<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriele D’Annunzio
Tytuł Skrzynia
Pochodzenie Dzwony
Wydawca Księgarnia Polska B. Połonieckiego
E. Wende i Spółka
Data wyd. 1906
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Zygmunt Kłośnik-Januszowski
Tytuł orygin. La madia
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


SKRZYNIA.

Na odgłos kul, otworzył Łukasz swoje wielkie, niespokojne, zaiskrzone oczy i wlepił je w drzwi, których próg miał brat jego przestąpić. Jego twarz wychudzona chorobą, wyniszczona gorączką, obsypana czerwonymi pryszczami, przybrała nagle surowy, zły wyraz. Chwycił matkę nerwowo za rękę i zawołał podniesionym, rozdrażnionym głosem:
— Wypędź go! Wypędź! Nie chcę go widzieć! Słyszysz? Nie chcę go widzieć! Nigdy, nigdy już!... Słyszysz?...
Słowa uwięzły mu w gardle. Dusząc się z kaszlu, ściskał, przestraszony, ręce matki, na piersiach drgała mu koszula i roztwierała się w miarę oddychania. Wargi miał spuchnięte, a pozasychane na brodzie pryszcze tworzyły pewien rodzaj krusty, która za każdem poruszeniem pękała i krwawiła.
Matka starała się uspokoić go.
— Nie, nie moje dziecko. Nie zobaczysz go już nigdy. Zrobię wszystko, co chcesz. Wypędzę go, tak... wypędzę go. Ten dom jest twój, mój synu, tylko twój. Rozumiesz mnie?
Łukasz kaszlnął jej w twarz.
— Teraz, zaraz, natychmiast! — powtarzał z zażartym uporem, podnosząc się na łóżku i popychając matkę ku drzwiom.
— Dobrze moje dziecko, zaraz, natychmiast.
W tem ukazał się Ciro na progu, podpierając się kulami. Był to biedny kaleka, z wielką, ociężałą głową. Włosy miał tak jasne, że wydawały się białymi. Z pod długich, jasnych rzęs, spoglądał niebieskiemi, łagodnemi oczami.
Wszedł w milczeniu. Paraliż pozbawił go mowy. Dostrzegł jednak z jaką złowrogą uporczywością utkwiły w nim oczy chorego. I oparty na kulach przystanął, wahając się, na środku izby i nie śmiał ani kroku postąpić. Widać było jak drgała z lekka jego prawa, wykrzywiona i krótsza noga.
Łukasz rzekł do matki.
— Czegóż on chce tutaj ten kuternoga? Wypędź go! Chcę, żebyś go zaraz wypędziła! Słyszysz? Natychmiast!
Ciro zrozumiał i spoglądał na matkę, która się nie podnosiła. Wzrok jego był tak błagalny, że nie miała serca dopuścić się gwałtu. Po chwili, opierając się silniej na jednej z dwóch kul, zrobił wolną ręką rozpaczliwy ruch i rzucał chciwe spojrzenia na stojącą w rogu izby skrzynię. Spojrzenia te mówiły:
— Jestem głodny!
— Nie, nie! Nic mu nie daj! — krzyczał Łukasz, wijąc się na łóżku i wpijając straszny wzrok w matkę. — Nie! Wypędź go!
Ciro zwiesił swoją wielką głowę na piersi. Drżał, oczy miał łez pełne. Gdy macocha położyła w końcu rękę na jego ramieniu i wypchnęła go za drzwi, wybuchnął głośnym płaczem, ale nie stawiał oporu. Widział, że drzwi za nim zamknięto i łkając, przystanął u zejścia na schody. Łkał gwałtownie, niepohamowanie.
— Słyszysz? — rzekł zgryźliwie Łukasz. — Dlatego to robi, żebym dłużej chorował.
Za drzwiami ciągle rozlegało się żałośnie łkanie brata, przerywane od czasu do czasu jakimś dziwnym jękiem, jakby stękaniem konającego zwierzęcia.
— Słuchaj! Zrzuć go ze schodów! Prędko!
Matka zerwała się w podskoku, wybiegła za drzwi i podniosła swoją ciężką rękę przywykłą do bicia i maltretowania niemego.
Łukasz, oparty na łokciach, powtarzał:
— Jeszcze! Jeszcze!
Ciro przycichł pod razami. Wyszedł na ulicę, wstrzymując się od płaczu. Był wygłodzony; od dwóch dni prawie nic nie jadł. Zaledwie miał siłę wlec kule za sobą.
Wpadła na niego zgraja uliczników. Biegli za latawcem, który szeleszcząc strzępiatym papierowym ogonem, wzbijał się w górę. Niektórzy go szturchali, wrzeszcząc:
— Hej! Z drogi, kuternogo!
Drudzy znów drwili:
— No, pędź, wyścigowcze!
Inni wreszcie pytali go szyderczo, mając na myśli jego wielką głowę:
— Co kosztuje funt mózgu, kuternogo!
Jeden, szczególnie okrutny, wyrwał mu kulę z pod pachy, rzucił ją i uciekł. Niemy się zachwiał, z trudnością potem podniósł kulę i powlókł się dalej. Wrzask i śmiech uliczników gubiły się nad rzeką. Latawiec, podobny do ptaka z bajecznej krainy, wzbijał się coraz wyżej pod różowawe, uśmiechnięte niebo. Na placu śpiewała chórem gromadka żołnierzy. Była to najpiękniejsza pora, po świętach Wielkanocnych.
Ciro, któremu głód szarpał wnętrzności, pomyślał:
— Pójdę żebrać.
