Piętnastoletni kapitan (Verne, 1917)/Tom I/Rozdział X


Rozdział IX Piętnastoletni kapitan • Tom I
Rozdział X

Wypadek z busolą. • Juliusz Verne
Rozdział XI
Rozdział IX Piętnastoletni kapitan
Tom I
Rozdział X

Wypadek z busolą.
Juliusz Verne
Rozdział XI
przekład anonimowy

Uwaga! Tekst niniejszy w języku polskim został opublikowany w 1917 r.
Stosowane słownictwo i ortografia pochodzą z tej epoki, prosimy nie nanosić poprawek niezgodnych ze źródłem!


Młody więc nowicyusz został kapitanem Pilgrima, i nie tracąc czasu, zaczął pełnić swoje obowiązki.

W obecnych warunkach jedyną nadzieją pasażerów było już nie dostanie się do Valparaiso, ale wylądowanie w jednym z najbliższych portów amerykańskich.

Dick starał się poznać kierunek i szybkość statku, aby wiedzieć, na co liczyć może; w tym celu trzeba było codziennie oznaczać na mapie przebytą drogę.

Pilgrimposiadał na pokładzie t. zw. »patent-lochs« z indeksami i szrubą, nadzwyczaj dokładnie wskazujący szybkość w pewnym oznaczonym czasie. Nader to pożyteczne narzędzie, dające się z łatwością użyć, mogło ono oddać wielkie usługi, a murzyni prędko nauczyli się z niem obchodzić.

Istniała wszakże poważna przeszkoda do dokładnych obliczeń, a te stanowiły prądy. Dla jej usunięcia należałoby uciec się do obserwacyi astronomicznych, a tych Dick czynić nie był w stanie, brakło mu bowiem odpowiednich wiadomości.

Pierwotnie młody kapitan miał zamiar płynąć do Nowej Zelandyi, gdyż żegluga tam trwałaby o wiele krócej, ale gdy wiatr dotąd nieprzyjazny zmienił się na przyjazny, postanowił skierować się ku Ameryce.

Murzyni wykonali dokładnie wskazane przez Dicka manewry; Pilgrim posuwał się teraz spiesznie, zwrócony przodem ku wschodniemu wiatrowi i trzeba było utrzymać go tylko w tym kierunku, co nie przedstawiało trudności, albowiem płynęli z pomyślnym wiatrem.

– Doskonale, moi przyjaciele – zawołał Dick – zanim dopłyniemy do lądu, staniecie się dzielnymi marynarzami.

– Będziemy się starali, aby pan kapitan był z nas zadowolony – powiedział stary Tom.

Pani Weldon pochwaliła również poczciwych murzynów.

Pilgrimmknął szybko po powierzchni morza, pozostawiając poza sobą równy szlak, co dowodziło, iż płynął spokojnie.

– Teraz jesteśmy na dobrej drodze, pani Weldon – rzekł nowicyusz – oby tylko ten przyjazny wiatr nie uległ zmianie.

Pani Weldon uścisnęła dłoń energicznego chłopca, a następnie udała się do swojej kajuty, aby się uspokoić nieco po tylu wstrząsających wzruszeniach.

Osada pozostała na pomoście statku, czuwając na przedniej jego wysokości, gotowa spełnić każdy rozkaz kapitana i utrzymać żagle odpowiednio do stanu powietrza.

Z powodu silnego i pomyślnego wiatru chwilowo wszelkie manewry były zbyteczne.

A kuzyn Benedykt cóż przez ten czas porabiał?

Przypatrywał się przez lupę stawowatemu owadowi, którego znalazł na pokładzie; był żyłkoskrzydły, pochwy skrzydłowe miał płaskie, żołądek okrągławy, rodzaj karalucha amekańskiego. Zrobił doniosłe to odkrycie w kuchni, właśnie w chwili, gdy Negoro miał zamiar go zadeptać. Kuzyn Benedykt ostremi słowy skarcił kucharza za okrucieństwo, lecz ten obojętnie wysłuchał tej bury.

