Piętnastoletni kapitan (Verne, 1917)/Tom II/Rozdział XV


Rozdział XIV Piętnastoletni kapitan • Tom II
Rozdział XV

Kretowisko. • Juliusz Verne
Rozdział XVI
Rozdział XIV Piętnastoletni kapitan
Tom II
Rozdział XV

Kretowisko.
Juliusz Verne
Rozdział XVI
przekład anonimowy

Uwaga! Tekst niniejszy w języku polskim został opublikowany w 1917 r.
Stosowane słownictwo i ortografia pochodzą z tej epoki, prosimy nie nanosić poprawek niezgodnych ze źródłem!


Czyż człowiek zagrożony zgubą nie chwyta się najsłabszej deski ratunku? Czyliż wzrok skazańca nie śledzi choćby za najsłabszą iskierką nadziei?...

W takiem położeniu znajdowała się pani Weldon; łatwo więc pojąć, co się działo w jej duszy, gdy się dowiedziała od Alweza o śmierci Livingstona. Ostatnia deska ocalenia wysunęła się jej z pod nóg, iskierka nadziei znikła jej z oczu. Tom i towarzysze jego opuścili Kazonde; o Herkulesie nic nie wiedziała, – tak więc na nikogo nie mogła liczyć i nic nie pozostawało jej, jak zgodzić się na żądanie Negora.

W dniu oznaczonym Negoro przybył. Pani Weldon nie targowała się z nim o cenę okupu, pragnęła tylko zabezpieczyć się od podejścia. Rzekła więc spokojnie:

– Skoro chcesz zrobić dobry interes, nie powinieneś stawiać warunków, niemożliwych do przyjęcia. Wszak możesz otrzymać sumę, jakiej żądasz za zwrócenie nam wolności bez narażenia męża mego na przybycie do kraju, w którym mógłby go spotkać taki los, jak mnie. Za nic w świecie nie zgodzę się na to.

Po niejakim wahaniu, Negoro zgodził się na żądanie pani Weldon. Pan Weldon miał dopłynąć do Mossamedes, małego portu na południe Angoli, bardzo uczęszczanego przez handlarzy niewolników; miał wylądować wraz z Negorem, a w oznaczonym czasie agenci Alweza doprowadzą tam panią Weldon, Janka i kuzyna Benedykta.

Było to ustępstwo nader ważne. James Weldon nie będzie zmuszony odbywać niebezpiecznej podróży do Kazonde, a sama pani Weldon nie będzie narażona na niebezpieczeństwa, zwłaszcza, że własny interes Alweza wymagał, aby ich odprawił całych i zdrowych.

Tak się umówiwszy, pani Weldon napisała list do męża, mocą którego Negoro miał mu się przedstawić jako sługa wierny i pełen poświęcenia, któremu udało się uciec w celu ocalenia swej pani i zaraz nazajutrz wybrał się w drogę w towarzystwie dwudziestu czarnych.

Po oddaleniu się Negora, pani Weldon starała się urządzić na czas, jaki miała jeszcze pozostać w Kazonde. Przy najpomyślniejszych okolicznościach podróż Negora tam i napowrót zająć mogła najmniej trzy do czterech miesięcy.

Pani Weldon nie miała zamiaru uciekać z faktoryi; tak ona, jak Janek i kuzyn Benedykt byli w niej dość bezpieczni, a troskliwe starania Halimy osładzały przykrości niewoli. Zresztą Alwez nie dozwoliłby jej opuścić swego zakładu, ścisły rozciągnięty nad nią nadzór miał się sowicie opłacić wysokim okupem i dlatego handlarz nie oddalał się z Kazonde dla zwiedzenia swoich faktoryi.

