Pieśń o starym żeglarzu/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Samuel Taylor Coleridge
Tytuł Pieśń o starym żeglarzu
Pochodzenie Poeci angielscy
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wydania 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PIEŚŃ O STARYM ŻEGLARZU
(W SIEDMIU CZĘŚCIACH).
 
Facile credo, plures esse Naturas invisibiles quam visibiles in rerum universitate. Sed horum omnium familiam quis nobis enarrabit? et gradus et cognationes et discrimina et singulorum munera? Quid agunt? quae loca habitant? Harum rerum notitiam semper ambivit ingenium humanum, numquam attigit. Juvat, interea, non diffiteor, quandoque in animo, tamquam in Tabula, majoris et melioris mundi imaginem contemplari: ne mens assuefacta hodiernae vitae minutiis se contrahat nimis, et tota subsidat in pusillas cogitationes. Sed veritati interea invigilandum est, modusque servandus, ut certa ab incertis, diem a nocte distinguamus. — T. Burnet, Archaeol. Phil. p. 68.
CZĘŚĆ PIERWSZA.

Powstrzymał krok jednego z nich,
Powstrzymał żeglarz stary.
«Na siwy włos twój! czego chcesz?
Czego chcą ócz twych żary!


Stary żeglarz, spotkawszy trzech na uroczystość weselną zaproszonych młodzieńców, zatrzymuje jednego z nich.

«Na oścież, patrz, drzwi rozwarł swe —
Otworzył dom pan młody:
Ma gości rój ten krewniak mój,
Weselne sprawia gody».


Położył nań swą chudą dłoń
I «był raz okręt» — rzecze...
«Precz starcze! precz z tą ręką twą!
Puść mnie, szalony człecze!»


Puścił, lecz wlepił weń swój wzrok.
I na tę moc żeglarza

Weselny gość, pod wpływem oczu starego podróżnika morskiego, zmuszony jest słuchać jego opowieści.

Weselny gość na głazie siadł
I musi bez odwłoki
Słuchać, co mówi stary człek
Żeglarz płomieniooki:


«Okrętu przód pruł bezmiar wód,
Niemasz jak na głębinie!
Znikł kościół już, szczyt góry znikł,
Latarnia morska ginie.


Po lewej hen! z odmętu fal
Wznosi się słonko boże
I pnie się, pnie i blaski swe
Z prawej zatapia w morze.


Stary żeglarz opowiada, jak, dobry mając wiatr i toń sprzyjającą, okręt płynie ku południowi, aż dosięga równika.

I pnie się, pnie, w południa czas
Nad masztem lśniąc najświetniej» —
Ma starca dość weselny gość:
Usłyszał granie fletni.


Weselny gość słyszy muzykę weselną, atoli żeglarz opowiada mu dalej.

Jak róży kwiat, w świąteczny dom
Oblubienica wchodzi,
Wesoło przed nią głowy swe
Chylą grajkowie młodzi!


Ma już go dość weselny gość,
Lecz musi bez odwłoki
Słuchać, co mówi stary człek,
Żeglarz płomieniooki:


«Lecz potem wichr rozpoczął dąć,
A wichr to był szalony,
Walił skrzydłami w okręt nasz,
W południa pędził strony.


Okręt, zapędzony burzą do bieguna południowego

Z masztami wskos, w pianach po brzeg,
Jak niby on ścigany człek
Na wroga cień, gdy pędząc, wbiegł,
Przed się schyliwszy głowę,
Tak okręt mknął, a wicher dął
Na wody południowe.


I przyszedł śnieg, i straszne mgły,
I mróz jął wstrząsać nami,
Nad masztu szczyt zielony lód
Przypływał k’nam falami.


I śnieżny zwał bladawe siał
Promienie przez szczeliny:
I wzdłuż i w szerz ni człek ni zwierz,
A tylko lód był siny.


dotarł do kraju lodów i głosów straszliwych, gdzie żadnego nie było żywego stworzenia.

Gdzie padnie wzrok, tam lodu tłok,
Zrąb piętrzy się na zrębie,
Za złomem złom, z hukiem, jak grom,
Krajał te morskie głębie.