Z piekarni zalatywał przyjemny zapach świeżego chleba i zlewał się z wiosennym powiewem. Wyszedł stamtąd człowiek w białym, płóciennym kitlu. Niósł na głowie deszczkę z długim na niej rzędem świeżo upieczonych, złotawych, dymiących jeszcze bochenków. Za człowiekiem szły dwa psy, podnosząc w górę mordy, machając ogonami.
Ciro doznawał uczucia, jakby z osłabienia lada chwila miał runąć.
— Muszę iść żebrać, — powiedział sobie znów — bo umrę z głodu.
Zwolna zapadał zmrok. Przeźroczyste niebo zasiane było latawcami, które tu i ówdzie zniżały się ku ziemi. W czystem powietrzu rozbrzmiewały dzwony przeciągłymi dźwięki.
— Stanę u wejścia do kościoła — pomyślał Ciro.
I powlókł się pod kościół.
Świątynia była otwarta. Ołtarz w głębi, oświetlony małymi, migającymi płomykami, wyglądał jak gwiazda. Przez drzwi przeciskała się lekko won kadzidła i miry. Z organów wybuchał od czasu do czasu potężny snop tonów.
Ciro uczuł nagle, że łzy znowu wypełniają mu oczy i w głębi serca modlił się gorąco:
— O, Panie, Boże mój, ratuj mnie!
Organy huknęły akordem, od którego drgnęły filary kościoła; potem w czystych, jasnych tonach zdawały się radować. Rozległy się głosy śpiewaków. Pobożni — kobiety i mężczyźni, wchodzili przez jedyne drzwi po dwoje, po troje. Ciro nie odważył się jeszcze wyciągnąć ręki.
Tuż obok niego zawodził jakiś żebrak:
— Dajcie jałmużnę, na miłość Boską, dajcie!
Naraz zawstydził się niemy.
Zobaczył wchodzącą do kościoła macochę, całą otuloną dużą, czarną mantylą. I pomyślał:
— Gdybym tak poszedł teraz do domu, korzystając z nieobecności macochy?
Męki, jakie mu głód sprawiał, były tak straszne, że nie wahał się ani chwili. Puścił się na swoich kulach w pogoń — za chlebem. Jakaś potrącona przez niego kobieta zawołała, śmiejąc się:
— Chcesz chyba wielką nagrodę wygrać, kuternogo?!
W jednej chwili stanął przed domem, z bijącem sercem, bez tchu. Z niebywałą u niego ostrożnością bez zwykłego, sprawianego kulami hałasu wygramolił się po schodach. Po omacku szukał klucza w szczelinie muru, gdzie go matka, wychodząc, miała zwyczaj chować. Znalazł go, i zanim otworzył, zajrzał przez dziurkę w zamku. Łukasz, zdawało się spał, na swojem łóżku.
— Żebym to mógł wziąć sobie chleba, — myślał Ciro — nie zbudziwszy go...
I wstrzymując oddech, obracał klucz zwolna, a serce biło mu tak silnie, że obawiał się, czy tem nie zbudzi brata. Było mu tak, jakby to bicie wypełniało cały dom ogłuszającym hałasem.
— A jeżeli się zbudzi? — przychodziło mu na myśl, i dreszcz go przeniknął od stóp do głowy, gdy uczuł, że drzwi się otwierają.
Ale głód dodawał mu odwagi. Wszedł, stawiając przezornie kule i nie spuszczając oczu z brata.
— A jeśli się zbudzi?...
Brat, leżąc na wznak, oddychał ciężko we śnie. Na stole stała zapalona świeca i rzucała wielkie, ruchome cienie na ścianę.
Ciro podsunął się do skrzyni, spoglądał chwilę na brata, rozparł się potem silnie na kulach i zaczął wieko podnosić. Zgrzytnęły nawiasy.
Łukasz drgnął, otworzył oczy. Domyślił się, co Ciro chce zrobić. Wrzasnął i trzęsąc się, wygrażał mu jak opętany pięściami.
— Złodziej! Złodziej! Na pomoc!
Ogarnęła go wściekłość. I podczas gdy jego brat, zaślepiony strasznym głodem, pochylony nad skrzynią, szukał kawałka chleba drżącą ręką, wyskoczył z łóżka i rzucił się na niego, ażeby mu przeszkodzić coś zabrać.
— Złodziej! Złodziej! — wrzeszczał jak szalony.
I jak szalony spuścił z całej siły ciężkie wieko na kark swego brata, który szamotał się rozpaczliwie, niby ofiara w zatrzask pochwycona. Ale wszelkie wysiłki na nic się nie zdały; Łukasz stracił zupełnie świadomość tego, co czyni; całym swoim ciężarem przygniatał wieko, jakgdyby chciał głowę brata oderwać od tułowia. Wieko trzeszczało, wrzynało się w kark, gniotło krwionośne naczynia na szyi, darło żyły i nerwy, aż w końcu bezwładne ciało zawisło na skrzyni, ciało, w którem już ani śladu nie było widać życia.
Widok zamordowanego kaleki napełnił straszną, aż do obłędu, trwogą duszę bratobójcy.
Zataczając się, przebiegł parę razy izbę, którą migocące światło świecy potwornemi zdawało się wypełniać widmami; porwał kołdrę, zarzucił ją na siebie, obwinął się, głowę sobie nakrył i wcisnął się pod łóżko.
Wśród zalegającej izbę ciszy, rozchodził się tylko zgrzyt zębów, jakby pilnika po żelazie...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gabriele D’Annunzio i tłumacza: Zygmunt Kłośnik-Januszowski.