<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriele D’Annunzio
Tytuł Cekiny
Pochodzenie Dzwony
Data wydania 1906
Wydawnictwo Księgarnia Polska B. Połonieckiego
E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Zygmunt Kłośnik-Januszowski
Tytuł orygin. I marenghi
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


CEKINY.

Passacantando wszedł tak gwałtownie, że w niedomykających się drzwiach zabrzęczały szyby. Porywczym ruchem strząsnął krople deszczu z ramion, rozejrzał się badawczym wzrokiem po izbie, wyjął z ust fajkę i plunął z wyrazem pogardy w wielkim łuku za szynkwas.
Dym tytoniowy tworzył w szynkowni wielką niebieskawą chmurę, przez którą można było dostrzedz różne twarze pijaków i rozpustnych kobiet. Był tam Pachio, majtek inwalid z brudną opaską na prawem oku, oszpeconem jakąś szkaradną chorobą. Był Binchi­‑Banche, zausznik urzędników cłowych, mały człowieczek o twarzy żółtej, pomarszczonej, jak wyciśnięta cytryna, o zgarbionych plecach i chudych nogach, tkwiących w wysokich, powyżej kolan butach. Był Magnasangue, rajfur garnizonu, przyjaciel wędrownych komedyantów, jarmarcznych kuglarzów, magnetyzerów i niedźwiedników, całej tej zgłodniałej hałastry, wałęsającej się po kraju, wyciągającej pieniądze z kieszeni próżniaków. Były tam także piękności z domu Fiorentina: trzy czy cztery występnem życiem zupełnie zrujnowane kobiety, z uszminkowanymi na kolor cegły policzkami, z bestyalskiemi oczami i zwiędłemi, sinemi, podobnemi do fig przejrzałych ustami.
Passacantando postąpił parę kroków i usiadł pomiędzy Picą i Peppucią na ławie pod ścianą, zasmarowaną sprośnymi napisami. Był to wybujały, zaniedbany chłopisko o bladej bardzo twarzy, na której olbrzymi, krogulczy nos dominował nad wszystkiem. Uszy, sterczące po dwóch stronach głowy, miał nierównej wielkości. W kątach jego grubych, jak cynober czerwonych warg widać było stale parę małych baniek białawej śliny. Czapka, lipka z brudu i sztywna, jakby nawoskowana, nakrywała jego bujne, kędzierzawe włosy, z których jeden lok, niby korkociąg spadał mu aż po koniec nosa, podczas gdy drugi plątał się po skroniach. Cała jego postać, każdy ruch, ton głosu, spojrzenia wskazywały na pewne wrodzone prostactwo i bezczelność.
— Hola! Afrykanko, kwarta! — krzyknął stukając glinianą fajką po stole tak, że się w skorupy rozleciała.
Afrykanka, to gospodyni szynku. Wysunęła się z za lady, kołysząc się, jak kaczka, z powodu zbyt obfitych kształtów swego ciała, zbliżyła się do stołu i postawiła po brzegi winem wypełnioną karafkę przed Passacantandem. Spoglądała przytem na hultaja miłośnie łakomemi oczyma.
Passacantando tymczasem zarzucił ramię na szyję Peppuccii i zmusił ją do picia, poczem przyczepił się swojemi ustami do jej ust, pełnych jeszcze wina; wśród wybuchów śmiechu broniła się Peppucia i obryzgiwała twarz swego wielbiciela niepołkniętym jeszcze trunkiem. Afrykanka pozieleniała. Usunęła się znów za swoją ladę. Przez zbitą chmurę dymu słyszała krzyki i oderwane zdania Peppuccii i Pic’i.
Oszklone drzwi otworzyły się znowu i na progu ukazał się Fiorentino, zawinięty cały w płaszcz z kapturem, jak policyant.
— Heda! Dziewczęta! — zawołał podniesionym głosem, — czas już!
Peppucia, la Pica i inne podniosły się pomimo, że mężczyźni zatrzymywali je słowami i giestami, i wyszły za swoim chlebodawcą na deszcz, który całą ulicę przemienił w brudne jezioro. Pachio, Magnasangue, wszyscy, jeden po drugim opuścili szynkownię, z wyjątkiem Binchi-Banche’a, który, pijany do bezprzytomności, pozostał pod stołem. Dym podnosił się zwolna pod sklepienie i robiło się jaśniej. Napuszona synogarlica podskakiwała dokoła i zdzióbywała kruszki chleba po podłodze.
