Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom III/Listy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Poezye wydanie zupełne, krytyczne
Data wydania 1915
Wydawnictwo Nakład Gebethnera i Wolfa.
Drukarz O. Gerbethner i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Lublin, Łódź, Kraków
Indeks stron
XIV. LISTY.

Grafika na początek utworu 1.png

I.

............
Na białą kartę, co przede mną leży,
Miesięczna pełnia blaski swoje śnieży
I drży i lekkim cieniem się kołysze
I choć ja dumam tylko — ona pisze,
I choć ja marzę tylko — ona zmienia
W gorące zgłoski te moje marzenia,
I choć ja milczę — ona mówi biała...
I choć ja drżąca jestem — ona pała.
A tak się lekko ślizga promień złoty,
Że znać wskróś niego spojrzenie tęsknoty;
A tak się dziwnie plączą lotne cienie,
Że znać w nich nawet tłumione westchnienie.
I patrzę, cicha, na głoski i słowa,
Które ta jasność skreśliła perłowa,
I list ten srebrny posyłam w zadumie
I nie wiem, czy kto pismo to zrozumie.



II.

............
Nie było dla nas godziny ni chwili,
W którejby serce do serca gadało.

Jeśliśmy kiedyś ze sobą mówili,
To obojętnie i zimno i mało
I tak, jak mówią na drożnej krawędzi
Przelotne ptaki, gdy wicher je pędzi.

Ale w powietrzu, z którego twe usta
Brały swój oddech, zostało się drżenie...
I już ta przestrzeń nie była mi pusta,
Bo w niej utkwiło to nasze milczenie
I niosły się w niej, jako kwietne puchy,
Niewymówionych słów dźwięki i duchy.

Dziś w tej muzyce zasłuchana stoję
Nawpół radośnie, a nawpół boleśnie...
Znam każdy ton jej, lecz złożyć się boję
Z tonów tych strofy, akordy i pieśnie.
Lecz gdy się w sobie ukoję, uciszę,
Strofy te czuję i pieśni te słyszę.

Tak harfa, stojąc w samotnej ustroni
Z pełnemi struny miłosnej tęsknoty,
Nagle się sama wśród ciszy rozdzwoni
I wyda z siebie głos i akord złoty.
A choć jej promień nie trąci miesiąca,
Srebrnymi szmery jest cała drgająca.



III.

............
Ty i wieczór letni, cichy,
W jeden mi się zwiewa cień...
Piją rosę róż kielichy,
Co omdlały w skwarny dzień.

W długiej, mrocznej gdzieś alei
Widzę zdala drogi cień...
Piją rosę róż kielichy,
Co omdlały w skwarny dzień.


Ramię twoje mnie otacza,
Jak kotara, spada cień...
Piją rosę róż kielichy,
Co omdlały w skwarny dzień.

Ust twych chwytam płomień cichy:
Tysiąc gwiazd rozbłyska w cień...
Piją rosę róż kielichy,
Co omdlały w skwarny dzień.



IV.

............
Śmierci pożądam w tobie,
Najcichszy z moich snów!
O chłodnym myślę grobie
Dla utrudzonych głów.
 
O czarnej myślę ziemi
Dla serc znużonych już,
O nocy ponad niemi
Bez świtu i bez zórz.
 
O brzozie tej, co biała
Żałosną schyli skroń,
Gdy cicho będę spała,
Trzymając twoją dłoń.

I czekam tej godziny,
W tęsknocie pędząc dni,
Bo wtedy, mój jedyny,
Mam coś powiedzieć ci.



V.

............
Nie znam ruchliwszej fali,
Niż oczy twoje,
Ni ognia, co tak pali,
Jak usta twoje.


Ani gorętszej ciszy,
Niż szepty twoje,
Ni burzy, co tak dyszy,
Jak łono twoje.

Nie znam lotniejszej strzały,
Niż myśli twoje,
Ni liści, coby drżały,
Jak serce twoje.

Nie znam tak ostrych mieczy,
Jak słowa twoje,
Ani smutniejszej rzeczy
Nad życie twoje.



VI.

............
Rozstać się z tobą nie mając dość mocy,
Duch ze mnie wyszedł — za ślady twojemi
I poszedł, cichy, po ros pełnej ziemi
Tej letniej nocy.

I tak za twoim obłąkał się cieniem,
Że go przywołać nie było sposobu,
I będzie już tak z tęsknotą i drżeniem
Szedł — aż do grobu.