W tem wzbił się ptak na górny szlak,
Na mgliste hen! niebiosa:
Jakby to był żyjący człek,
Witamy albatrosa.


Wtem wielki ptak morski, zwany albatrosem, przedarł się przez męty i śnieżne zamiecie; przyjęto go z wielką uciechą i gościnnością.

By druh czy brat, on z rąk nam jadł,
Wciąż krążył nad okrętem.
I rozpękł lód i statku przód
Morzem popłynął wzdętem.


Na tyłach wiatr z południa wiał,
Nad nami ptak się waży
I codzień w mig na majtka krzyk
Zlatuje do żeglarzy.


I oto albatros okazał się ptakiem dobrej wróżby i towarzyszył okrętowi, śród zamieci i olbrzymich kier lodowych płynącemu już w kierunku północnym.

Na masztach on swój miewał schron
Przez mglistych dziewięć nocy,
A z poza gór skłębionych chmur
Lśnił księżyc w białej mocy».


«Skąd taki wzrok? żeglarzu mów!
Niech strzegą cię niebiosa»
«Ukarz mnie Bóg! Do ręki łuk —
Zabiłem albatrosa»


Stary żeglarz wbrew prawom gościnności zabił zbożnego ptaka, który z dobrą przyleciał wróżbą.




CZĘŚĆ DRUGA.

«Po prawej już z odmętu fal
Wstawało słonko boże,
I poprzez mgły chyliło się,
By z lewej zapaść w morze.


Na tyłach wiatr z południa wiał,
Lecz ptak się już nie waży,

Na majtka krzyk nie leci w mig
Po jadło z rąk żeglarzy.


Piekielny-m ja popełnił czyn,
Druhowie złorzeczyli,
Że zginął ptak, co na nasz szlak
Dał dobry wiatr w złej chwili.
«Tyś łotr i cham! On przywiódł nam
Szczęśliwy wiatr w złej chwili».


Drużyna okrętowa powstaje przeciwko żeglarzowi, że zabił ptaka, który im przyniósł szczęście.

Nad morza toń, jak boża skroń
Jawi się słońce złote:
«Padł z rąk twych ptak, co na nasz szlak
Zwiał» — rzekli — «mgłę i słotę.
Wygodził nam, że zabił sam
Ptaka, co przyniósł słotę».


Ale gdy mgły się rozwiały, byli takimi samymi, jak on, i stali się wspólnikami jego zbrodni.

Wiatr dobry dmie, w pian srebrnej mgle
Swobodnie okręt płynie;
My z ludzi snać pierwsza tu brać
Na cichej tej głębinie.


Wiatr przyjazny wieje dalej. Okręt wypływa na Ocean Spokojny, żeglując w kierunku północnym, dosięga równika.

Wiatr przestał dąć: ha! smutno wkrąg,
I żagle smutnie wiszą:
«Mówże ty, mów! Trzeba nam słów,
Bo strach z tą morską ciszą».


Naraz okręt ogarnia cisza.

Niebieski strop, jak w żarach miedź,
A słońca twarz płonąca
Rozkrwawia się nad masztem wprost,
Nie większa od miesiąca.


Tak dzień po dniu bez wiatrów tchu,
Bez ruchu myśmy stali,
Jak malowany statku wzór
Na malowanej fali.


Gdzie wzrok twój padł, tam wody świat,
A łódź się w ogień zmienia —
Wody był świat, gdzie wzrok twój padł,
A człowiek marł z pragnienia.


Następuje pomszczenie albatrosa.

I morza głąb’ snać gniła już!
O, Chryste! cóż się stanie?
Mulisty płaz leniwie lazł
Po mulnym oceanie.


A wśród tych mąk, gdzieś spojrzał, wkrąg
Ognie umarłych płoną:
Widziałeś toń, jak olej wiedźm,
Niebieska, białą, zieloną.


A w naszych snach, nieszczęścia duch
Głuchemi straszył słowy,
Że nas na dziewięć sążni w głąb
Od strefy gna śniegowej.


Towarzyszył im jakiś duch; jeden z tych niewidzialnych mieszkańców naszego planety, nie pochodzących ani od dusz ani od aniołów; o czem dowiedzieć się można u Żydowina Józefa i u konstantynopolskiego platończyka Michała Psellusa. Duchów tych jest mnoga liczba i niema lądu ani morza, gdzieby nie było z nich jednego lub więcej.

