W Roztokach/Tom II/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł W Roztokach
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1903
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

W chałupie mrocznej radzili ojcowie. Nad losem dzieci swoich dumali po ciemku, układając w rozumach słowa przeznaczenia.
Ślebodną chwilę wybrał Suhaj, bo wieczór w niedzielę, kiedy się naród z urzędu potracił, i każde poszło z Panem Bogiem do swojej chałupy. Ostał się sam z Cichańskim, ojcem jedynaka. I w bezpiecznym spokoju mogli wzajem radzić.
Mówili zwolna, pomału, nie spiesząc się zbytnio. Każdy długo ważył słowa, nim je wypowiedział. Oba czuli w sercach swoich, że co tu uradzą, to tam Pan Bóg nieomylnie do wyroków włączy.
— Tak, moiściewy — prawił Suhaj — ochotnych nie braknie. Co sie też tu nazachodzą! To z tej, to z owej strony... Bo majątek niemały, rola odpowiednia. I zresztą Sołtysówna, to nie byle kopyść. Trafiają sie i z gruntem, i ze stówkami, ba, nawet i tysiące paru obiecuje. Ale coż z tego? Dy wiecie, jaka dzisiaj młodzież. Ani Boga w sercu, ani poszanowania dla ojców, ani żadnej stateczności, ino letkomyślność. Rozumem swoim wszystko wie, niczego jej nie ucz, ba żebyś jeszcze sam od niej brał naukę życia. Choćbyś i sto lat żył na świecie, to to nic nie płaci. Byle podrostek powie ci, żeś głupi. Taka teraz ponastawała młodzież. Ledwo głową dostanie do ocapu odrzwi, a już chce mieć swój rozum, i dyabeł wie, czego jeszcze jej sie nie zachciewa. Ty ojcze za nic, Pan Bóg za nic, ino jedna wola rządzi z upartością w parze.
Zasapał się i dyszał oburzeniem serca. A stary Cichański na to:
— Ja wam to przyznaję, bo sam zabiadam nieraz nad tem, a co bedziecie robić. Świat idzie ku dołowi, z roku na rok spada, i ludzie się inaksi rodzą. Wszystko sie przeodmienia na tym bożym świecie, a przecie nie na lepsze, ho! bo nie na lepsze. Baczycie, jaka była w nas insza natura, choć i człek młodym bywał. Bo wtedy przykazania były w sercach ludzkich. Nie uczyli ich po szkołach, ani nie wypisowali na drzwiach, a każdy wiedział o nich dobrze i znał, jak sie ma zaobchodzić we wszystkich stosunkach. Ojcowskie prawo było święte, nikt go nie naruszał. I Pan Bóg nie żałował ludziom swojej łaski. Opatrzność czuwała wszędy, chleba było podostatkiem, niczego nie zbrakło. A teraz naród stęka, jak w ciężkiej niewoli. Biedą go Pan Bóg skarał za to, że sie przeinaczył. A to wszystkiemu młodzież winowata, bo, jak słusznie powiadacie, ni ma Boga w sercu. Choć są wyjątki. Jak i mój Michał na ten przykład... Nie powiem, żeby i on ni miał wad nijakich, bo nie, bo też i nima człeka bez przywary — ale co sie tyczy, powiem, kościoła bożego, to już pilnuje w każde święto i nie opuści sumy letkomyśnie. Już ta co do tego, tu mu nima najmniejszej przygany. Ino to jedno, że jest niezaradny; niczego sie sam nie ima bez porady ojca. Zawdy mu trza nakazować, bo sie nie domyśli. Swoim dumem nic nie zrobi, o wszystko sie pyta. Już ta rozumem nie grzeszy, to darmo, i nima go na zbyciu. Ale co bedziecie robić, kiedy już taki był od czasu i taki pewnie poostanie.
