<<< Dane tekstu >>>
Autor Kurt Matull, Matthias Blank
Tytuł Włamanie na dnie morza
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 23.12.1937
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Tytuł cyklu:
Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


W poszukiwaniu miss Watkins

W Londynie lord Lister z przyjacielem stanęli w skromnym hotelu, odwiedzanym zazwyczaj przez komiwojażerów.
Niezwłocznie udali się na Shooter Hill Road pod wskazany adres. Mieli wygląd naiwnych gości z prowincji. Stanęli przed skromnym domkiem, małym lecz doskonale utrzymanym, stojącym w pełnym kwiecia ogródku. Tu właśnie miała mieszkać miss Watkins.
Lord Lister zadzwonił kilka razy.
— Czego panowie chcą? — zapytał męski głos poprzez pół uchylone drzwi.
— Chcemy zobaczyć się z miss Watkins — odpowiedział lord Lister.
Człowiek zdziwił się i zapytał natychmiast:
— Czy znacie ją panowie?
— Nie — padła odpowiedź — lecz zależy nam na zobaczeniu się z nią. Mamy jej do zakomunikowania bardzo ważne nowiny.
— Ważne nowiny? Wybaczcie panowie, że was trzymam za drzwiami. Pozwólcie do środka. Niestety, miss Watkins nie mieszka tutaj. Zajmuję ten dom sam, wraz z mą rodziną. Wiem o tym, że mieszkała tu kiedyś miss Watkins, ponieważ odkupiłem to od jej krewnego miss Foxa. Ten zaś odziedziczył go po swym wuju.
— Czy wuj ten, nie zginął w czasie katastrofy Tasmanii? — zapytał lord Lister.
— Tak jest. Powierzono mu straż złota z Sydney do Anglii. Znałem go. Był to bardzo porządny i miły człowiek. Byłem z nim nawet w stosunkach handlowych.
— Pan z nim, Robercie Hammer?
Mężczyzna rzucił spojrzenie w stronę lorda Listera.
— Skąd mnie pan zna?
— Nie tutaj odpowiem na to pytanie. Z pewnością ma pan w swym domu kryjówkę, w której można mówić swobodnie. Proszę nas tam zaprowadzić.
Nie czekając na odpowiedź wszedł do domku.
— Czy mogę pana zapytać — rzekł, gdy znaleźli się w skromnie umeblowanym pokoju — skąd pan mnie zna?
— Bardzo to proste, mister Hammer. Jeszcze nie tak dawno pożyczał pan chętnie na procent ludziom znajdującym się w potrzebie. Mówiąc pańskim stylem, mógłbym powiedzieć, że pomógł pan niejednemu nieszczęśliwemu.
Robert Hammer wysłuchał tych słów z pewną przyjemnością.
— Widzę, że mnie pan dobrze zna. Nie wie pan jednak, że wycofałem się z interesów i zamierzam spędzić resztę mych dni spokojnie w tym domu.
— Życzę panu powodzenia. Proszę mi jednak powiedzieć coś nie coś o miss Watkins. W jakim stopniu była spokrewniona z Foxem?
— Była ona córką szwagierki zmarłego. Mieszkała tutaj wraz ze swym małym braciszkiem Tommy, dziesięcioletnim chłopcem. Dziewięć lat temu straciła ojca. Pięć lat temu umarła jej matka. Mister Fox z Sydney płacił swej szwagierce miesięczną pensję. Często eskortował transporty złota z Sydney i zawsze odwiedzał w Londynie swą krewną. Miałem okazję poznać go i niejednokrotnie robiłem z nim interesy. Przywoził z Australii przedmioty, które tu znajdowały chętnych nabywców. Szkoda, że już nie żyje. Był zupełnie inny niż jego bratanek, mister Fox młodszy.
— Co mógłby pan o nim powiedzieć bliższego?
— Czy zachowają panowie tajemnicę? — zapytał niespokojnie.
— Oczywista. Może mi pan zaufać, jakem lord Lister!
— Wielkie nieba! — zawołał Hammer przerażony — Jest więc pan...
Wzruszenie odebrało mu mowę.
— Tak jest! Jestem lordem Listerem — odparł spokojnie — Pewnego dnia, gdy byłem w trudnościach pieniężnych — wyświadczył mi pan przysługę. Przy tej okazji właśnie zawarliśmy z sobą bliższą znajomość.