U wszystkich nas wyschnięta krtań,
I język już bez władzy,
Zamarł już głos, jakby nam kto
Nasypał w gardziel sadzy.


Ach! co za wzrok mi każdy śle
I jak się do mnie zbliża!

W rozpaczy swej załoga okrętowa chce całą winę zwalić na starego żeglarza i na znak tego zawiesza mu na szyi zabitego albatrosa.

I na mym karku zawisł wraz
Albatros, zamiast krzyża».






CZĘŚĆ TRZECIA.

«Przeminął długi, długi czas!
Krtań wyschła, szklą się oczy!
Ach! jakiż długi, długi czas —
Jak szklą się wszystkim oczy!
W tem, na zachodni patrząc strop,
Wzrok mój coś w dali zoczy.



Wprzód niby coś, jak plamki cień,
Potem, jak mgiełka szczera,
A potem wciąż ruszając się
Jakowyś kształt przybiera.


Stary żeglarz spostrzega na dalekim morzu jakieś zjawisko.

Cień plamki, mgła i jakiś kształt,
A ku nam ciągle dąży:
Jakby igrało z duchem wód,
Nurza się, wije, krąży.


Spiekota warg, ni łez, ni skarg
Pośród ginącej rzeszy!
Zgłuchł wszelki zew, wtem — boży gniew! —
Wgryzę się w ramię, wyssę krew
I krzyknę: «Okręt śpieszy!»


Gdy się przybliżyło, wydaje mu się być okrętem; drogim okupem uwalnia więc język swój z więzów pragnienia.

Spiekota warg, ni łez ni skarg!
Zdumienie ich ogarnia!

Błysk radości.

Na licach mrze radosny śmiech
Jakby pić chcieli, tak chłoną dech —
Straszliwa to męczarnia!


Hej! — wołam — hej! spokojnie łódź
Z zbawieniem ku nam płynie!
Bez wiatrów tchu, bez szumu fal
Toczy się po głębinie.


Przychodzi przerażenie. Bo czyż może być okrętem to, co płynie bez wiatru i fali?

Zachodnią głąb spłomienił żar,
Dobiegał dzień do końca!
Ogniami lśni zachodnia głąb,
Pali się okrąg słońca!
W tem jakiś kształt oddzielił nas
Od płonącego słońca.


I słońce plam pokrajał rząd,
(O boska chroń Dziewico!),
Patrzało k’nam, jak z poza krat,
Płomienne jego lico.


Wydaje mu się być tylko szkieletem okrętu.

Ha! jak mi serce w łonie drży!
Łódź mknie coraz to prędzej.
Jej-li to żagle w słońcu lśnią,
Jak biel pajęczej przędzy?


Przez jej to żebra słońca twarz
Przeziera z blasków wieńcem?
Jedna kobieta jest li tam?
Czy jest ich dwoje? Mór to sam?...
Mór-że jej oblubieńcem?


Żebra tego szkieletu wyglądają jak kraty na obliczu zachodzącego słońca. Na szkielecie okrętu niema nikogo, prócz Upiorzycy i Moru, jej oblubieńca.

Czelny jej wzrok, a złota cud
Jej włos, na ustach spieka,
Skóra jak biały trądu wrzód —
To Upiorzyca, ta, co w lód
Przemienia krew człowieka.


Jaki statek, taka załoga! —

Zrównał się z naszym statku zrąb —
Ci w kości grają!... Piekła!...
«Skończona gra! Wygrałam ja!» —
Z trzykrotnym gwizdem rzekła.


Mór i Upiorzyca rzucają kości o załogę okrętu. Upiorzyca wygrywa starego żeglarza.

Zgasł słońca żar, już gwiazdy drżą,
Już ciemna noc przychodzi,
Z cichym szelestem sunie w dal
Widmo tej strasznej łodzi.


Niema zmierzchu w obrębie słonecznego dworca.

Słuchamy wciąż, szukamy w mgłach!
Jak wino z czary, tak mi strach
Pił z łona krew żywota.
Spotężniał mrok, gwiazd przygasł rój;
Przy lampie blady sternik mój —
Skryta nim rozpacz miota.
Z żagli ściekają krople ros,
Księżyc swój srebrny rozwiał włos,
Przy nim lśni gwiazda złota.


