Tako rzecze Zaratustra/Przebudzenie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Friedrich Nietzsche
Tytuł Przebudzenie
Pochodzenie Tako rzecze Zaratustra
Wydanie nowe
Data wydania 1922
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Ignis” S. A.
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Toruń, Warszawa, Siedlce
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część czwarta
Pobierz jako: Pobierz Cała część czwarta jako ePub Pobierz Cała część czwarta jako PDF Pobierz Cała część czwarta jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

PRZEBUDZENIE

1

Po pieśni pielgrzyma i cienia rozbrzmiała nagle jaskinia wrzawą i śmiechem; a że wszyscy zebrani goście mówili równocześnie, że i osieł wobec takiej zachęty nie pozostawał milczący, ogarnęła Zaratustrę szydercza niechęć do tych odwiedzin: chociaż cieszył się ich weselem, gdyż uważał je za znak ozdrowienia. Wymknął się więc z jaskini i rzekł do swych zwierząt.
„Gdzież się podziała ich niedola? rzekł i wraz pozbył się sam swej przelotnej niechęci, — oduczyli się u mnie, mniemam, krzyczenia na ratunek!
— wszakże krzyków, niestety, nie oduczyli się jeszcze“. I Zaratustra zatkał sobie uszy, gdyż w tej właśnie chwili mieszał się przedziwnie krzyk ośli „ta-ak!“ z radosną wrzawą ludzi wyższych.
„Weselą się, rzekł po chwili, i kto wie? może kosztem gospodarza; bo choć się ode mnie śmiechu nauczyli, nie mojego nauczyli się oni śmiechu.
Lecz cóż na tem zależy! Starzy to ludzie: powracają do zdrowia na swój sposób, na swój sposób śmieją się też; uszy me znosiły już gorsze rzeczy i nie stały się przez to oporne.
Zwycięstwem jest ten dzień: ustępuje już i pierzcha duch ciężkości, mój stary wróg pierworodny! Jakże dobrze kończy się ten dzień, który rozpoczął się tak dokuczliwie i ciężko!
A kończy się już oto. Idzie już wieczór: przez morze cwałuje dzielny jeździec ten! Jakże kołysze się błogi, powracający jeździec ów, w purpurowem siodle swem!
Niebo spogląda na to jasno, świat w głębiach się nurza: O, wy wszyscy dziwaczni, coście mnie nawiedzili, wszak warto ze mną tutaj przebywać!“

Tak rzekł Zaratustra. I znowu śmiechy i wrzawa ludzi wyższych dochodzić poczęły z jaskini: wszczął więc ponownie.
„Chwycili wędkę, ma przynęta działa, ustępuje też ich wróg, pierzcha duch ciężkości. Już uczą się oto z samych siebie się śmiać: wszak dobrze słyszę?
Działa ma strawa męska, nie soczyste i krzepkie słowo: i zaprawdę, nie żywiłem ich sparciałą jarzyną! Lecz strawą wojowników, strawą zdobywców: zbudziłem nowe pożądania.
Nowe nadzieje tkwią w ich ramionach i nogach, rozpiera się ich serce. Już nowe znajdują słowa, niebawem duch ich swawolą odetchnie.
Strawa taka nie jest oczywiście dla dzieci, ani dla starych i młodych niewiast tęskniących. Ich trzewia inaczej przekonywać należy; dla nich lekarzem, ani mistrzem nie jestem.
Wstręt opuszcza tych ludzi wyższych: hejże! moje to zwycięstwo. W mojem państwie nabywają pewności siebie, wszelki głupi wstyd pierzcha od nich, wy wnętrza ją się.
Wywnętrzają swe serca, dobre godziny powracają im, świętują i przeżuwają, — stają się wdzięczni.
To jest mi znakiem najlepszym: stają się wdzięczni. Niezadługo, a uroczystości sobie obmyślą i postawią tablice pamiątkowe swym starym radościom.
To są ozdrowieńcy!“ Tak rzekł Zaratustra radośnie do serca swego i poglądał w dal: zwierzęta garnęły się ku niemu ze czcią dla jego szczęścia i milczenia.


2

Nagle przeraziło się ucho Zaratustry: w jaskini dotychczas pełnej wrzawy i krzyku, zapanowała martwa cisza; — nos jego węszył błogowonne dymy i kadzidła jakby tlących się szyszek piniowych.
„Cóż się dzieje tam? Co oni tam wyrabiają?“ — pytał i przysunął się cichaczem do wejścia, aby móc widzieć swych gości, nie będąc przez nich dostrzeżonym. Lecz, o cudzie! na cóż to patrzeć musiał własnemi oczyma!
Pobożni stali się znowu wszyscy, modlą się, oszaleli!“ — rzekł do siebie i dziwił się niepomiernie. I, rzeczywiście! wszyscy ci ludzie wyżsi, dwaj królowie, papież wysłużony, wiła, dobrowolny żebrak, pielgrzym i cień, stary wtóżbiarz, sumienny z ducha i najszpetniejszy człowiek: wszyscy oni klęczeli społem na ziemi, jak dzieci i staruszki bogobojne, i modlili się do osła. Najszpetniejszy człowiek począł właśnie rzęzić i parskać, jak gdyby coś niewysłowionego dobyć się z niego miało; a gdy się z tych wygłosów słowa wreszcie złożyły, okazało się nagle, że jest to pobożna, dziwna litanja ku sławie ubóstwianego i okadzanego osła. I oto jak brzmiała ta litanja:

Amen! I chwała, i cześć, i mądrość, i dziękczynienie, i sława, i siła bogu naszemu na wieki wieków!
— A osieł krzyknie na to „ta-ak!“
On dźwiga nasze brzemię, służalczą przybrał postać, cierpliwego jest serca, nigdy nie powiada „nie“; a kto boga swego kocha, karci go.
— A osieł krzyknie na to „ta-ak!“
I nie mówi on wcale: chyba że światu, który stworzył, przytakuje „tak!“: w ten sposób sławi świat. Przebiegłością jego jest to, iż nie mówi: dzięki temu rzadko nie miewa słuszności.
— A osieł krzyknie na to „ta-ak!“
Niewidocznie przechodzi on przez świat. Szarą jest barwa jego ciała, która cnoty jego przysłania. Jeśli ma ducha, ukrywa go; każdy wszakże wierzy w jego długie uszy.
— A osieł krzyknie na to „ta-ak!“
Jakaż ukryta prawda tkwi w tem, że ma on długie uszy, na wszystko „tak“ powiada i nigdy „nie“ nie rzecze! Czyż nie stworzył on świata na własne podobieństwo, to jest jak najgłupiej?
— A osieł krzyknie na to ta-ak!“
Chadzasz prostemi i krzywemi drogi, mało cię to obchodzi, co ludziom prostem, co krzywem się wydaje. Poza złem i dobrem twoje jest królestwo. Niewinnością twą jest, iż nie wiesz, co niewinne.
— A osieł krzyknie na to „ta-ak!“
Patrz, jak oto nikogo od siebie nie odtrącasz, żebraków, czy króli. Dzieciątkom przychodzić do siebie zezwalasz, a gdy cię złe chłopaki drażnią, powiadasz poczciwie „ta-ak!“
— A osieł krzyknie na to „ta-ak!“
Lubisz oślice i świeże figi, nie jesteś gardzicielem karmu. Oset serce ci łechcze, jeśli właśnie głód odczuwasz. Tkwi w tem mądrość boska.
— A osieł krzyknie na to „ta-ak!“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Friedrich Nietzsche i tłumacza: Wacław Berent.