Serce (Amicis)/W kuźni

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund de Amicis
Tytuł Serce
Data wydania 1938
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia „Antiqua” St. Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Konopnicka
Tytuł orygin. Cuore
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
W kuźni.
18. sobota.

Precossi przyszedł mi przypomnieć wczoraj, żebym obejrzał ich kuźnię, która jest w tej samej ulicy, na której mieszkamy. Więc dziś wychodząc z ojcem ze szkoły wstąpiliśmy tam na chwilę. Ale kiedyśmy się zbliżyli, spostrzegłem, że z kuźni wybiega pędem Garoffi, ze sporą paczką w ręku przytrzymując poły wielkiego płaszcza, pod którym towary swoje zazwyczaj ukrywa.
— Ach, wiem teraz skąd bierze te żelazne opiłki do polerowania, które sprzedaje potem za stare dzienniki, ten handlarz, Garoffi! To dopiero...
Zaraz ode drzwi kuźni zobaczyliśmy Precossiego, jak siedząc na ułożonych w kupkę cegłach uczył się lekcji z trzymanej na kolanach książki. Zerwał się i zapraszał do wejścia.
Była to izba, pełna węglowego pyłu, na której ścianach sterczały młotki, cęgi, sztaby, zawiasy i różnych nieznanych mi kształtów żelastwo, w kącie zaś płonęło ognisko, które roziskrzał wielki miech rozdymany przez kowalczyka.
Ojciec Precossiego stał przy kowadle a drugi pomocnik trzymał cęgami sztabę żelaza w ognisku.
— Ach — zawołał kowal zobaczywszy nas i zdjął czapkę z głowy. — Oto dobry chłopczyna, co podarował tę kolej żelazną! Przyszedł popatrzeć jak to w kuźni robota idzie, nieprawda? Zaraz, zaraz się to pokaże!
A mówiąc tak uśmiechał się i zaraz zauważyłem, że nie ma już tej ponurej twarzy i nie patrzy spode łba jak dawniej.
Wtem chłopak wyjął z ogniska sztabę rozpaloną na jednym końcu a kowal ją na kowadle oparł. Miał być z tej sztaby taki łuk żelazny, z jakich się robią altany w kształcie klatek owalnie u góry wygiętych. Za czym podniósł okrutnie wielki młot i zaczął nim walić w rozpalony koniec sztaby okręcając ją to w tę, to w ową stronę na kowadle i nadając jej przy tym coraz nowe kształty. Rozkosz była patrzeć jak pod szybkimi, pewnymi razami młota żelazo gięło się, zaokrąglało i zwolna przybierało formę pierzastego liścia kwiatu, zupełnie tak, jakby to nie była twarda sztaba, ale miękkie ciasto, ugniatane ręką podług woli.
A tymczasem syn patrzył na nas z jakąś dumą, jak gdyby chciał powiedzieć: — Patrzcie tylko, co to mój ojciec potrafi!
— No, cóż? — rzekł wreszcie kowal — widział panicz jak się to żelazo kuje?
I pokazywał mi sztukę, która wyglądała teraz jak pastorał biskupi. I zaraz ją odłożywszy na stronę, drugą w ogień wsadził.
— Piękna robota! Tęga! — rzekł na to mój ojciec. I dodał: — Wróciliście tedy do pracy? Wróciła wam do niej ochota?
— A wróciła! — odrzekł kowal ocierając pot z twarzy i wypoczywając chwilę. — A wiecie, panie, kto mi ją powrócił?
Ojciec mój udał, że o niczym nie wie.
— Ten poczciwy chłopak — rzekł kowal palcem wskazując syna. — To dobre dziecko, co się przykładało do nauki i utrzymywało honor ojca, podczas gdy ojciec... co tam długo gadać, po szynkach pił, a syna jak psa traktował. Dopiero kiedym ten medal zobaczył...
Tu urwał, przełknął ślinę, a wielkie wąsy jego zadrgały jak od tłumionego płaczu. Ale wnet zwróciwszy się do chłopca mówił żartobliwie.
— A pójdź no tu, malcze! Pójdź no tu, mój wielkoludzie, nie większy od wróbla na dachu! Niech no na ten twój dzióbek popatrzę!
Chłopiec podbiegł, kowal go schwycił wpół i prosto przed sobą na kowadle postawił.
— No — rzekł — wyszoruj trochę facjatę temu niegodziwemu ojcu, kiedy tak!
A Precossi zaczął obsypywać pocałunkami czarną twarz ojca, a za chwilę i sam był zupełnie umorusany.
— Dobrze tak! — rzekł wtedy kowal i postawił chłopca na ziemi.
— Dobrze tak! Macie słuszność, Precossi! — zawołał z radością mój ojciec.
Pożegnawszy się z kowalem i z jego synem wyszliśmy z kuźni. Wszakże na progu dopędził nas mały Precossi, szepnął — „przepraszam“! — i wsadził mi do kieszeni paczkę gwoździ. Podziękowałem mu serdecznie, i zaprosiłem, żeby przyszedł zobaczyć karnawałowy pochód z naszego okna, w ostatki.
Gdyśmy już byli na ulicy, ojciec mój rzekł.
— Podarowałeś mu twoją kolej żelazną, mój chłopcze! Ale gdyby ona była nie z żelaza, tylko ze złota i z pereł, jeszcze byłaby darem zbyt małym dla tego świętego dziecka, które cierpieniem własnym i miłością tak odmieniło serce ojca swego!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edmondo De Amicis i tłumacza: Maria Konopnicka.