Gdy księżyc się pokazał

I wszystek lud w oblasku tym
W mą stronę wzrokiem toczy:
Upiorny strach na twarzach siadł,
Przekleństwo ślą mi w oczy.


Majtkowie

Ni głośny żal, ni głośny jęk,
A tylko smutek szczery:


jeden po drugim, padają nieżywi

Z głuchym łoskotem padło ich
Pięćdziesiąt razy cztery.


Ulatywały dusze z ciał
Na los zły lub szczęśliwy,
Każda z szelestem obok mnie,
Jak mojej świst cięciwy».


Upiorzyca rozpoczyna natomiast swe dzieła na starym żeglarzu.




CZĘŚĆ CZWARTA.

«Stary żeglarzu, boję się,
Boję się ócz twych blasku!
Długiś i smukły i ciemnyś ty,
Jak skiby morskiego piasku[1].


Weselny gość w przestrachu, myśli że duch przemawia do niego.

Boję się żaru twoich ócz,
Chudej się ręki boję»...
«Weselny gościu, nie bój się!
Nie zmarło ciało moje.


Stary żeglarz zapewnia go jednak, że jest żyjącym człowiekiem

Sam byłem, sam! ach! strasznie sam
Na tej bezmiernej fali —
Nie wspiera duszy mojej Bóg,
Nikt nad nią się nie żali.


i opowiada dalej o swojej strasznej pokucie.

Tylu ich było, dzielny lud!
A dziś pomiędzy zmarłymi!
Żył-li bagiennych płazów rój,
Ach! i ja żyłem z nimi.


Z pogardą wyraża się o stworzeniach spokojnych.

Spojrzę na bezmiar zgniłych wód
I wzrok odwrócę od toni!
Spojrzę na zgniły pokład nasz,
A tutaj leżą oni!


I zazdrości im, że żyją, a ludzi tylu pomarło.

Spojrzę ku niebu — modłów chcę —,
Warga się ledwie rusza:
Szept jeno zdrożny wyszedł z niej,
Wyschła już moja dusza.


Zamknę powieki, lecz, jak puls,
Źrenice w nie uderzą:
Gniecie je niebios wielki grób,
Gniecie je morze, a u stóp —
U stóp mych trupy leżą.


Nie tknął ich rozkład, z martwych ciał
Pot lodowaty spływa,
We mnie wlepiony wszystkich wzrok,
Źrenica jakby żywa.


Atoli przekleństwo żyje dla niego w oczach tych pomarłych ludzi.

Klątwa sieroty może nas
W piekielne strącić ciemnie:
Ale przekleństwo trupich ócz
Straszniej się wpiło we mnie!
Dni, nocy siedm patrzałem w nie
I marłem nadaremnie!


I znów się cichy księżyc wzniósł
Nad moje to pustkowie,
Przy nim zaledwie kilka gwiazd! —
Któż smutek mój wypowie!


W swem osamotnieniu i wytrwałości zwraca się z żalem ku błądzącemu księżycowi i gwiazdom, które, w coraz to większej zjawiając się liczbie, poruszają się naprzód; należy do nich błękit całych niebios, tu one mają swą przystań, swoją ojczyznę, swoje własne naturalne schronisko, do którego wchodzą bez poprzedniego zawiadomienia, jak wielcy panowie, których się spodziewano, a których przybycie cichą sprawia radość.

Na fale księżyc blask swój siał,
Niby kwietniowe szrony,
Lecz gdzie okrętu leżał cień,
Tam na głębinie, w noc i dzień
Mienił się żar czerwony.


W ciemni okrętu miałem raz
Zjawisko morskich węży:
Śnieżny za niemi błyszczał ślad,
Lub w płatkach spadał blask, gdy gad
W górę swój grzbiet wypręży.


Przy świetle księżyca przygląda się wielkiemu spokojowi stworzeń bożych,

W ciemni okrętu jakże lśnił
Bogaty czar ich skóry!
Śród aksamitno-czarnych prąg
Błękit i zieleń, a zaś wkrąg —
Ich śladem — łysk purpury.