— Tak... Proszę mi wybaczyć... Uważam za zaszczyt, że mogę gościć w swoich progach wielkiego lorda. Wiem jednak... że lord Lister i Raffles to jedna i ta sama osoba.
— Tak jest — odparł lord. Jedynie łotrzy i oszuści boją się Rafflesa. Dla pana, uczciwego kupca, jestem i pozostanę lordem Listerem. Proszę mi więc opowiedzieć wszystko, co pan wie o młodszym Foxie i miss Watkins.
— Mister Fox junior mieszkał na pierwszym piętrze. Nie wiem z czego żył. Pozostawał w złych stosunkach ze swym wujem, który był o nim bardzo złego pojęcia. Podczas ostatniej jego wizyty doszło nawet miedzy nimi do bardzo burzliwej sceny. Miss Watkins nie utrzymywała z Foxem żadnych stosunków. Żywiła do niego głęboką urazę, ponieważ niejednokrotnie wracał do domu pijany i robił awantury. Skoro rozeszła się wieść o katastrofie Tasmanii i o śmierci Foxa, Fox junior został uznany za jedynego spadkobiercę po swym wuju. Od niego odkupiłem ten dom. Ani miss Watson, ani jej brat nie mieszkali wówczas w tym domu. Opowiadano, że miała ona zamiar wyjechać z Anglii. Gdzie się obecnie znajduje, nie wiem...
— Gdzie mieszka młodszy Fox?
— Na Oksford Street. Nie dalej jak wczoraj zapłaciłem mu ostatnią cześć ceny kupna.
— Dziękuję wam, Hammer. Proszę mi teraz opisać wygląd miss Watkins i jej brata, abym mógł poznać ich, gdybym ich przypadkiem spotkał.
Hammer zbliżył się do szafy i wyjął z niej album. Wręczył lordowi niewielką fotografię.
— Czy mogę ją zatrzymać przez pewien czas?
— Oczywista, Ekscelencjo — odparł Hammer.
— Dobrze. Odeślę ją wam później. Do widzenia i dziękuję.
Po południu lord Lister i Charley Brand udali się do mieszkania Foxa juniora. Mieszał w starej dzielnicy Londynu, na jednej z wąskich krętych uliczek.
— Stare domy potrafią dochować tajemnicy — rzekł lord Lister, spoglądając podejrzliwie na ruszone zębem czasu mury. — Prawie każdy z nich ma tajne korytarze, wiodące do bezpiecznej kryjówki. Mister Fox ma niewątpliwie słuszne powody, aby tu wybrać sobie mieszkanie.
— Ten dom wygląda, jak bandyckie gniazdo — odparł Charley, oglądając tabliczkę z numerem.
Był to dom, w którym mieszkał Fox.
— Czy wiesz, kto mieszka w tej dzielnicy?
— Nie mam pojęcia.
— Paserzy i lichwiarze. Mój przyjaciel Baxter urządza tu często wyprawy.
— Czy osiągają one poważne rezultaty?
— Nie. Ci ludzie posiadają wszędzie wspólników, którzy ich kryją w razie niebezpieczeństwa. Moim zdaniem Fox należy do bandy włamywaczy.
— Złóżmy mu więc wizytę.
Drzwi były zamknięte. Lord Lister zadzwonił. Wewnątrz dały się słyszeć kroki. Głowa dość ładnej kobiety ukazała się w okienku judasza.
— Pana Foxa nie ma w domu, proszę przyjść później.
— Szkoda — odparł Lord Lister — Nie mam czasu. Dziś jeszcze muszę drapnąć przed policją. Zrozumiano?
Kobieta zaśmiała się.
— Nie widziałam pana tutaj dotychczas.
— Jasne... Nie pracuję w Londynie.... tylko w miejscowościach kuracyjnych.
— Co pan przyniósł? — zapytała przezornie.
— Zegarek z dewizką.
— Dobra! Otwieram!
Zamknęła za sobą starannie drzwi.
— Co to za próżniak? — zapytała wskazując na Branda.
— To nowicjusz. Można mieć do niego zaufanie.
Zostawiła ich w pokoju, sama zaś wróciła do korytarza. Wyczulone ucho lorda podchwyciło dźwięk zamykanej zasuwy. Znaleźli się w potrzasku.
— Na miłość boską, Edwardzie! Gdzieśmy wpadli?