Pani Weldon prowadziła i teraz tak monotonne życie, jak po przybyciu do faktoryi; miała sposobność poznać dobrze obyczaje krajowców. Jak w mieście, tak i w faktoryi kobiety pracowały ciężko. Obijanie ryżu z kory młotkiem w drewnianych moździerzach, czyszczenie i przesiewanie kukurudzy, przyrządzanie z niej zupy zwanej »mtyelle«; zbieranie sorga, otrzymywanie wonnego olejku z pestek owocu »mpafu«, przędzenie bawełny, wyrabianie tkanin z kory, wydobywanie korzeni z manioku i przysposabianie gruntu pod miejscowe produkty, robienie »kassawy«, czyli mąki, uprawianie fasoli, kawy krajowej, cebuli, ogórków, których ziarna pieką się jak kasztany, przyrządzanie fermentujących napoi z bananów »malofu«, pombe« i innych trunków; starania około zwierząt domowych, tych osobliwych krów, które dają się doić tylko w obecności ich własnych lub wypchanych cieląt, jałówek małej rasy z krótkimi rogami, z których niektóre mają garby; kóz, które w okolicach, gdzie mięso ich główne stanowi pożywienie, są ważnym przedmiotem zamiany, zarówno prawie jak niewolnicy, monetą kurs w kraju mającą, i nakoniec hodowla drobiu, wieprzów, wołów, baranów i t. d. Wszystko to przekonywa, jak ciężka praca przypada w u-dziale kobietom w tych dzikich krajach lądu afrykańskiego.

Mężczyźni przez ten czas palą tytuń lub konopie, polują na słonie i bawoły i najmują się handlarzom niewolników do urządzanych przez nich rzezi.

Podczas pobytu w faktoryi pani Weldon mogła widzieć tylko prace, będące udziałem kobiet. Zatrzymywała się niekiedy i przypatrywała, lecz zawsze niechętnie była przez nie przyjmowana. Instynkt tych nieszczęśliwych kazał im nienawidzieć białą i żadnego też w nich nie budziła współczucia. Jedna tylko Halima stanowiła wyjątek, to też, nauczywszy się kilkunastu wyrazów języka krajowców, pani Weldon mogła niekiedy pomówić z młodą niewolnicą.

Mały Janek prawie zawsze towarzyszył matce w jej przechadzkach po faktoryi, ale martwił się tem, że nie może przekroczyć jej granic. Co do kuzyna Benedykta, temu zawsze i wszędzie było dobrze, byle dużo znajdował owadów. Na szczęście napotkał w faktoryi i studyował, jak mógł najlepiej bez lupy i okularów, maleńką pszczółkę, która zakłada swoje komórki z miodem w wypróchniałych otworach drzew, i »sphexa«, znoszącego jaja w cudzych komórkach, podobnie jak kukułka znosi je w gniazda innych ptaków. Nad brzegiem rzeczułek było bardzo wiele mustyków, których ukłucia tak go potatuowały, iż prawie trudno było go poznać. Gdy pani Weldon łajała go, że daje się tak kaleczyć tym złośliwym owadom, odpowiadał, drapiąc się aż do krwi: »Taka już ich natura i wrodzona skłonność, kuzyneczko, nie można więc mieć do nich żalu«.

Nareszcie, było to 17 czerwca, kuzyn Benedykt o mało nie został najszczęśliwszym z entomologów, ale wypadek ten musimy opowiedzieć szczegółowo.

Było około jedenastej rano; upał nie do zniesienia zniewalał mieszkańców faktoryi do pozostania w chatach, i ani jednego krajowca nie widać było na ulicach Kazonde. Janek spał, pani Weldon zdrzemnęła się, siedząc przy nim.

Sam nawet kuzyn Benedykt, ulegając wpływowi podzwrotnikowej temperatury, nie wyszedł na swoje ulubione łowy i z bólem serca pozostał w swej chacie.

W tem, gdy już oczy na wpół mu się zamknęły, posłyszał brzęczenie owadów, które piętnaście lub szesnaście tysięcy razy na minutę mogą poruszać skrzydełkami. Kuzyn Benedykt miał wzrok niezmiernie krótki, ale za to słuch tak delikatny, iż rozpoznawał owady po samem ich brzęczeniu, a zdało mu się, że usłyszane było mu zupełnie nieznane.

– Co to za jeden być może? – pytał sam siebie kuzyn Benedykt.

I zaczął szukać i upatrywać go wokoło, stał i słuchał, wstrzymując oddech; promienie słońca padały tuż obok niego, dostrzegł wśród nich jakiś duży czarny punkt latający, ale rozpoznać go nie mógł. Stał jakby przykuty do miejsca, a choć inne owady kłuły go w twarz, w ręce, postanowił, że ani drgnie, aby nie odstraszyć nieznanego sobie gościa.