Szczęsne stworzenia! Gdzież ten człek,
Coby ich czar wyjawił!
Miłość trysnęła w łonie mem
I jam je błogosławił!
Bóg mi okazał litość swą
I jam je błogosławił...


ich piękności i ich szczęściu. Błogosławi im.

W tej samej chwili mogłem już
Do modłów złożyć dłonie:
I z szyi mej albatros sam
Gdzieś w morskie upadł tonie.


Uroki zaczynają pierzchać.




CZĘŚĆ PIĄTA.

O śnie! rozkoszny, drogi śnie
Po wszystkie krańce ziemi!
Królowo Niebios, dzięki ci!
Sen mi po klęsce strasznych dni
Zjednałaś prośby swemi!


Śniłem, że naszych wiader rząd
— A było ich niemało —
Wodą wypełnił się po brzeg...
Gdym zbudził się, padało.


Za łaską Matki Najświętszej stary żeglarz doznaje ochłody w deszczu.

Zwilżone-m wargi miał i krtań!
Wilgotne szaty moje!
Snać we śnie-m pił i jeszcze wciąż
Spragnione wnętrze poję.


Wstałem — zaledwiem kości czuł!
Ach! co za lekkość błoga!
Snać we śniem zmarł i jestem już
Duchem u Pana Boga.


A w tem usłyszę dziki świst!
To wicher zawył nagle!

Słyszy szumy i dziwne spostrzega zjawiska i poruszenia na niebie i wodzie.

W oddali wiał, lecz w szumie tym
Trzęsły się maszt i żagle.


Górą, w powietrzu, życie wre!
Sto flag ognistych płonie!
Wskroś zygzakami przestwór tną,
A pośród wstęg ich gwiazdy lśnią,
W wyblakłej lśnią koronie.


Coraz to bliżej wicher dmie,
Żagle, jak trzcina szumiąca;
Z ponurych chmurzysk leje deszcz,
A w chmurach skraw miesiąca.


Rozdarł się chmur posępny kłąb,
Wypłynął blask księżyca,
A, jak ze szczytu stromych skał
Huczącej wody spada wał,
Lała się błyskawica.


Nie sięgnął statku głośny wichr,
A statek się porusza!
Pośród błyskawic słychać jęk...
Ach! jak się lęka dusza!


Ciała załogi okrętowej zaczynają się ożywiać i okręt się porusza.

To zmarli wstają! Język ich
Niemy i nieme oczy!
Choćby to sen był — co za strach,
Gdy człek umarłych zoczy!


Wichr nie pogania: płynie łódź,
Sternik przy swoim sterze;

Jak zwykł to czynić, majtków tłum
Do swoich lin się bierze.
Bezwolnym ruchem każdy z nich
Rzucał swe martwe leże.


Przy mnie bratanka stanął trup —
Kolano przy kolanie!
Jedną ciągniemy linę wraz —
On milczy!... Chryste Panie!»


«Stary żeglarzu! boję się!»
«Nie bój się, gościu luby!
Nie potępieńców był to ród:
Okręt mój wiedli wskróś tych wód
Wolni od wiecznej zguby.


ale nie dzięki duszom ludzkim albo demonom ziemi czy przestrzeni, lecz dzięki błogosławionemu orszakowi duchów anielskich, zesłanych po wezwaniu na pomoc świętej Opiekunki.

Gdy nadszedł świt, bezwładnie maszt
Objęły ich ramiona,
I popłynęła pieśń im z ust,
Pieśń słodka i natchniona.


Płynął im z łon przedziwny ton
Do wschodzącego słońca,
I wracał znów, to sam, to współ,
I cudnie brzmiał bez końca.


Raz mi się zdało, że to hen
Trele skowronka płyną,
To znów, że cały ptasząt rój
Zagrał w przestworach pean swój,
Wzbiwszy się nad głębiną.


Raz niby-m słyszał jakiś chór,
To znowu fletni głosy,
Lub też anioła rajski śpiew,
Że milczą w krąg niebiosy.


Ścichło... Lecz w żaglach grała wciąż
Tych słodkich brzmień ulewa —
Aż do południa, jak ten zdrój,
Co skrył się między drzewa
I w noc czerwcową, cichą noc,
Lasem swe pieśni śpiewa.