— Jesteśmy przypuszczalnie u pasera — odparł szeptem lord Lister — Bądź ostrożny i nie mów za wiele. Jestem pewien, że podsłuchują z drugiego pokoju.
— Ta kobieta podejrzewa nas o coś — rzekł głośno — Nie mam jej tego za złe. Fox chyba wróci nie długo i z nim dogadamy się najprędzej.
Usiadł na krześle i zapalił fajkę.
Charley spoglądał przez okratowane okno na niewielkie podwórko. Otaczały je domy, posiadające tylko malutkie okienka. Charleyowi wydawało się, że w jednym z okien dojrzał wysuwającą się ludzką rękę. Stado ptasząt przyfrunęło do okna i poczęło dziobać pokarm. Ręka ukazała się po raz wtóry, nie budząc wśród ptaków najmniejszej obawy. Była to niewątpliwie ręka kobiety lub dziecka. Chciał zwrócić na to uwagę Listera; lord wstał i dał mu znak, aby zachowywał się spokojnie. Zauważył bowiem, że niewielka klapa umieszczona w sposób niewidoczny w suficie uchyliła się z lekka. Nie ulegało wątpliwości, że byli podsłuchiwani.
Klapa zamknęła się i na podwórzu ukazała się kobieta, która otworzyła im drzwi.
— Obserwuj tę kobietę i powiedz mi kiedy wróci do domu — szepnął lord Lister Charleyowi.
Ku niemałemu zdziwieniu Branda, Lister zabrał się do przesuwania małej szafy.
Za szafą tą ukryte były drzwi, które nader łatwo dawały się otworzyć. Rzuciwszy okiem spostrzegł, że wiodły one do wąskiego korytarza, łączącego pokój z sąsiednim domem.
Chętnie byłby zbadał bliżej owo przejście... W tej chwili spostrzegł, że Charley daje mu znak: kobieta wróciła do domu.
Lord Lister zajął swe poprzednie miejsce. Po chwili zauważył, że klapa otwarła się znowu.
Zadźwięczał dzwonek u drzwi wejściowych: Klapa zamknęła się bez szelestu.
— Patron powraca — pomyślał Lister.
Do uszu dobiegł ich odgłos kłótni, która stawała się coraz gorętsza.
Nagle drzwi otwarły się i ukazała się w nich głowa kobiety.
— Kto to krzyczy tak głośno?; zapytał lord Lister.
— Jakiś człowiek który rozmawia z Foxem.
Hałas stawał się nie do zniesienia.
Wydawało się, że ktoś przewraca meble. Lord Lister przysunął się do kobiety załamującej ręce. Dwaj mężczyźni zmagali się z sobą, spleceni w walce. Jeden z nich trzymał w ręce nóż.
Lord Lister chwycił uzbrojoną w nóż rękę. Drugi z walczących podniósł się z ziemi i ponownie stanął do walki.
Lord Lister poznał w nim Foxa.
— Goddam — zaklął bezsilnie przeciwnik. — Czemu mieszacie się do moich spraw?
— Czy weźmiesz teraz pieniądze i wyniesiesz się do wszystkich diabłów? — zapytał Fox.
— Nie pozostaje mi nic innego — mruknął zwyciężony — Pozwólcie mi odejść.
Lord Lister i Charley pomogli mu wstać.
— Ale też w dobry sposób przyjmujesz swych przyjaciół — zaśmiał się w stronę Foxa.
— Z takim typami, jak ty, nie można postępować inaczej... Nie mam jednak do ciebie żalu.
Podali sobie na pożegnanie ręce. Fox odprowadził go na ulicę.
Gdy wrócił, na twarzy jego malowało się zmęczenie. Gospodyni wniosła butelkę wina i szklanki.
— Dziękuję wam panowie — rzekł, wychylając duszkiem pełną szklankę. Pomogliście mi rzetelnie. Nie znacie jeszcze Jacka: To wariat. O byle głupstwo wyciąga nóż. Mam nadzieję, że nie piśniecie o tym słowa?
Raffles i Brand skinęli głową.
— Kim jesteście i kto was przysyła? — zapytał.
— Nie staraj się skrobać zbyt głęboko! Wystarczy wejść do kawiarni, aby otrzymać właściwy adres.
— Zgoda! Ale jak się nazywacie?
— Nazywaj mnie mym przezwiskiem liwerpoolskim: Sprytny William...
— Co robicie w Londynie?