Nareszcie po długiem krążeniu, brzęczący owad usiadł na jego głowie, czuł, że lekko chodzi mu po włosach, przez chwilę zawładnęła nim nieprzeparta żądza złapania go ręką; zapanował jednak nad sobą.

O! nie! nie, nie! – pomyślał, mógłbym chybić lub co gorzej uszkodzić... trzeba czekać aż zejdzie niżej. O! już idzie... idzie... zstępuje niżej... czuję jego maleńkie nóżki, poruszające się po mojej głowie. Gdyby przymaszerował choćby na koniec mego nosa, może mógłbym mu się przypatrzeć i poznać do jakiego należy rodzaju, gatunku lub odmiany.

Tak myślał i pragnął kuzyn Benedykt, ale od spiczastej jego czaszki do końca bardzo długiego nosa było daleko, a kapryśny owad mógł zwrócić się ku uszom, ku szyi, co oddaliłoby go bardzo od oczu uczonego, a co gorsza, mógł lada chwilę zerwać się i ulecieć, aby bujać w promieniach słonecznych, w których zapewnie zawsze przebywał.

Kuzyn Benedykt pomyślał sobie to wszystko; nigdy jeszcze podczas swego entomologicznego zawodu nie przeżył chwil tak wstrząsających całą jego istotę.

Owad afrykański, pospacerowawszy czas jakiś po mocno najeżonych włosach, jakby po jakim krzaku, zaczął wreszcie schodzić ku kości czołowej.

To pewna, że każdy inny na miejscu kuzyna Benedykta, byłby silnie uderzył się w czoło aby zgnieść, a przynajmniej spędzić natrętny owad. Czuć sześć łapek, łechczących skórę i ani drgnąć, przyzna każdy, iż chyba tylko entomolog zdobyć się może na podobną odwagę. Spartanin pozwalający lisowi szarpać swoje piersi, rzymianin, kryjący w ręku rozpalone węgle, nie więcej od kuzyna Benedykta mieli mocy nad sobą.

Po takich dwudziestu małych zwrotach, owad doszedł nareszcie do końca nosa; kuzyn Benedykt wahał się chwilę – krew uderzyła mu do serca. Czy owad zawróci się i przejdzie linię oczu, czy spuści się niżej?

Zszedł niżej, kuzyn Benedykt uczuł włochate jego łapki; nie skręcał ani na prawo ani na lewo, zatrzymał się na chrząstce nieco wygiętej, jakby z umysłu dla oparcia okularów. Przebył maleńki dołek, wytworzony długiem używaniem tego optycznego narzędzia, którego brak tak boleśnie dawał się uczuć biednemu entomologowi, i zatrzymał się nareszcie. Było to najlepsze miejsce, gdyż z tej odległości kuzyn Benedykt mógł skierować i wlepić oczy w nieznany owad.

– O! nieba! – zawołał, nie mogąc powstrzymać okrzyku kuzyn Benedykt, manticora tuberculosa, okaz nader rzadko napotykany w najbogatszych zbiorach, który prawie wyłącznie znajduje się w południowych okolicach Afryki.

Na nieszczęście mantikora usłyszała ten krzyk i ruszyła do odwrotu. Kuzyn Benedykt chciał ją złapać, podniósł rękę, zamknął ją prędko, ale napróżno.

Pomimo jednak tego niepowodzenia, okazał zadziwiająco zimną krew.

Wiedział, że mantikora tej rodziny raczej podlatuje i biegnie niż fruwa, przyklęknął więc i zdołał dostrzedz mniej, niż o dziesięć cali od oczu, czarny punkt, posuwający się spiesznie w promieniu padającego słońca. Postanowił więc przypatrywać się biegnącej swobodnie.

– Gdybym ją był pochwycił, – mówił, – mógłbym ją jeszcze uszkodzić. Nie, najpierw będę biegł jej śladem, nasycę się jej widokiem, a potem dopiero pochwycę.