Aż do południa statek nasz
Śród ciszy mknął łagodnej;
Żaden go wiatr nie pędził w dal
Po tej przestrzeni wodnej.


Spodem, na dziewięć sążni w głąb,
Ukrył się duch z dziedziny
Śniegu i mgieł, i on to parł
Nasz okręt — on jedyny.
W południe w żaglach zmilkła pieśń,
Przestały dźwięczeć liny.


Samotny duch prowadzi okręt od bieguna południowego aż do Równika, posłuszny hufowi anielskiemu, ale wciąż dyszący żądzą zemsty.

I okręt stanął... Z góry wprost
Z nad masztu, w wód przeźroczy
Uwięzło słońce, w morza toń
Wlepiło swoje oczy...
A potem — nagle — wprzód i wstecz
W dziki się tan potoczy.


I, jak spłoszony, potem koń,
Skok czyni karkołomny:


Krwi-m uderzenie uczuł wraz
I padłem nieprzytomny.


Nie powiem ci, jak długom tak
W półmartwym leżał stanie,
Lecz, nim się jeszcze zbudził duch,
Rychłom usłyszał głosów dwóch
Przedziwne gdzieś wołanie.


Demoni, towarzysze Ducha polarnego, zamieszkujący morze, biorą udział w uczuciu krzywdy; która go spotkała, dwóch z nich o opowiada sobie, że długa i ciężka pokuta starego żeglarza była zgodną z wolą Ducha polarnego, który się zwrócił ku południowi.

«Powiedz!» — tak wołał jeden z nich —
«Na Zbawcę! Na niebiosa!
Czy to ten wróg, którego łuk
Uśmiercił albatrosa?


Duch, mieszkający w strefach mgieł
I śniegu, żywił serce
Dla tego ptaka, a sam ptak
Miłował swego mordercę»


A drugi głos łagodny był —
Słodkie, jak miód, orędzie!
«On» — rzekł — «pokutę spełnił już
I jeszcze spełniać będzie!» —






CZĘŚĆ SZÓSTA.
GŁOS PIERWSZY.

«Mów bracie mów! Niech język twój
Przemawiać się nie wzbrania:

Powiedz, co robi morze to?
Kto okręt ten pogania?»


GŁOS DRUGI.

«Jak w służbie człek przed panem swym,
Tak morza toń milcząca
Rozwartem okiem patrzy wciąż
W srebrzystą twarz miesiąca.


A on czyż wie, gdzie wieść je ma —
Boć on kieruje morzem!
Odwróć się doń, patrz, jak on toń
Spojrzeniem pieści bożem».


GŁOS PIERWSZY.

«Lecz powiedz mi, jak okręt ten
Bez wiatru mknie i fali?»


Żeglarz zapadł w letarg, albowiem moce anielskie kazały okrętowi spieszyć prędzej, aniżeliby to ludzkie życie wytrzymać mogło.
GŁOS DRUGI.

«Za nim obcina się ich prąd,
Nie idzie przed nim dalej.


Hej, bracie, hej! Do wyży swej
Uchodźmy — zwłoka szkodzi!
Gdy żeglarz ten swój prześni sen,
Zwolnieje bieg tej łodzi!»


Zbudziłem się. Płyniemy snać
Na sprzyjającej toni
Księżyca moc rozprasza noc,
A przy mnie stoją — oni!


Zwolniał ruch nadprzyrodzony; żeglarz się budzi i rozpoczyna swą pokutę na nowo.

Tak! na pokładzie stoją wciąż,
Zamiast spoczywać w trumnie!
W blasku miesięcznym blask ich ócz
Ciągle się zwraca ku mnie.


Klątwa i ból śmiertelnych chwil
Wciąż im się w oczach szkliły:
Chciałem się cofnąć, modlić się,
Ale mi zbrakło siły...


Pierzchły uroki... Oto znów
Spojrzałem po głębinie,
Lecz, co zobaczył wprzód mój wzrok,
Tylem też widział ninie.


Klątwa została ostatecznie odpokutowaną.