Jako lunatyk zamknięte źrenice
Obraca, skąd mu srebrna pełnia świeci,
Tak on, w twe oczy i w twe blade lice
Patrzący — leci...

Wiem, że ty idziesz do wczesnej mogiły
Przecież się próżną nie skarżę żałobą;
Tylko się rozstać nie mając dość siły,
Idę za tobą...



VII.

............
Miłość jest klęską świata...
Jej wonie i jej blaski
Służą, jak niegdyś maski
Służyły — licom kata.



VIII.

............
I mówię: odejdź! — i wracam się cicha,
By spojrzeć jeszcze na stóp twoich ślady,
I słucham wiatru, co w dali gdzieś wzdycha,
I na kwiat patrzę więdnący i blady,
Na jeden z kwiatów tych, co mają duszę —
I nie wiem, co mi jest — i płakać muszę.

I mówię: zostań! — i sama odchodzę
I drżąca idę w ciemności przed siebie.
I czuję ciernie kolące w tej drodze
I słyszę dzwony na serca pogrzebie
I widzę czarne snów ludzkich mogiły —
I nie wiem, co mi — i iść nie mam siły.

Dwie różne drogi — a jedna tęsknota,
Dwie różne drogi — a jedno cierpienie.
Na jednej zorza zagasa mi złota,
Na drugą schodzi noc i smutków cienie...
I późna chwila jest — i rosa pada,
I nie wiem, gdzie mi iść — i stoję blada...



IX.

............
Czy pomnisz, jak wskróś złotych zórz
Siedliśmy w łódkę, niemi,

Nadto bzów woni mając już,
I nadto mając ziemi...

A łodzią nie chwiał żaden ruch,
U brzegu senna stała;
A wodą szedł już nocy duch
I mgła wionęła biała...

A serce we mnie zcichło tak,
Jak tonie te mdlejące;
A dusza moja - biały ptak —
Zwinęła piór swych końce...

I bezcielesnych marzeń rój
Obleciał nas dokoła...
I ochłódł życia war i znój
I zbladły nasze czoła...

Aż nagle jedno z twoich drgnień
Zburzyło tę pogodę...
Na twarz mi buchnął żar i cień,
A wiatr zamącił wodę...



X.

............
Dam ci tę gwiazdę, co w oczy nam świeci
W wieczornej ciszy...
Dam ci tę świeżość, co z łąk ku nam leci
I wonią dyszy...
Dam ci tę białość, co różom owiewa
Schylone czoła,
Dam ci te szumy, którymi się drzewa
Modlą dokoła...
Dam ci przezrocza wiosennych dni zmierzchu,
Widne w oddali,

Dam ci ros czaszę, kipiącą do wierzchu
Blaskiem opali...
Dam ci tęsknotę, co wznosi uśpione
Ziemi tej łono,
I duszę moją dam ci, tak jak one —
Niepochwyconą.



XI.

............
W wielkiej i pustej nawie —
Myślę o tobie...
W wielkiej i pustej nawie
Rzuca się blask jaskrawie
Przez szyb gotyckich barwne tła
I na kamiennych taflach drga...
— Myślę o tobie.

W łukach mrok drzemie szary —
Myślę o tobie...
W łukach mrok drzemie szary,
Westchnieniem drżą filary...
Cisza — co w sobie ma krzyk i jęk —
Ból życia, cierpki grobu lęk...
— Myślę o tobie.



XII.

............
Tak mi się zda, że to bajka,
Że wskróś złudnych mar i snów
Widzę postać tego grajka
I wiosenny wieczór ów...

Zadumani, pochyleni,
Ja i ty, jak jeden duch,
Nie istnieliśmy w przestrzeni,
Ciałem był nam tylko słuch...


Pieśń objęła nas dokoła,
Niby przypływ morskich fal...
Jedne skrzydła nas anioła
W bezmiar niosły, w modrą dal...

Przecież czuję do dziś jeszcze
Dłoni twoich chłód i żar;
Dotąd idą po mnie dreszcze,
Dotąd mnie twój więzi czar...

I wiem, że w tej pieśni dźwięku
Była rozkosz, miłość, szał...
Że w niej drżało echo jęku
Naszych dusz — i naszych ciał.



XIII.

............
Nie skowronki, nie słowiki
Powiadały mi o tobie,
Ale wicher smętny, dziki,
Co zawodził gdzieś na grobie.

Nie wiosennych świtów róże
Wieści mi o tobie niosły,
Ale błyski, ale burze
Przylatały do mnie w posły...