— Chcę wybrać się w podróż na kontynent. Tutaj trudno mi oddychać. Fałszywy kolega wydał mnie policji.
— Nie odmówię wam pomocy... Anny, panowie są z pewnością głodni! — rzekł, zwracając się do gosposi — Nakryj do stołu!
— No a teraz od rzeczy: — rzucił w stronę przyjaciół — Jaki mi proponujecie interes?
Zamiast odpowiedzi, lord Lister wyjął z kieszeni kamizelki złoty zegarek. Oczy pasera zabłysły:
— Dobra robota — rzekł — Dam wam pięć funtów.
— Wart jest conajmniej piętnaście — odparł Lister.
— Nie dla mnie! Dodałbym jeszcze pięć funtów, gdyby...
— Gdyby co?
— Mam do was zaufanie... Moglibyście oddać mi pewną przysługę. Powiedzieliście, że chcecie odbyć podróż na kontynent... Właśnie wybiera się tam pewna osoba...
— Dokąd?
— Ze mną nie ma żartów... Trzeba pojechać do Calais i ani kroku dalej. Tam wasza misja się kończy.
— Babska historia?
— Zgadliście. Odprowadzę kobietę na okręt, wy zaś oddacie ją w Calais w inne ręce. I to wszystko... Oto pięć funtów za zegarek. Wieczorem dam wam resztę. Jadę z wami do Dover, gdzie kupię wam bilety. Do czasu wyjazdu zostaniecie u mnie.
Lord Lister zgarnął pieniądze.
— Zrobione, mister Fox. Jeśli mógłby mi pan dostarczyć teraz dokumentów na fałszywe nazwisko, byłby pan skończonym gentlemanem.
— Będziecie mieli wszystko. Do wieczora posiedzicie w sąsiednim pokoju. Mamy jeszcze trzy godziny do wyjazdu.
Wyszedł z pokoju.
— Wspaniale — szepnął po jego wyjściu Lister — Założyłbym się o głowę Baxtera, że mamy eksportować miss Watkins do Calais. Jest ona uwięziona w tym domu. Podziemny korytarz prowadzi do miejsca jej ukrycia. Ale gdzie jest jej brat?
W tej chwili rozległ się dźwięk dzwonka.
Na korytarzu dały się słyszeć kroki. Jakieś drzwi otwarły się. Mister Fox rozmawiał z nieznajomym. Lord Lister rzucił okiem w kierunku sufitu: klapa podsłuchowa była jeszcze zamknięta. Wskazał ją wzrokiem Charleyowi. W wypadku, gdyby ją otwarto, miał chrząknąć. Sam zbliżył się do drzwi.
Usłyszał rozmowę prowadzoną w języku hiszpańskim przez dwie osoby. Lord Lister znał dobrze ten język. Z rozmowy wynikało, że miss Watkins znajdowała się w tym domu i że nieznajomy miał ją wywieźć do Ameryki Południowej jako guwernantkę swych dzieci. Lord Lister domyślał się, jaki los zgotowano biednej dziewczynie. Nieznajomy mężczyzna należał niewątpliwie do szajki handlarzy żywym towarem, a Fox był jego wspólnikiem. Cudzoziemiec wywoził jednocześnie dwie inne kobiety młode, które podawał za swoje panny służące.
W Calais oczekiwał go inny członek bandy.
Fox wyjaśnił mu, że znalazł dwóch mężczyzn, którzy nie wiedząc o co idzie zgodzili się odwieźć miss Watkins do Calais. Cudzoziemiec zgodził się na to, prosząc jedynie, aby Fox przyszedł na stację z miss Watkins. W Dover miał się już sam zaopiekować dziewczyną.
Fox przyrzekł mu spełnić jego prośbę.
Do pokoju wszedł chłopiec, niosąc na tacy wino, pieczywo, mięso i sery.
— Czy to ty, Tommy? — zapytał lord Lister.
— Tak, proszę pana.
— Masz łzy w oczach? Dlaczego płaczesz?
— Siostra moja wyjeżdża dzisiaj... Ja też mam niedługo wyruszyć w podróż morską, choć nie mam ku temu najmniejszej ochoty.
Chłopiec wybuchnął płaczem.
— Cóż, Tommy... Chyba cię nikt do tego nie zmusza?
— Pan Fox sobie tego życzy i muszę mu być posłuszny.
— Tommy, gdzieś się podział...? — zabrzmiał krzykliwy głos kobiecy.
