Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom III/W zielone

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Poezye wydanie zupełne, krytyczne
Data wydania 1915
Wydawnictwo Nakład Gebethnera i Wolfa.
Drukarz O. Gerbethner i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Lublin, Łódź, Kraków
Indeks stron
XIII. W ZIELONE.

Grafika na początek utworu 1.png

I.

Gra w »zielone« jest tak stara,
Jak ludzkiego serca bicie...
Zawsze jakaś młoda wiara
Snv[1] goniąca po błękicie,
Zawsze ufność w słońca świty
Wskróś jesiennych dni zawiei
Pokazuje niespożyty,
Wiecznie świeży — liść nadziei.



II.

Zaczęło się to pewnego ranka...
Każda sielanka
Chce wiosny, kwiecia, młodości i słońca.
Lecz nim dobiegnie do końca,
Umarłe róże zostawia za sobą,
Mrokiem owiewa niebiosy,
A sama idzie, okryta żałobą,
Roniąc łzy rosy.
Lecz jestże temu winną sielanka,
Że nie trwa dłużej, niźli uśmiech doli...
Zaczęło się to pewnego ranka,
A jak noc — boli...



III.

Ja sam nie wiem, jak to było...
Rzęski miała opuszczone,
Słońce w gaj nas zapędziło
I tak przyszła gra »w zielone«.

Lecz gdy miałem zerwać listek,
Dla mnie jeden, dla niej drugi,
Przebiegliśmy gaj ten wszystek,
Jak szeroki i jak długi.

Tu, tam, słówko pocichutku,
Blizko skroni skroń tętniąca,
Dużo szczęścia, trochę smutku,
Przebiegliśmy gaj do końca...

Niech kto przeczy, niech kto wierzy,
Kłamać nie mam we zwyczaju:
Ani jeden listek świeży
Nie znalazł się w całym gaju!

Brzoza płacze, jak sierota,
Wkoło malin bąk się kręci,
W lipie brzęczy pszczoła złota,
Sosna kole, jodła smęci...

I nie było innej rady
Wśród zieleni tej przeźrocza,
Tylko wziąć ten listek blady,
Co go miała u warkocza.



IV.

Czy w listku były uroki i dziwy,
Czy w woni włosów, którą był przejęty:
Wróciłem drżący, a razem szczęśliwy
I ludziom błogi i sam sobie święty.


Każdego ranka, wesoła, jak ptaszę,
Z piosenką biegła pytać o zielone...
I wszystkie gaje były wtedy nasze
I wszystkie pola i łąki zroszone...

Królową była zbudzoną z zieleni
Nadziei moich i mojej zadumy...
Po świeże listki biegliśmy, wzruszeni,
Pod szepty klonów i pod dębów szumy.

I jeden cień nam upadał na głowy
I jednym zmierzchów objęci pierścieniem,
Nagleśmy nasze zrywali rozmowy
I stali — niemi, a głośni — milczeniem.



V.

Dusza jej kwitła, jako polne kwiecie,
W listeczki białe, w listeczki błękitne,
Aż i ja, patrząc na wiosny to dziecię,
Czułem, że kwitnę.

Opadł mi z czoła liść stary, zimowy,
W piersiach skowronki miałem i słowiki,
Majowych fletni wskróś serca i głowy
Szły mi muzyki...

Jako jedwabnik, osnułem się wszystek
W zieleni gajów i w jaśminów woni,
I był mi światem maleńki ten listek,
Co drżał w jej dłoni.



VI.

Dzisiaj, nie pomnę już, o cośmy grali:
Może o różę na samym rozkwicie,
Może o płomień, co usta nam pali,

Może o gwiazdkę zgubioną w błękicie,
Może o serce, a może — o życie...
Tegośmy sobie nigdy nie wyznali,
O cośmy grali.

I codzień cichszym pytała mnie głosem
I co dnia głębiej źrenice spuszczone
Promyk mi słońca rzucały ukosem,
Kiedym jej moje pokazał »zielone...«
Lecz jam był gotów w oboją iść stronę,
Jaka na życie przypadnie mi losem,
Za tym jej głosem.

Przegrać, czy wygrać — za jedno mi było,
Bom wiedział, że już nic mi się nie zmieni,
Żeśmy ku sobie porwani tą siłą,
Co pąki pędzi z majowej zieleni,
Srebrzy stokrocie i róże czerwieni...
Przegrać, czy wygrać z tą moją, z tą miłą —
Jedno mi było!



VII.

O słodkie usta, o spojrzeń pieszczoto,
O słów szeptanych czarodziejska mocy!
Dotąd ja widzę gwiazdę ową złotą,
Co nam świeciła tej majowej nocy...
Dotąd tą wonią fiołkową dyszę,
Co z traw zroszonych biegła w nasze ślady...
Dotąd zapadam w tę półsenną ciszę
Mroków, mdlejących nad łąki i sady...
Dotąd ów listek, wyjęty z warkocza,
Do serca tulę rękoma obiema...
Dotąd drżą w gaju słoneczne przeźrocza,
Dotąd jest wiosna...
A ciebie już niema!...



VIII.


Pomiędzy ludźmi cichy teraz chodzę,
Nie wiem, czy stoi czas, czyli też bieży...
I wszędzie, zawsze mam na swojej drodze
Jeden liść zwiędły i jeden grób świeży.

Grób — z szczęścia mego wyrósł i z kochania
I zamknął wszystko, czem mi serce żyło,
I dziś mi sobą świat cały zasłania
I duszy mojej jest cichą mogiłą...

Lato po lecie i wiosna po wiośnie
Idę tam marzyć i tęsknić w tę stronę,
A brzoza biała, na grobie co rośnie,
Szeptem mię pyta o moje »zielone«.



Grafika na koniec utworu 3.png


Przypisy

  1.   Błąd w druku; powinno być – Sny.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.