I dalejże biedz jakby wyżeł tropiący ślad jakiś, w odległości kilku cali od ściganego owadu. Za chwilę już był poza chatą, u stóp palisady, otaczającej zakład Alweza.

Czy czasem mantikora nie wzleci wysoko po za mur, który oddzieli ją od zapalonego wielbiciela? Nie, tego nie lękał się kuzyn Benedykt, bo znał jej naturę. To też ciągle posuwał się za nią, aby nie stracić z oczu czarnego punktu, prędko sunącego po ziemi.

Dobiegłszy tuż do palisady, mantikora napotkała szeroki otwór jakby wielkiego kretowiska i bez wahania zapuściła się w tę podziemną galeryę, gdyż zazwyczaj poszukuje właśnie takich ciemnych przesmyków. Kuzyn Benedykt porwał się za głowę, zdjęty obawą, że ją straci z oczu. Wtem, o radości! zobaczył, że otwór kretowiska był przeszło dwie stopy wysoki, więc człowiek tak szczupły jak on, łatwo się przez niego przecisnąć może.

Zapuścił się więc bez namysłu, nie spostrzegłszy nawet, że tym podziemnym otworem wydostał się poza ogrodzenie zakładu. Ale co go to mogło obchodzić; on widział tylko rzadki owad, za którym gonił. Widać mantikora dość już miała tej przechadzki, bo zaczęła rozkładać szerokie skrzydełka, sposobiąc się do lotu.

Kuzyn Benedykt spostrzegł zagrażające mu niebezpieczeństwo i wyciągnął ręce, aby pochwycić owad, gdy tenże frunął!...

Kuzyn Benedykt podniósł w górę obie ręce...

Owad unosił się ponad jego głową, i dostrzegał już zaledwie czarny punkt nieokreślonej formy... a jeśli mantikora zapuści się w las, który z tej strony Kazonde roztacza się na kilka mil, i zacznie przelatywać z gałązki na gałązkę, wtedy biedny entomolog będzie musiał wyrzec się błogiej nadziei, że ją zamieści w swojem blaszanem pudle, którego najciekawszą miała być ozdobą.

Niestety! właśnie poleciała do lasu i tu spuściła się na ziemię, ale już nie biegła, tylko podskakiwała, kuzyn Benedykt znów rzucił się na kolana i dalejże gonić za nią; ona skakała, on skakał, co chwila wyciągając ręce, to na lewo, to na prawo, stosownie do tego, jak się owad obracał. Daremne usiłowania! nie mógł go pochwycić. Pokrwawił sobie ręce i kolana, a mantikora, zabrzęczawszy głośniej tuż koło jego uszu, jakby urągając, uleciała i znikła wśród gałęzi.

– A to nieszczęście, – krzyknął, załamując zakrwawione dłonie, kuzyn Benedykt.

– Uciekł! uciekł! niewdzięczny sześcionóg!... Ale nie, nie, będę go szukał, dopóki nie znajdę i nie pochwycę.

Biedak zapomniał o swoim krótkim wzroku, nie dozwalającym mu dostrzedz mantikory w pośród liści; gniew i zawiedziona nadzieja przywodziły go do rozpaczy. A najwięcej go bolało, że sam był swego nieszczęścia przyczyną, gdyby był odrazu starał się złapać owad, zamiast studyować go w swobodnym biegu, byłby teraz szczęśliwym posiadaczem pysznego okazu mantikory afrykańskiej.

Zajęty wyłącznie mantikorą, kuzyn Benedykt ani się domyślał nawet, że nieprzewidzianym sposobem odzyskał wolność; skutkiem bowiem przesunięcia się przez otwór w ziemi, wydostał się poza ogrodzenie faktoryi. Nie zdając sobie z tego sprawy, a zajęty tylko uchwyceniem mantikory, biegł i biegł, coraz bardziej zapuszczając się w las, nie wiedząc co robi, gdzie biegnie, jak wróci i czy wróci, narażając się na napaść dzikiego zwierza lub dzikiego krajowca.

Wtem, gdy wpadł w gęstwinę, wysunęła się z niej jakaś postać olbrzymia i, porywając go, jak on chciał pochwycić mantikorę, uniosła w głąb lasu.