Kiedy i Passacantando zrobił także minę, jakby się chciał podnieść, skierowała się ku niemu powoli Afrykanka, z wysiłkiem, który jej potwornej figurze miał dodawać wdzięku. Jej olbrzymie piersi kiwały się to w prawo, to w lewo a twarz, niby księżyc w pełni, przybierała dziwnie śmieszny wyraz. Na twarzy miała dwie czy trzy brodawki z małymi kosmykami; gęsty mech pokrywał jej górną wargę i policzki; krótkie, twarde, wełniste włosy otaczały głowę, jakby pewien rodzaj hełmu; krzaczaste brwi zrastały się na jej płaskim nosie tak, że na pierwszy rzut oka czyniły ją podobną do jakiegoś strasznego hermafrodyty, dotkniętego wodną puchliną.
Kiedy stanęła tuż przed Passacantandem, porwała go za rękę, ażeby go zatrzymać.
— Ach! mój mały Giannetto!
— Czego ty chcesz?
— Cóżem ci zrobiła?
— Ty? Nic.
— A więc dlaczegóż mi robisz tyle zmartwienia i przykrości?
— Ja? Pierwszy raz to słyszę... Dobranoc. Nie mam dziś czasu do stracenia.
I brutalnym ruchem gotował się do odejścia. Ale Afrykanka rzuciła się na niego, objęła go ramieniem, przytuliła swoją twarz do jego twarzy, przycisnęła się do niego całym ciężarem swojego ciała; i wybuch jej namiętności był tak gwałtowny, jej wściekła zazdrość była tak straszną, że Passacantando oniemiał.
— Czego chcesz! Czego chcesz? Powiedz mi! Czego potrzebujesz? Czego potrzebujesz? Wszystko ci dam, wszystko. Ale bądź moim, bądź moim! Nie dręcz mnie... Nie doprowadzaj do szaleństwa... Czego potrzebujesz? Chodź! Bierz wszystko, co znajdziesz.
I pociągnęła go do szynkwasu, otworzyła szufladę i ruchem ręki ofiarowała mu wszystko co w niej było.
Szuflada, błyszcząca z brudu, zawierała porozrzucane monety miedziane, wśród których lśniło się parę sztuk srebrnych. Wszystko to razem mogło uczynić jakie pięć lirów.
Nie wypowiedziawszy ani słowa, zgarnął Passacantando pieniądze i zaczął je z pogardliwym uśmiechem przeliczać na ladzie. Afrykanka, dysząc, jak dzika, ujarzmiona bestya, spoglądała to na pieniądze, to na twarz hultaja. Słychać było metaliczny dźwięk miedzi, chrapanie Binchi-Banche’a, podskoki synogarlicy, a z odgłosami tymi mieszał się głuchy, bez końca, szum deszczu, zalewającego ulice, i rzeki, toczącej z góry na dół swe fale.
— To mało, — rzekł w końcu Passacantando. — Chcę także mieć tamte... Przynieś więcej, albo sobie pójdę. Zasadził czapkę na tył głowy. Trybuszonowaty lok spadał mu na czoło, a z pod loka spozierały na Afrykankę jego bezwstydne, chciwe, białawe oczy i otumaniały ją swoim blaskiem, jakby pewnego rodzaju złym czarem.
— Nie mam już nic więcej. Zabrałeś mi wszystko. Bierz wszystko, co znajdziesz... — szepleniła ulegle i przymilająco.
Drżały jej obwisłe piersi i wargi; z jej małych, świńskich oczu ciekły łzy.
— Oho! — syknął Passacantando, zbliżając się do niej. — Oho! Cóż ty sobie myślisz, że ja nic nie wiem?... A złote cekiny twojego męża?
— Ach! Giannetto... A jakże ja to mogę zrobić?
— Idź zaraz, przynieś je. Czekam tu na ciebie. Mąż śpi. Najstosowniejsza właśnie teraz chwila. Idź, bo inaczej — na Świętego Antoniego! — nie zobaczysz mię tu już nigdy.
— Ach Giannetto!... boję się.
— Do dyabła z twoją bojaźnią! — wrzasnął Passacantando. — A więc idę z tobą. Chodź...
Afrykanka zaczęła się trząść. Wskazała na Binchi-Banche’a, który ciągle jeszcze spoczywał pod stołem.
— Najprzód musimy zamknąć, — radziła potulnie.
Kopnięciem nogi zbudził Passacantando Binchi-Banche’a, który, zbudzony nagle ze snu zaczął wyć z przerażenia i giestykulować jak waryat, dopóki go nie wyrzucili na błoto uliczne. Drzwi się znów zamknęły. Czerwona latarnia, wisząca w jednem z okien, oświetlała szynk brudno-czerwonawem światłem; masywne sklepienie występowało w tym głębokim cieniu w ostrzejszych zarysach; schody w kącie chowały się w tajemniczej ciemności; całe wewnętrzne urządzenie wyglądało jak romantyczna dekoracya, przygotowana do wystawienia jakiegoś strasznego dramatu.
