaniem dziękowała trucicielce, a nawet w głębi duszy przysięgała jej wdzięczność, do tego stopnia była oszukaną umizgami tego Judasza w spódnicy.
Służący zauważyli również grzeczności baronowej i mówili między sobą:
— Pani baronowa jest bardzo dobrą osobą, kocha swoją pannę do towarzystwa, jak gdyby to była własna jej córka, i tak ją pielęgnuje, jak rodzoną...
Pomimo cierpień prawie nie do zniesienia, Genowefa umiała zachować spokój zupełny.
Siedząca przy jej łóżku pani de Garennes, studyowała jej fizyonomię.
Pozostała przy łożu boleści aż do wpół do dwunastej w nocy, odeszła mówiąc do siebie:
— Zbyt jest spokojną. Z pewnością tej nocy kochanek nie przyjdzie.
Od dziesiątej wieczorem, Hieronim zajął stanowisko obserwacyjne w parku.
Przykucnąwszy za krzakiem, trzymał strzelbę na kolanach, i nie spuszczał z oczu muru granicznego w miejscu, przez które złoczyńca wdzierać się będzie usiłował.
Czytelnicy wiedzą, że Raul nie miał przyjechać tej nocy do Bry-sur-Marne, pozostawimy więc w spokoju napróżno oczekującego ogrodnika.
Hieronim około drugiej po północy zeszedł z warty, zdrętwiały i szczękający zębami od chłodu nocnego, gdyż chociaż dni były gorące, noce za to szczególniej chłodne.
Nazajutrz rano zdał sprawę baronowej, ze swojej nieudanej wyprawy.
— Dziś wieczór rozpoczniesz na nowo, rzekła mu pani de Garennes, i zdaje mi się, że tym razem będziesz szczęśliwszy.
— Pragnąłbym tego bardzo, odrzekł Hieronim. Jeżeli jest pan Bóg dla uczciwych ludzi, dla złodziei są kule kalibrowe... Będę dobrze pilnował...
— Będziesz za to dobrze wynagrodzony...
Poczem baronowa poszła do pokoju swej panny do towarzystwa.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.