Przestał; i siedzieli oba długi czas w milczeniu, zgadując myśli swoje. Nareszcie Suhaj przerwał ciszę, mówiąc, jakoby do siebie:
— Dobrzeby to było i nieźle, jakby sie doprowadziło do skutku, co sie przedumuje, bo rody podupadają, ubożeją przez to, że nie dbają o siebie, nie łączą sie wzajem. Trza te węzły zacieśniać, co je czas ozluźnił, trza je ściągać, żeby sie całkiem nie zwolniły. A niebezpieczność wielga, bo już fale mętów ludzkich dochodzą pod ściany. Trza to mocnego domu, żeby sie oparł uderzeniom wściekłego żywiołu. Jak ino ściany słabe, podgniłe od spodu, to sie letko osuną, i woda je zbiere. Na nic wtedy osęki, ratowanie próżne. I tak powinny stać nasze osiedla pośród napływu przeróżnej gawiedzi, jako te twierdze kamienne na morzu, których podwalinami samorodna skała. Bo inaczej to nas połkną, zaleją doznaku. A przecie nie na to mocarzyli tu nasi ojcowie, abyśmy, schylając głowy, poszli w poniewierkę. Już i tak nas niewielu, bo sie dużo poniżyło z dobrowolnej woli, abo i z musu, jak nie miało pomocy od swoich. To też ci, co poostali, powinni sie krzepić i nie oddalać, ale zbliżać przez krewieństwa blizkie. I majątki sie powiększą, i rody sie wzmocnią. Zapanuje sprawiedliwość, jak za dawnych czasów. I dlatego też powiadam: dobrzeby to było, jakby sie tak nienajdłużej myśl z uczynkiem zeszła.
Na to Cichański:
— Wola Boga i Jego przenajświętszej łaski. Jak Mu sie upodoba ono młode stadło, to je złączy bez dużej przyczyny człowieka, a jak nie, to choćby człek sto rozumów nabył — nie wskóra, nie poradzi przeciwko wyrokom. Ale ja tak uwazuję: Wypełni sie dobro, to dla Pana Boga chwała i cześć przedewszystkiem. A my przecie ku dobremu radzibyśmy ciągnąć. To nas Pan Bóg nie wypuści ze swej opieki. Na wszystkie strony byłoby to dobrze. Bo i rody by sie zeszły, i majątku by przybyło, i człekby se uśmierzył głowę, nie turbując sie, co bedzie, jak go tu nie stanie. Wiecie, ja nieraz nad tem przemyśliwał, jako to bedą gazdować ci młodzi, czy se dadzą radę ze wszystkiem, i czy nie zaprzepaszczą swojej ojcowizny. Teraz o gospodynię dobrą straszecznie niełatwo; ze sta jakby jedna była, a i to niepewne. Wszystko to takie światowe, ozpustne, nijakiego zdania we łbie, ino marne plewy. Przyjdzie święto, abo i niedziela, to nie patrzą nabożeństwa, ale pijatyki; wystawają poprzed sklepy i oczami świecą, jak to pokusy dyabelskie. A tego drzewiej nie bywało. Jak wyszła z kościoła, to prosto z matką do chałupy, bez żadnych postawań. Chciałeś ją widzieć, toś sie ojców musiał pierwej pytać; a teraz o znajomstwo łatwiej, niż o tabak; wnet ci sie skądsi nawinie i sama zaczepi. Za grajcar wstydu nima u tych córek. I na jakie to matki powyrasta? Ej, mocny Boże, jest nad czem zabiadać. Nie takie to bywały nasze niebożyczki...
Zadumał się, a Suhaj niżej zwiesił głowę. Miał i on w sercu niemałe strapienie, o którem nikto nie wiedział; i temu chciał wydać Hankę, jak się da, najprędziej. Dumał po cichu, żując turbacyę. Wnet jednak opamiętał się i otrząsł myśli z obaw ciężkich. Nie spadły wszystkie, bo i owoc zielony nie spadnie, chociaż drzewem zatrzęsie najmocniejszy wiatr. Ale mu już nie ciężyły nad schyloną głową, gdy się ozwał po chwili:
— Nie wiem, jako ta inszych, ale mnie to już Pan Bóg opatrzył dzieckiem usłuchliwem i bez żadnych zradliwych od świata nawyknień. Figlów ona nie ma w głowie, jako insze dziopy, woli cicho posiedzieć, jak czasu dopraśnie. I roboty dopilnuje i służbą zarządzi; dyć już od wielu lat zastępuje gaździnę w chałupie. Nie mam sie na co uskarżać...