Nie miłosne rozmarzenie
Otworzyło nam ramiona,
Ale gorycz i zwątpienie,
Lecz tęsknota nieskończona...

Nie rozkoszy, nie pieszczoty
Niosę tobie jasne zdroje,
Ale puhar śmierci złoty
Spełniam — cicha — w ręce twoje.



XIV.

............
W miłości niema zdrady:
Jest tylko wieczny ruch.
Siew życia i zagłady,
Jak chce, tak rzuca — duch.

............
Jeśli milczenie ma starczyć za słowa,
Wierz mi, najwyższej piękności hymn śpiewa
Noc nasza, cicha, letnia, księżycowa,
Co przez rozkwitłe przesrebrza się drzewa.

I jeśli piękność ma starczyć za słowa,
Wierz mi, że pieśnią ogromną w swej mocy
Jest podniesiona ku niebu twa głowa,
Gdy patrzysz, milcząc, w oblicze tej nocy.

I jeśli miłość ma starczyć za słowa,
Wierz mi, modlitwą ku tobie w tę ciszę
Bije mej duszy gorąca wymowa,
Kiedy to piszę.

............
Nie list, nie słowo, nie skargę tęsknoty,
Nie echo westchnień rozwianych po grobie,
Lecz uśmiech szczęścia posyłam dziś tobie
Cichy i złoty.

Dziwisz się, pragniesz zapoznać się z drogą,
Którą ten motyl czarowny przylata
Tym, co się bez ran przecisnąć nie mogą
Wskróś cierni świata?

Wszak my go próżno szukali we dwoje
W przestworach pyły sypanych gwiezdnemi,

A on na usta przyleciał dziś moje
Z tej czarnej ziemi.

Przyleciał do mnie z szerokich pól wiewem,
Z szumem brzóz naszych rozchwianych warkoczy
I rozbłękitniał wiosennym rozlewem
Modrych przezroczy.

Skowrończą w serce uderzył mnie pieśnią,
Spłonął poranną nad łanem mym zorzą,
Zapachniał skibą, gdy pługi noc prześnią
I świtem orzą.

Cień jego skrzydeł z czarności padł borów
Na czoło moje kojący i błogi;
Zaświetniał w łąkach pod tęczą kolorów,
W miedzach mej drogi.

Wskróś słonecznego w mej izbie promienia
Spadł mi ich trzepot i ciche ich bicie:
I wiesz?... Nie trzeba błędnego marzenia:
Rodzi go — życie.

I wiesz?... Nie w górne on nosi się światy,
Gdzieśmy patrzyli oczyma łzawemi,
Lecz między zboża i zioła i kwiaty
Lata przy ziemi.

............
Mówisz, że nie wiesz, co zrobić z mym darem,
Że od uśmiechu odwykło twe lice,
Że jest do szczęścia twe serce zbyt starem?

Lecz motyl frunął już! Już go nie chwycę!
Już padł słoneczny na twarz twoją drogą,
Już iskry rzucił w twe ciemne źrenice.


Co masz z nim robić — nie pytaj nikogo.
Weź go na usta, jak święte chryzmaty,
I w młodych blaskach uśmiechu żyj błogo.

Wiosna nie pyta, gdzie podziać ma kwiaty,
Ale je ludziom po drodze rozdziela,
Co idą z pieśnią za wiewem jej szaty.

Nie wiesz, co zrobić z uśmiechem wesela?
Umaj nim dom twój od szczytu do progu...
Niecił w nim zapachnie kwietniowa niedziela
Polom i chatom i ludziom i Bogu!



XV. OFIAROWANIE.

Lećcie, kartki ciche, białe,
Jak jabłoni kwiecie,
Zapukajcie, zastukajcie,
Gdzie smutek znajdziecie.

Zapukajcie, zastukajcie,
Gdzie milczące wrota:
Może pójdzie wam otworzyć
Jaki duch-sierota.

Może pójdzie wam otworzyć,
Może wam odpowie,
Może drogi głos przypomni
W waszej cichej mowie.

Może drogi głos przypomni,
Co zamilkł na wieki,
Może głową zakołysze,
Zarosi powieki.

Może głową zakołysze
W serdecznej zadumie,

Może westchnie za snem młodym,
Może was zrozumie.

Oj, ty wichrze, mocny wichrze,
Z skrzydłami mrocznemi,
Nie ostoi się przed tobą
Żaden sen na ziemi!



Grafika na koniec utworu 3.png


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.