Czy nasz entomolog wiedział o zmianie zaszłej na statku od chwili, gdy kapitan Hull z majtkami odpłynął za połowem owego złowrogiego wieloryba? Wiedział, był nawet na pomoście Pilgrima, gdy tenże dopłynął do miejsca strasznej katastrofy; widział też unoszące się po morzu szczątki rozbitej łodzi – i nie możemy powiedzieć, żeby go to nie zmartwiło. Nie! kuzyn Benedykt nie miał tak złego serca; uczuł litość dla nieszczęśliwych ofiar; ubolewał nad smutnem obecnie położeniem swej kuzynki, zbliżył się nawet do niej, uścisnął jej rękę i spojrzał na nią ze współczuciem, jak gdyby chciał powiedzieć: nie obawiaj się, ja jestem przy tobie i nie opuszczę ciebie i twojego synka, ale niebawem powrócił do swojej kajuty, zapewne, aby rozmyślać nad skutkami tego strasznego wypadku i wynalezieniem odpowiednich środków zaradczych.

Na nieszczęście spotkał na drodze owego tarakana, zabrał się więc z zapałem do badań nad znalezionym okazem, chcąc dowieść wbrew opinii wielu entomologów, że karaluchy, czyli tarakany amerykańskie, mają obyczaje zupełnie odmienne od innych; przy tych badaniach zapomniał, iż znajdował się na Pilgrimie kapitan Hull, i że tak nieszczęśliwie zginął wraz ze swoją osadą. Karaluch pochłonął całą jego uwagę. Na pokładzie tymczasem życie zaczęło toczyć się zwykłym trybem, choć wszyscy obecni nie zapomnieli jeszcze o strasznej katastrofie i tych, którzy znaleźli śmierć w nurtach oceanu.

Dick był bezustannie czynnym, chodził, doglądał, wydawał rozkazy, starał się nawet wiele rzeczy przewidywać, aby nie być zaskoczonym jakimś nieprzewidzianym wypadkiem. Murzyni byli mu ślepo posłuszni, ład doskonały panował na pokładzie, można więc było mieć nadzieję, iż podróż pójdzie pomyślnie.

Co do Negora, zdawało się, iż tenże pogodził się z losem i nie miał wcale zamiaru wyłamywać się z pod władzy nowego kapitana. Bezustannie zajęty w swojej kuchni tak samo jak dawniej nie pokazywał się prawie.

Zresztą Dick postanowił stanowczo, iż za najmniejszą oznaką nieposłuszeństwa lub niekarności każe zamknąć go w lochu i dopiero wypuścić po wylądowaniu. Na skinienie kapitana Herkules porwałby go za kark i wpakował do lochu, a że Nany umiała gotować, więc zastąpiłaby go w kuchni. Negoro widząc, iż nie jest niezbędnie potrzebny i śledzony ściśle, nie chciał się narażać.

Wiatr wciąż był pomyślny, nie potrzeba więc było dokonywać zmian w urządzeniu żagli. Pilgrim posiadał mocne maszty, zaopatrzony był we wszelkie przyrządy; przy silniejszym nawet wietrze mógł płynąć swobodnie.

Na noc zwykle zwija się nieco żagle przez przezorność, jeśliby niespodzianie wybuchła burza, ale Dick uważał, iż byłaby to zbyteczna ostrożność, ponieważ stan powietrza nie zapowiadał jakiejś groźnej zmiany, a wreszcie zamierzał całą tę noc spędzić na pokładzie i czuwać bacznie nad wszystkiem.

Z rozwiniętymi żaglami Pilgrim płynął spiesznie, a on tak gorąco pragnął, jak można najprędzej, wydostać się z tych stref odległych i pustych.