Byłem, jak człek, co biegnie gdzieś
Odludziem, zdjęty trwogą:
Spojrzał raz wstecz i oczy już
Odwrócić się nie mogą,
Spostrzegłszy — ach! —, że straszny wróg
Podąża za nim drogą!


W tem zawiał wiatr... Łagodny wiatr
Dotknął się mojej skroni;
Nad morzem szedł, nie krając wód,
Nie marszcząc gładkiej toni.


Podnosił włos, głaskał mi twarz,
Jak słodkie tchnienie wiosny;
Zdawał się igrać z trwogą mą,
A spokój niósł radosny.


Chyżo, chyżo okręt mknął
Lekką się pianą zlewał;
Cicho, cicho wicher wiał,
A ku mnie wciąż zawiewał.


O śnie rozkoszny! Czyż to blask
Tej naszej morskiej wieży?
Kościół to mój na wzgórzu tam?
Moich to pas wybrzeży?


I stary żeglarz spostrzega ziemię rodzinną.

Wjeżdżamy w port... O Boże mój,
Nie skąp mi swej opieki!
Spraw, bym się zaraz zbudzić mógł,
Albo niech śpię na wieki!


Śród ciszy wkrąg zatoki toń
Lustrzane miała lica:
To księżyc legł na wody śnieg,
To leżał cień księżyca.


Lśnił skały szczyt i kościół lśnił,
Co na tym szczycie leży,
W miesięcznych blasków cichych skrach
Kąpał się kur na wieży.


W miesięcznych skrach zatoki toń,
W tem z głębi jej, ku górze,
Jakichś się cieniów podniósł huf,
A każdy był w purpurze.


Aniołowie porzucają umarłe ciała, zjawiając się już w własnych, świetlistych postaciach.

Tuż przy mym statku stały wraz
Te cienie płomieniste!

Zwróciłem znów na pokład wzrok —
I cóżem ujrzał?!... Chryste!


Pokotem trup przy trupie legł,
A zaś, — o Krzyżu Święty! —
Nad każdym lśnił anielski duch,
Serafin wniebowzięty.


Cicho, bez słów anielski huf —
Wabi mnie, wzniósłszy dłonie,
A każdy z nich, jak zbawczy znak,
Od lądu w ogniach płonie.


Cichy, bez słów, anielski huf —
I z miejsca się nie ruszy,
Lecz, jak muzyka, tak mi szła,
Ta cisza do mej duszy!


A w tem retmana słyszę głos
I pluskające wiosła:
Odwrócę głowę — ach, to łódź,
Łódź ku mnie woda niosła,


To retman, tak! i jego syn!
Zaraz się do mnie zwrócą!
O jaka rozkosz! Tej mi już
Zmarli snać nie zakłócą.


Jest i ktoś trzeci — słyszę go...
To nasz pustelnik! Chwali
Stwórcę tą pieśnią, którą sam
Wysnuł w swej leśnej dali.


On z rąk mi ptaka zmyje krew!
On duszę mi ocali! —






CZĘŚĆ SIÓDMA.

Pustelnik on ma w puszczy schron,
Nad morzem schron ma błogi.
Pieśń jego zbożna idzie w świat;
On nas, żeglarzy, wita rad,
Powracających z drogi.


Pustelnik leśny

Do modłów klęka w noc i dzień
W zielonej swej dąbrowie;
Mchami porosły dębu pień
To jego jest wezgłowie.


Zbliża się łódź... «Ha! dziwna rzecz!»
— Tak, słyszę, mówią oni —
«Gdzie się podziały światła te,
Ten znak na morskiej toni?


Tam uszy — mówi święty mąż —
Są na nasz okrzyk głuche!
Lecz patrz na zeschłe dyle te,
Patrz na te żagle suche!
Cóż podobnego widział kto?
Chyba, że w zawieruchę.


zbliża się zdumiony do okrętu.

Szkielety drzew, co w puszczy mej
Chylą się nad mą wodę,


Gdy sowy huk napełnia bór,
Dla wycia wilka godny wtór,
Żrącego wilczę młode».


«Panie!» — rzekł retman — «boję się!
Tam licho nas przywita!»
«Płyń naprzód, płyń! Bez trwogi płyń!»
Odpowie eremita.