— Chodź! — powtórzył Passacantando Afrykance, ciągle jeszcze drżącej.
Weszli cicho oboje na kamienne schody, wznoszące się w najciemniejszym kącie — naprzód ona, za nią on. Na górze tuż koło schodów, znajdował się pokój o powale z belek. W jednej ścianie osadzona była Madonna z niebieskawego fajansu, przed którą w szklance, wypełnionej wodą i oliwą, paliła się wieczna lampa. Inne ściany pokrywały, niby pstra wysypka, liczne, potargane papierowe obrazki. Woń ubóstwa, woń gałganów, ogrzanych ludzkiem ciałem wypełniała izbę. Złodzieje zbliżali się ostrożnie do łóżka. Stary leżał w małżeńskiem legowisku, pogrążony w głębokim śnie. Z bezzębnej jamy ustnej i tabaką zapchanego nosa wydobywał się oddech, coś w rodzaju przytłumionego świstania. Głowa spoczywała głęboko na poduszce w prążkowatej poszewce; usta, podobne do dziury w zepsutym harbuzie, otaczały szczecinowate wąsy, pożółkłe z tabaki; jedno, widoczne ucho, wyglądające jak wynicowane ucho psa, pełne było włosów, pryszczów i świeciło się z tłuszczu. Jedno ramię, gołe, chude, z występującemi silnie żyłami, zwisało z pod kołdry. Ręka, zgięta z przyzwyczajenia do chwytania czegoś, trzymała koniec prześcieradła.
Wstrętny ten staruch posiadał już oddawna dwa złote cekiny, które mu jakiś lichwiarz z jego familii zapisał testamentem; i przechowywał je z zazdrosną troskliwością w rogowej tabakierce, zagrzebane w tabace. Były to dwa żółte, błyszczące cekiny; i stary, kiedy między wielki a wskazujący palec nabierał wonnego proszku i przypatrywał im się przytem i obmacywał co chwila, czuł w sobie wzrastającą namiętność skąpca i rozkosz posiadania.
Afrykanka, z zapartym oddechem, na palcach, przystąpiła do łóżka, podczas gdy Passacantando zachęcał ją giestami do kradzieży. Wtem, usłyszeli jakiś szmer na schodach. Skoczyli oboje. Do pokoju weszła napuszona, podskakująca synogarlica i chciała się w starym pantoflu, w nogach małżeńskiego łoża wygodnie umieścić. Że jednak, sadowiąc się, robiła za dużo szelestu, szybkim ruchem chwycił ją Passacantando i skręcił jej szyję.
— Masz? — zapytał Afrykanki.
— Tak, tutaj, pod poduszką, — odpowiedziała, sięgając ręką do kryjówki.
Stary poruszył się we śnie, jęknął instynktownie i między powiekami można było zobaczyć cokolwiek białka jego oczu. Potem zapadł znów w swoje starcze znieczulenie.
Nadmiar strachu dodawał Afrykance odwagi; wsunęła prędko rękę dalej, porwała tabakierkę, rzuciła się, jakby ją kto gonił, na schody i zbiegła na dół. Passacantando pospieszył za nią.
— Ach, mój Boże! Mój Boże! Widzisz, do czego mię doprowadziłeś!... — jęczała, padając na niego całym swoim ciężarem.
Drżącemi rękami zabrali się oboje do otworzenia tabakierki i wyszukania cekinów w tabace. Przenikliwy zapach uderzył ich w nos, i oboje, czując, że im się zbiera nagle na kichnięcie, nie mogli się powstrzymać od wybuchu śmiechu, przyczem zataczali się i potrącali wzajemnie. Wesołość ta obudziła w Afrykance lubieżne pragnienia; szczypanie, poklepywanie, drażnienie przez Passacantanda sprawiało jej rozkosz: odchodziła od siebie, drżała, trzęsła się w swojej strasznej brzydocie. Ale naraz usłyszeli coś: najprzód niewyraźne krząkanie, potem chrapliwy krzyk, wypełniający powietrze. To stary zjawił się na górze na schodach, blady, jak trup, w czerwonawem świetle latarni, chudy jak szkielet, z gołemi nogami, w podartej koszuli. Zobaczył na dole złodziejską parę i, wymachując rękami, jak potępieniec, dookoła siebie, wrzeszczał w niebogłosy:
— Cekiny! Cekiny! Cekiny!


Annunzio - Dzwony p173.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gabriele D’Annunzio i tłumacza: Zygmunt Kłośnik-Januszowski.