Tako rzecze Zaratustra/O szczęśliwości wbrew woli

<<< Dane tekstu >>>
Autor Friedrich Nietzsche
Tytuł O szczęśliwości wbrew woli
Pochodzenie Tako rzecze Zaratustra
Wydanie nowe
Data wydania 1922
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Ignis” S. A.
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Toruń, Warszawa, Siedlce
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała część trzecia jako ePub Pobierz Cała część trzecia jako PDF Pobierz Cała część trzecia jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

O SZCZĘŚLIWOŚCI WBREW WOLI

Z takiemi zagadkami i goryczami na dnie serca przeprawiał się Zaratustra przez morze. Gdy jednak cztery już tylko doby oddzielały go od wysp szczęśliwości i od przyjaciół, wówczas pokonał wszystek ból swój: zwycięzką i pewną nogą stanął znowuż na swej doli. I wówczas przemówił Zaratustra temi słowy do swego weselnego sumienia.

Sam jestem znowuż i sam chcę pozostać, sam z niebem czystem i morzem wolnem; i znowuż popołudniowa stoi wokół pora.
W popołudniową godzinę spotkałem po raz pierwszy swych przyjaciół, o tejże porze po raz wtóry: — w godzinę, kiedy się wszelkie światło ucisza.
Gdyż wszystko, co ze szczęścia jest jeszcze w drodze między niebem i ziemią, szuka sobie przytułku w świetlanej duszy: w szczęściu uciszyło się teraz światło wszelkie.
O popołudniu życia mego! Niegdyś zstąpiło i moje szczęście w niziny, aby przytułku sobie poszukać: i znalazło te oto otwarte i gościnne dusze.
O popołudniu życia mego! Czegóżem ja nie oddał, com niegdyś posiadał: ten żywy posiew swych myśli i ten blask poranny swej najwyższej nadziei!
Towarzyszy szukał niegdyś twórca i dzieci swej nadziei: i oto tego się doszukał wreszcie, że ich nigdzie znaleźć nie zdoła, chyba że ich wprzódy sam potworzy.
I oto jestem w połowie dzieła jswego: od dzieci moich idący i do nich powracający: kwoli dzieciom swym winien Zaratustra samego siebie wydoskonalać.
Gdyż z głębi duszy kocha się tylko własne dziecię i dzieło własne; a gdzie jest wielka miłość ku samemu sobie, tam jest i wróżebne znamię brzemienności: takem ja znajdował.
Zielenią mi się jeszcze dziatki moje w pierwszej wiośnie swej, w gęstej gromadzie skupione i społem jednymi wichry miotane: owe drzewa ogrodu mego i mej nadziei ogrójca.
I zaprawdę! Gdzie drzewa takie zwarto stoją, tam wyspy szczęśliwości!
Lecz rozsadzę kiedyś drzewa swoje i każde na osobności postawię, aby się samotności uczyło, zuchwalstwa, a baczenia.
Sękate a pokrzywione, jak drzewo górskie o podatnej twardości, nad morzem niech stoi, niby wieża ogniowa niepokonanego życia.
Tam, gdzie nawałnice w morze walą, gdzie olbrzymia trąba gór wodę spija, tam oczekują każdego dzienne straże i nocne czuwania, aby samego siebie poznał i doświadczył.
Poznawany i doświadczany ma być każdy, zali jest z mego rodu i pochodzenia, — zali jest panem woli długiej, milczącym nawet wówczas, gdy mówi, i ustępstwa w taki sposób czyniącym, że w dawaniu bierze: —
— aby kiedyś moim towarzyszem się stał, Zaratustry współtwórcą i wespół świętującym: — aby się stał takim, co moją wolę na moich wypisze tablicach: ku rzeczy wszelkich doskonalszemu dopełnieniu.
W imię więc jego i jemu podobnych samego siebie udoskonalić muszę: przeto uchylam się szczęściu i ofiaruję niedoli wszelakiej — kwoli ostatniemu doświadczeniu i poznaniu siebie.