Coraz to bliżej sunie łódź —
Lecz jam był skamieniały!
Już się ze statkiem równa łódź —
W tem grzmoty-ż to zagrzmiały?!»


Z pod wody szedł ten straszny trzask,
Coraz to głośniej, dalej:
Dosięgnął statku, rozdarł toń —
Statek się zapadł w fali.


Okręt nagle idzie na dno.

Ogłuszon hukiem, który snać
W niebo i morze godzi,
Byłem, jak on topielca trup,
Miotany w fal powodzi,
A w tem się naraz, niby w śnie,
Ujrzę w retmana łodzi.


Stary żeglarz znalazł ocalenie w łodzi retmana.

Śród wiru, pian, gdzie okręt znikł,
Łódź krąży, łódź się nurza...
Ucichło wszystko, tylko wieść
O huku szła od wzgórza.


Ruszyłem usty; retman w krzyk —
Wraz go zabiła trwoga!

Pustelnik oczy w górę wzniósł
I modlił się do Boga!


Ja wiosła w dłoń! Retmana syn
— Do dziś szalony zgoła —
Zaśmiał się w głos i, dzikich ócz
Ciskając skry dokoła,
«Ha! ha!» — jął krzyczeć «teraz wiem,
Jak czart wiosłować zdoła!»


Potem uczułem stały ląd —
Ojczysty kraju miły!
Pustelnik, łódź rzuciwszy swą
Zaledwie stać miał siły.


«Daj rozgrzeszenie, księże, daj!»
On, jakby chciał mieć pieczę,
Wprzód się przeżegnał, potem rzekł:
«Powiedz, kim jesteś, człecze?»


Stary żeglarz błaga pustelnika, aby go rozgrzeszył.

I ciało moje przebiegł dreszcz
I zdjął mnie ból złowrogi:
Opowiedziałem dzieje swe
I byłem już bez trwogi.


I pozbywa się swej kary.

Od tego czasu nieraz, ach!
Ten ból się na mnie wali —
I opowiadam powieść swą,
Bo mi się serce spali.


Atoli mimo to ból jakiś zmusza go do wędrówki od kraju do kraju

I z kraju w kraj, jak ciemna noc,
Tak ja podążać muszę;

A komu z lic wyczytam wieść,
Że może żal mój ciężki znieść,
Temu otwieram duszę...


Hałas się wzmógł, weselny próg
Zalewa fala żywa,
W ogrodzie brzmi poślubna pieśń,
W przestworach się rozpływa,
A tam wieczorny dzwoni dzwon,
Co mnie do modłów wzywa.


Samotną była dusza ta
Wśród bezmiernego morza,
Tak, że nie mogła prawie czuć,
Czy jest gdzie Istność boża.


Dla mnie — weselny gościu, wierz —
Nad wszystko jest wesele,
Gdy do kościoła mogę iść,
Gdzie lud się kornie ściele.


Gdy do kościoła mogę iść
I padać na kolana —
Gdzie wszyscy, starcy, dzieci, młódź
Jedyną tylko żywią chuć,
Aby uwielbiać Pana!


Bądź zdrów! bądź zdrów i pomny słów,
Że ten się modli szczerze,
Kto szczerze kocha wszelki płód —
Człowieka, ptaka, zwierzę.


i do rozbudzania swym własnym przykładem miłości ku wszystkiemu, co Pan Bóg stworzył i kocha.

Kto szczerze kocha wszelki płód,
Ten modli się najprościej:
Bóg, co nas kocha, stworzył świat
I ma go w swej miłości!»


Oddalił się ten siwy człek,
Żeglarz płomieniooki,
A za nim w ślad weselny gość
Do domu zwrócił kroki.


W głębokiej wskróś zadumie szedł
Od ucztujących ludzi:
Jutro się z rana mędrszym on
I posępniejszym zbudzi.


Poeci angielscy - Grafika na koniec utworu.png



Przypisy

  1. Ostatnie wiersze tej zwrotki zawdzięczam p. Wordsworthowi. Plan tego poematu powziąłem i po części wykonałem podczas uroczej podróży z Nether Stowey do Dulverton, w jesieni 1797, w towarzystwie jego i jego siostry. Uwaga Coleridg’a.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Taylor Coleridge i tłumacza: Jan Kasprowicz.