Dick nie posiadał innych narzędzi prócz busoli i »patent-lochs« do obliczania przebytej drogi. Przez cały dzień ten, co pół godziny, zarzucał »patent-lochs« i zapisywał wskazówki, dostarczane przez to narzędzie. Co do busoli, nazywanej także kompasem, tych miał na pokładzie dwie. Jedna była umieszczona w przeznaczonej na ten cel szafce; we dnie wskazówkę oświetlało światło dzienne, w nocy zaś dwie lampki umieszczone po bokach, oznaczając dokładnie kierunek, w jakim płynął statek.

Druga busola przytwierdzona była w kajucie, zajmowanej poprzednio przez kapitana Hull, który w ten sposób, nie wychodząc, mógł w każdej chwili sprawdzić, czy rozkazy jego były ściśle wykonywane i czy statek płynął we właściwym kierunku. Na każdym okręcie, przeznaczonym do dłuższych podróży, zazwyczaj znajdują się przynajmniej dwie busole i tyleż chronometrów; narzędzia te bywają porównywane ze sobą i tym sposobem można sprawdzić dokładność podawanych przez nie wskazówek.

Pilgrimwięc pod tym względem dobrze był zaopatrzony, a Dick polecił wszystkim, aby troskliwie czuwali nad obu kompasami, tak niezbędnie potrzebnymi.

Na nieszczęście, w nocy z 12 na 13 lutego, podczas gdy Dick stal przy rudlu, zdarzył się przykry wypadek; busola, zawieszona w kajucie na miedzianym kołku, spadła i potłukła się, a zauważono to dopiero następnego dnia.

Nie można było wytłómaczyć, jakim sposobem stać się to mogło; w nocy wprawdzie morze było burzliwsze, trzeba więc było chyba przypuścić, iż jakieś gwałtowniejsze wstrząśnienie zrzuciło ją z gwoździa. Na nieszczęście busola spadając tak się potłukła, iż ani mowy być nie mogło o jej naprawie.

Dick bardzo ubolewał nad tym wypadkiem, musiał już tylko poprzestać na kompasie, zamkniętym w przeznaczonej na ten cel szafie. Trudno było posądzać o ten wypadek kogoś z osady, jednakże mógł on opłakane pociągnąć za sobą następstwa. Dick przedsięwziął wszelkie środki ostrożności, dotyczące zabezpieczenia pozostałego kompasu.

Dotąd, prócz powyższego zdarzenia, wszystko szło pomyślnie. Pani Weldon, widząc jak Dick jest spokojny i pewny siebie, nie niepokoiła się o synka i codziennie zrana i wieczorem w gorącej modlitwie polecała opiece Boskiej siebie, swoich i całą osadę.

Dick tak się urządził, iż całą noc sam był przy rudlu i tylko we dnie odpoczywał kilka godzin, a wtedy zastępował go Tom i syn jego Baty, którzy dzięki jego wskazówkom i radom nauczyli się nieźle sterować.

Dick często długo rozmawiał z panią Weldon i chętnie słuchał rad tej odważnej i rozumnej kobiety. Codziennie pokazywał jej na mapie drogę, jaką przebył Pilgrim, oraz oznaczał ściśle kierunek jego.

– Patrz pani – mówił nieraz – jeżeli wiatr nie ulegnie zmianie, dopłyniemy wkrótce do wybrzeży południowej Ameryki.

Nie mogę wprawdzie ręczyć za to, iż gdy statek nasz zbliży się do lądu, wtedy także znajdziemy się niedaleko od Valparaiso.

Pani Weldon nie mogła wątpić o dobrym kierunku statku, zwłaszcza, gdy sprzyjał im pomyślny wiatr północno-zachodni – jednak zdawało się jej, iż są jeszcze bardzo daleko od wybrzeży amerykańskich. A ileż to jeszcze może czekało ich niebezpieczeństw, zanim dopłyną do jakiegoś lądu w razie, gdy zajdą jakieś zmiany atmosferyczne.

