Poezye. Serya druga/Wichrem porwany

<<< Dane tekstu >>>
Autor Marya Konopnicka
Tytuł Wichrem porwany
Pochodzenie Poezye. Serya druga
Data wydania 1883
Wydawnictwo Nakład Gebethnera i Wolfa.
Drukarz Kraków. — W drukarni Wł. L. Anczyca i Spółki.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
Wichrem porwany.


Jest jedno cudne wśród ludu podanie,
O którem słysząc, gubiłam w przestrzeni
Wzrok smutny, jak ci, co napół uśpieni
Wpadają w ciche, błękitne dumanie.
I zdało mi się, że widzę w oddali
Góralską wioskę, tę wioskę prostaczą,
Co przechowała dawną, żywą wiarę,
Co na swych krzyżach chusty wiesza stare,
A na obrazach swych sznury korali
I wstęgi kraśne, i kwiaty, i zioła,
A na swych piersiach szkaplerze czerwone,
Które je piętnem płomienistem znaczą,
A serce swoje trzyma zawieszone —
Czyste i jasne — aż na niebios progu,
Jak votum srebrne w ołtarzu kościoła,
Prostej roboty, ale dane — Bogu.


∗             ∗

Wioska tuliła się w głębokim jarze,
Na macierzankach, wrzosach i mchach cała...
A widok miała — aż na dwa błękity:
Na skrawek nieba, gdzie jutrznia różana
Budziła pierwsze liljowe rozświty,
Rozpłomieniając, jak złote ołtarze,
Występy skalnych ścian i nagie szczyty —
I na źródełko, zkąd wodę czerpała
Każdego zmierzchu i każdego rana,
I kędy także drżał błękit odbity.


∗             ∗

Naraz, nad wioską zrobiło się czarno...
Chmury nadbiegły czeredą niekarną
I ołowiane skrzydła swe rozniosły
Ponad wąwozem, jako burzy posły...
Ogromnym hukiem zatrzęsły się skały
I jako działa salwy podawały,
A grzmiąc aż w głębi kamiennej posady,
Zgrozą płoszyły dzień drżący i blady.


∗             ∗

I zdało mi się, że widzę lecącą
Na czarnych barkach wielkich nocnych ptaków,
Z stalowym biczem skręconej w sznur wody,
Ze złotą wstęgą wplecioną we włosy,
Burzę upalną, szaloną, kipiącą,

Która rzuciwszy z cuglami swe dłonie
Na wolę swoich powietrznych rumaków,
I gdzieś na szczycie skalnym, nad Bieszczadem,
Szur pereł białym rozsypawszy gradem,
W jaskrawych błysków królewskiej koronie
Przelatywała strwożone niebiosy,
Jak amazonka przyrody.


∗             ∗

Dwoma szczytami chwycony i wparty
W sam gardziel jaru, korowód straszliwy
Miotał się, jako w ostępie zwierz dziki,
Któremu w żebra nóż wbije myśliwy.
Wiatry śmigały, jak spuszczone charty,
A błyskawice — jak sokoły lotne;
A gromy, nakształt rogowej muzyki,
Niosły pobudkę przez wirchy samotne.
Nagle ucichło wszystko. — Burza miewa
Takie omdlenia wściekłości złowieszcze,
Po ktorych z siłą zdwojoną wybucha.
Przestają wtedy giąć się z szumem drzewa,
Srebrnemi skrzydły przestają bić deszcze,
Ziemia umilkła — i bez tchu. drżąc, słucha.


∗             ∗

W ciszy tej, leci kędyś z biednej wioski
Głos niepokoju, głos trwogi i troski.

Niewiasty w chatach, tuląc dziatwę małą,
Szepcą pacierze do Marji dziewicy;
A w sinem, trupiem świetle błyskawicy
Schylają głowy: „a słowo się stało!”


∗             ∗

Wtem nagle krzyk się rozległ przeraźliwy!
Zmieszane głosy i płacz drobnych dzieci
Biją w niebiosy, jakoby dzwon żywy...
Góral, co zawisł u skalnej szczeliny,
Gdzie ledwo orzeł śmie gniazdo pomieścić,
Chwycony siłą gwałtownego prądu,
Miota się, wichrem niesiony przez chmury,
Wśród kiru niebios — i błysków purpury,
I huraganu szalonej zamieci,
Skręconej w trąbę, na której dzień sądu
Archanioł mógłby przepaściom obwieścić,
Tak godną była miejsca i godziny.


∗             ∗

Napróżno woła i wyciąga ręce,
Patrząc na wioskę i na dach swój stary;
Próżno się z burzą, jak z wrogiem, szamoce;
Próżno błyskawic dusi złote węże —
I czarne chmury porywa za bary,
I pięścią wiry huraganu grzmoce...

On nigdy, nigdy ziemi nie dosięże
I z wichrem latać będzie w wiecznej męce!


∗             ∗

Ostatnie słowa baśni tej nad głową
Przewiały, jakby echo konające
Poza ostatnią chmurą piorunową,
Kiedy już tęcza rozwiewa wstęg końce...
Ja słucham jeszcze — i tonę w zadumie...
Ach! czemuż, burzą tęsknoty porwana,
I uniesiona przez wichrów podmuchy,
W wiecznej pogoni za widmem znikomem
W namiętnych marzeń i porywów szumie,
Jako zaklęte latać muszę duchy,
Ponad tą ziemią, która mi jest domem...
I wiecznie pragnąć, i wiecznie się smucić —
I tak się trawić, jak płomień skrzydlaty...
Czemu nie mogę spocząć, ani wrócić
Do mojej wioski i do mojej chaty?..


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.