<<< Dane tekstu >>>
Autor Karl Nerger
Tytuł Skradziony król
Wydawca Nakładem „Nowego Wydawnictwa“
Data wyd. 1929
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin.
Der gestohlene König
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


10.

W Rzymie udał się Nick Carter przedewszystkiem do Emilia Gilotto.
Był to człowiek, który znał Rzym. Rozumie się, nie ten Rzym turystów i przewodników, ale Rzym podziemny, Rzym zbrodni i występku.
Nick Carter wyświadczył mu kiedyś pewną usługę i od tej pory Gilotto służył mu zawsze swą pomocą, a była ona warta więcej, niż usługi stu policjantów.
I teraz odbyli oni długą naradę, Gilotto zaklinał detektywa, by odstąpił od swych planów:
— Niech się pan wstrzyma choć trzy dni, a dowiem się wszystkiego.
— To niemożliwe. Dziś wieczorem muszę odlecieć z powrotem. Dotrę do niego choćby broniło go stu tygrysów.
— A więc choć dwa dni. Niech mi pan pozostawi choć dwa dni, a będziemy je mieli wszystkie.
— Nie, dziś wieczorem, uparł się detektyw.
Gilotto otarł sobie pot z czoła. — Idzie pan na pewną śmierć.
Nick Carter wyprostował się. — A gdyby nawet tak było, moim obowiązkiem jest odebrać wszystko natychmiast. Spieszmy się, Emilio.
Stary wyjął z biurka kawałek papieru i nagryzmolił na nim kilka słów.
Z niecierpliwością pochwycił Nick Carter ten świstek papieru.
Gilotto stał drżący i patrzył na niego oczyma pełnemi lęku.
— Odwagi! śmiał się detektyw. — Odkąd to stałeś się babą?
— Panie... Pan nie wie... Wielka jest potęga tego...
Urwał, jakby nie śmiał wymienić tego imienia.
Nick Carter z wdzięcznością uścisnął mu rękę i wyszedł.
Przerażenie starego zaniepokoiło go. Musiało w tem coś być, że nawet Gilotto odczuwał strach. Nie ukrywał przed sobą niebezpieczeństwa, związanego z tem przedsięwzięciem. Zbliżał się najniebezpieczniejszy moment, ale walka była ulubionym żywiołem tego dziwnego człowieka, a trudności potęgowały w nim tylko energję. Przywołał auto, po dziesięciu minutach wysiadł i wskoczył do tramwaju, potem znów wziął auto. Gdy wydostał się na przedmieście, poszedł piechotą. W lewej dłoni miał ukryty minjaturowy plan i orjentował się według niego doskonale.
Domy stawały się coraz rzadsze, mniejsze i brudniejsze, zaczynały się pola. Ujrzał nagle czteropiętrowy, kwadratowy dom z maleńkiemi okienkami.
Detektyw podszedł do niego, ujął za klamkę i zapukał raz po razie trzy razy, potem zaś jeszcze dwa w dłuższych odstępach. Zdawało mu się, że ktoś obserwuje go, ale nie mógł dojrzeć twarzy. To stanie pode drzwiami było nad wyraz przykre, ale upłynęło jeszcze sporo czasu, aż we drzwiach uchyliła się wąziutka szpara.
— Conida, szepnął detektyw w uchylone drzwi i wyciągnął rękę, trzy środkowe palce prawej składając na wskazującym palcu lewej ręki.
Drzwi rozwarły się szeroko. Trzech ludzi niemłodych już, ale krzepkich jeszcze, obrzuciło go podejrzliwemi spojrzeniami. Nick Carter stał wyprostowany. Pamiętał wszystkie wskazówki Gilotta. — Mam polecenie do króla, wymówił przepisową formułę.
Twarze trzech mężczyzn spogodniały. — Król oczekuje cię, odrzekł jeden z nich. Wzięli detektywa między siebie i poprowadzili po schodach. Na pierwszem piętrze pozostawili go w pustym pokoju i znikli, natychmiast jednak otworzyły się jakieś drzwi i ktoś skinął na niego. Wszedł i znalazł się w dość obszernym pokoju. Przy oknie, na wysokiem krześle siedział jakiś mężczyzna. Wszystko było w nim stare, w oczach błyszczał tylko młodzieńczy zapał.
— Witam cię, odezwał się, przynosisz mi wiadomości od króla?
Nick Carter ułożył sobie dokładny plan postępowania. Gilotto wtajemniczył go tylko w umówione znaki i formuły związku Balma, szczęście i spryt musiały mu dopomódz do osiągnięcia tego, czego pragnął.
— Muszę pomówić z tobą w cztery oczy, rzekł Nick Carter.
Na rozkazujący znak starca trzej wartownicy, którzy stali pod ścianą, opuścili pokój. —
— Mów, odezwał się starzec.
Nick Carter chłodno spojrzał mu w oczy. — Musisz mi oddać kamienie, rzekł ostro.
Starzec nie okazał żadnego zdziwienia.
— Chcesz te świecidełka? — Podniósł swe błyszczące oczy. — A co mi dasz za to?
— Filina.
Starzec zacisnął palce, pierś mu zafalowała. — Wiesz, gdzie on jest?
— Mam go w mych rękach.
— Dobrze, zaczekaj pół godziny.
Zastukał laską w podłogę. Jakiś człowiek wszedł do pokoju. Starzec zamienił z nim kilka słów szeptem i odesłał go znów giestem.
Nick Carter usiadł pod ścianą, tak, aby mógł widzieć i drzwi i okno. Cisza zapanowała zupełna. Słychać było każdą muchę, przelatującą w powietrzu. Starzec zdawał się drzemać. Nick Carter wyjął zegarek. Była już piąta.
Ktoś zapukał do drzwi, a po chwili ten sam człowiek wszedł do pokoju z niewielką kasetką w ręku.
Starzec podniósł oczy na detektywa. — Kto ty jesteś?
— Jestem Nick Carter.
— Ufam ci i zwracam tę kasetę. Z boku znajduje się guziczek, który ją otwiera. Nacisnął go. Wieko odskoczyło.
Nick osiągnął to, czego pragnął. Kryjąc swe zadowolenie, rzekł: — Każ komuś, by pojechał ze mną, wydam mu Filina.
— To niepotrzebne. W Illirji mamy braci, którzy go zabiorą.
Nick Carter podszedł do fotela. Starzec zdawał się znów drzemać. Złożył przed nim lekki ukłon i wyszedł.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karl Nerger i tłumacza: anonimowy.