I zaprawdę, czas był już po temu, abym dalej szedł: i pielgrzyma cień i najdłuższa chwila i najcichsza godzina — wszystko mówiło mi: „czas to najwyższy!“
Wionął mi wiatr poprzez szczelinę zamku i powiedział: „Chodź!“ Rozwarły się drzwi podstępnie i rzekły: „Pójdź!“
A jam leżał, skuty miłością ku dzieciom swoim: pożądanie zarzuciło na mnie tę pętlę, pożądanie miłości: abym się dzieciom własnym łupem stał i dla nich zaprzepaścił.
Pożądać — znaczy mi to: już się zaprzepaścić; Ja was mam, dzieci moje! W tem posiadaniu niech wszystko będzie pewnością i niepożądaniem niczego.
Zapładniająco legło na mnie słońce mej miłości, we własnych sokach prażył się Zaratustra, — i oto pomknęły ponademną cienie i wątpliwości.
Stałem się już żądny zimy i mrozu: „o, gdybyż mróz i zima zżymać się znów i parskać mi kazały!“ tak oto wzdychałem: — i wnet lodowate mgły wystąpiły ze mnie.
Ma przeszłość groby swe zburzyła, ocknął się niejeden za żywa pochowany ból: przespał on się tylko w całuny spowity.
I tak oto nawoływało mnie wszystko wiecznymi znaki: „czas już!“ Lecz ja — nie baczyłem na to: aż wreszcie przepaść ma drgnęła i ukąsiła mnie myśl moja.
O myśli przepaścista, któraś moją jest myślą! Kiedyż znajdę tę siłę, aby słysząc, jak się przekopujesz, nie drżeć w sobie?
Aż pod gardło tłucze się we mnie serce, gdy słyszę, jak się przekopujesz! Nawet twe milczenie dusi mnie, ty, przepastnie milcząca!
Jeszczem się nigdy nie ważył wywoływać ciebie: wystarczyło mi już to, żem cię — dźwigał! Nie dosyć jam jeszcze silny był na to lwie zuchwalstwo i ochoczość hardą.
Dosyć grozy było mi zawsze w twoim ciężarze: lecz znajdę ja kiedyś siły ku temu i ten głos lwa znajdę, co ciebie wywoła!
Gdy się ku temu przezwyciężę, przemogę się jeszcze ku czemuś wyższemu, a zwycięstwo niech mi będzie pieczęcią dokonania! —
Tymczasem snuję się jeszcze po niepewnych morzach; schlebia mi zdradliwy przypadek; przed się i wstecz spozieram, wszakże końca jeszcze nie widzę.
Jeszcze nie wybiła godzina niej ostatniej walki, — lub czyżby się ona teraz oto zbliżała? Zaprawdę, podstępnym pięknem spogląda na mnie zewsząd morze i życie!
O, popołudniowa godzino życia mego! O, szczęście me przedwieczorne! O, przystani na pełnem morzu! O, spokoju w pośród niepewności! Jakże ja wam wszystkim nie dowierzam!
Zaprawdę, nie ułam ja podstępnemu pięknu waszemu! Jestem jak ów kochający, co na zbyt aksamitny uśmiech podejrzliwie baczy.
I swą kochankę od siebie odpycha, w surowości nawet jeszcze tkliwy, zazdrośnik ten, — tak i ja odpycham od siebie tę błogą godzinę.
Precz mi stąd, błoga ty godzino! Wraz z tobą nawiedza mnie szczęśliwość wbrew woli! Oto staję tu gotów do najgłębszego cierpienia: — nie w porę nawiedzasz mnie ty!
Precz mi stąd, błoga ty godzino! Zagość raczej tam — pośród dzieci mych! A śpiesz się! błogosław je przed wieczorem i mojem szczęściem!
Lecz oto wieczór się zbliża: chyli się słońce. Przepadło — me szczęście! —

Tako rzecze Zaratustra. — I oczekując noc całą na swą niedolę, oczekiwał daremnie. Noc była jasna i cicha, i oto szczęście zbliżało się ku niemu: bliżej, coraz bliżej. Nad ranem zaśmiał się Zaratustra z całego serca i rzekł drwiąco: „Szczęście ugania się za mną. Pochodzi to stad, że nie uganiam się za kobietami. Szczęście wszakże jest kobietą“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Friedrich Nietzsche i tłumacza: Wacław Berent.