Janek wesoły i nie troszczący się o nic, jak wszystkie dzieci w jego wieku, bawił się wesoło, biegał po pomoście lub igrał z Dingiem. Z początku użalał się, iż przyjaciel jego Dick tak rzadko teraz z nim się bawi, ale matka mu wytłómaczyła, iż młody nowicyusz ma obecnie tak wielkie i ważne zajęcia, iż nie ma czasu do zabawy. Janek zrozumiał i nigdy nie przeszkadzał kapitanowi Sand.

Wszystko więc szło pomyślnie na pokładzie Pilgrima. Murzyni doskonałe wywiązywali się z włożonych na nich obowiązków. Za zgodą towarzyszy stary Tom był zastępcą Dicka, gdy tenże na parę godzin udawał się na spoczynek; on czuwał z synem swoim i Austynem, zmieniali ich Herkules i Akteon pod dowództwem Dicka. Urządzono się więc tak, iż gdy jedni czuwali, drudzy odpoczywali.

Jakkolwiek w tych pustych stronach nie można prawie było obawiać się spotkania i uderzenia o inny statek, wszelako Dick nadzwyczaj troskliwie czuwał po nocach; zarówno z prawej jak i z lewej strony statku rozpalał ognie, z prawej – zielony, z lewej – czerwony, ponieważ tak nakazywała przezorność.

Noce całe spędzane przy rudlu, bardzo jednak wyczerpały młodociane siły Dicka, i niekiedy ogarniało go nieprzezwyciężone znużenie, wówczas sterował prawie instynktownie. Z dnia 13 na 14 lutego uczuł się tak zmęczonym, iż musiał iść spocząć na parę godzin, a przez ten czas Tom zajął jego miejsce.

Niebo pokryło się gęstemi chmurami, które obniżyły się nad wieczorem pod wpływem zimnego powietrza. Ciemność zapadła, i z trudem można było dojrzeć wyższe żagle. Herkules i Akteon czuwali na przodzie okrętu.

Ognie zapalone na pozycyach blade tylko rzucały światło ku tyłowi statku; promienie latarni padały na bok, tak, iż głęboka ciemność panowała na pomoście.

Nad ranem, około godziny trzeciej, stary Tom zupełnie bezwiednie uległ objawowi hypnotyzmu. Tak długo wpatrywał się w błyszczącą ściankę szafki kompasowej, iż nagle oczy jego przestały widzieć i zapadł w rodzaj snu letargicznego. Nie tylko nic nie widział, ale postradał wszelkie czucie; choćby go kto najmocniej szczypał lub kłuł, nie byłby tego poczuł.

Nie widział więc, iż cień jakiś wsunął się na pokład.

Był to Negoro.

Poszedłszy na tył okrętu, kucharz umieścił pod szafką kompasową jakiś ciężki przyniesiony przedmiot, poczem popatrzywszy chwilkę na błyszczącą wskazówkę busoli, odszedł niepostrzeżony.

Gdyby Dick nazajutrz spostrzegł przedmiot, który Negoro umieścił pod kompasem, odrzuciłby go natychmiast, był to bowiem kawał żelaza, oddziaływający zgubnie na wskazówkę kompasu. Igła magnesowa zbaczała i zamiast wskazywać północ magnetyczną, różniącą się nieco od północy świata, wskazywała północo-wschód. Było to zboczenie o pół kąta prostego.

Po chwili Tom ocknął się z senności i spojrzał na kompas… Sądził – i musiał tak sądzić, iż Pilgrim płynie w złym kierunku. Zakręcił więc kołem, aby przód statku skierować na wschód… tak przynajmniej myślał. Ale wskutek zboczenia igły magnesowej przód statku zwrócił się na południowo-wschód.

Tak więc, gdy byli przekonani, iż statek płynie z pomyślnym wiatrem, w pożądanym kierunku, Pilgrim zboczył z swej drogi o czterdzieści pięć stopni.