Chłopiec spojrzał smutno i wyszedł.
— Panowie, zawołał wesoło Fox — o siódmej godzinie ruszacie na stację. Przyjdę tam niedługo z kobietą, która otworzyła wam drzwi i z młodą panną. Pociąg odchodzi o ósmej... Zmieniłem plan: nie jadę z wami do Dover. W Dover spotkacie gentlemana, który zajmie się damą. Musicie zachować się z rezerwą i na wszystkie jej pytania odpowiadać, że nic nie wiecie.
— Well, sir — odparł Lister, pochłonięty zajadaniem kotleta — Doprowadzimy ją do Dover i to wszystko!
Fox spojrzał z zadowoleniem na jedzących i wyszedł z pokoju.
— Do dzieła, Charley — rzekł Lister po jego wyjściu — Dzięki szczęśliwemu przypadkowi uda nam się bez trudu wyratować z opresji miss Watkins. Muszę jednak wyciągnąć Tommy’ego z tej spelunki i odebrać łotrowi mój zegarek... Poczekaj chwilę... Pogadam sobie z gosposią.
Od płaczącego w kuchni Tommy’ego dowiedział się, że gosposia znajduje się w swym pokoju na pierwszym piętrze, ponieważ przebiera się, aby odprowadzić siostrę jego na dworzec.
Powrócił więc do pokoju, gdzie znajdował się Charley. Przesunął szafę, otworzył zamaskowane drzwi i wszedł do długiego, wąskiego korytarza, słabo oświetlonego małymi okienkami. Na prawo kręte schody wiodły do piwnicy.
Lord Lister zszedł po schodach na dół, dotarł wreszcie do niewielkich drzwi. Otworzył je z łatwością. Znalazł się w pustym pokoju, którego okno wychodziło na podwórze. Zajrzał przez dziurkę od klucza do sąsiedniego pokoju i ujrzał dziewczynę, w której poznał odrazu miss Watkins.
Delikatnie zapukał do drzwi.
— Kto tam?
— Przyjaciel, który postanowił wyrwać panią ze szponów Foxa. Proszę otworzyć!
— Nie mam klucza, — odparła.
— Niech więc pani mnie posłucha. Grozi pani wielkie niebezpieczeństwo. Proszę jednak spokojnie udać się na stację. Będę nad panią czuwał. Może pani śmiało zrobić wszystko, to, czego od pani zażądają.
— Niestety, jestem do tego zmuszona...
— Proszę mieć do mnie zaufanie. Nie zapomnę również o Tommym. A teraz uciekam, gdyż nie chcę, aby mnie odkryto.
Lord Lister zszedł po schodach na dół do piwnicy. Znalazł tam drzwi, które z niemałym trudem otworzył za pomocą wytrycha. Wszedł do sklepionej komnaty, pełnej rozmaitych przedmiotów, pochodzących niewątpliwie z kradzieży. Były to składy paserskie.
Uwagę jego przykuł kufer, obity po bokach żelazem. Ponieważ nie był zamknięty, Lister podniósł jego pokrywę. Pełen był po brzegi biżuterii i zegarków. Na samym wierzchu leżał jego zegarek.
— Mister Fox jest pewien swej kryjówki — zaśmiał się Lister. — Nawet nie zamyka na klucz swego skarbu.
Odłożył swój zegarek na miejsce i powrócił do Charleya.
— Dobrze, że cię widzę Edwardzie. Zaczynałem się niepokoić o ciebie.
Lister uśmiechnął się.
— Zupełnie niepotrzebnie. Moja wyprawa powiodła się znakomicie.
Opowiedział Brandowi swój plan oswobodzenia siostry i brata.
Po godzinie usłyszeli kroki Foxa.
— Nudno nam tutaj — rzekł do niego Lister — lepiej będzie pójść trochę wcześniej na stację. Nikt nas tu nie zna... Pieniędzy na taksówkę też nam trochę szkoda.
— Zgoda... Bylebyście tylko zdążyli na czas.
— Bądź pan o to spokojny... A więc ruszamy!
Lord Lister podniósł się z krzesła.
— Proszę nie zapominać o pięciu funtach — rzucił na odchodnym.
— Przed odjazdem pociągu otrzymacie pieniądze. Wywiążcie się tylko dobrze ze swej misji.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Matthias Blank, Kurt Matull i tłumacza: anonimowy.