— No, to chwała Bogu. Jak sie dziecko wydarzy, to szczęście człowieka. A w tych dzisiejszych czasach, to prawdziwy skarb. Ilu to ojców, ile matek przeklina i pomstuje swoje własne dzieci. Niejeden wolałby raczej psa chować w chałupie. Bo pies sie wywdzięczy za to wiernem przywiązaniem, a dziecko... mocny Boże! Dobrze, jak ojcu kija nie pokaże i nie wyżenie z chałupy. Trafia sie i tak, moiściewy, i nie w jednem miejscu. To też człek winien Panu Bogu chwałę, jak go opatrzy uczciwem potomstwem. Coby to niejeden dał za to, a darmo! Co sie już złem ulągnie, to złem poostanie.
— Kiedy znowu i starunek niemało przynosi. A ojcowie po części sami winowaci, bo nie trzymają ostro cugli, jak Pan Bóg przykazał. Jakby raz i drugi ukarał przykładnie, to ono by sie ta przyuczyło słuchać i musiałoby żyć w bojaźni bożej.
— Prawda i to, ale znowu różne są natury. Niedarmo też powiadają, że opornego kijem do nieba nie wpędzisz. Trafi sie czasem taka psiapara uparta, że na nic, na żadne kary nie dba. Bij go, co żywnie chcesz, łam na nim najhrubsze kije, to on jeszcze gorszy. Zatnie sie, i ani rusz. Z takim na żaden żywy sposób nie poradzi.
— Jużby ja go ta ulegował...
— Tak sie wam to widzi...
— Przywiązałbych do słupa i dotąd bych morzył, ażby sie w pokorę udał...
— To umrze na złość, a nie ukorzy sie...
— Dałby ja mu umrzeć!
Powiedział to po cichu, z taką zaciętością że aż Cichański zadrygnął się w sercu. Duża chwila uszła, nim się ośmielił przemówić:
— Co sie mamy o czyje dzieci trapić, kiedy nasze, chwała Bogu, dobre są i w bojaźni przed ojcami chodzą. Raczej podumać wypada nad tem, jak przyprowadzić myśli do uczynku, aby sie wypełniło, co jest przeznaczone.
Suhaj nie odrazu spieszył z mądrą odpowiedzią. Siedział jeszcze chwilę, dysząc, a wreszcie rozpoczął:
— Dumanie takie, moiściewy: Jak wy rozumem swoim przystajecie i nie macie w swojem sercu nijakiej przeszkody, to ja gotowy przyzwoleństwo dać każdego czasu. Bo z odwlekaniem nie zawdy dobrze sie wydarzy. I to wam jeszcze powiem: Choćby ludzie rozumów nabrali, i obgadywaniem Hanki odstręczali was od przedsięwzięcia, to się nie dajcie skierować na żadną złą stronę. Bo dyabeł nie śpi, ale czuwa, pilnuje, aby dobro nie przemogło w świecie. On ta ma swoje sługi i pomiędzy ludźmi, którzy zamiarom czystym podstawiają nogi. Wtedy ich radość, jak sie człowiek na prostej drodze obali, a jeszcze większa, jak zboczy i za nimi pójdzie. To też powiadam: Czuwajcie, nie dajcie sie przewieść, bo was bedą odciągali wszelkiemi siłami, jak ino wartko posłyszą, że sie Michał żeni.
— Ho, moiściewy — rzekł na to Cichański — ktoby też ta uważał, co sie ludziom baje. Człekby nikany nie zaszedł, jakby szedł za ich przewodem, ino kręciłby sie w koło bez ustanowienia. Jeden tak mówi, drugi zaś inaczej, a wszyscy razem, to wierutny Babel, pomieszanie ozorów, jak powiada pismo. I dyabli nie śpią, słusznie powiadacie. Ale ich moc ustaje u progu kościoła. «Bramy piekielne nie przemogą cię!» Jak co postanowione od Boga, to sie musi spełnić, choćby sam Lucyper stanął z czeladzią na warcie. A, widać, takie było zdawna przeznaczenie, skoro nas Duch Święty natchnął jednakim zamysłem.
Siedzieli oba długi czas w milczeniu, żując w cichości każdy swoje myśli. Wreszcie poszepnął Suhaj:
— Trudna rada. Nie doczekał sie człowiek syna...
— O moiściewy — rzekł Cichański, widząc, że go trza pocieszyć — nima czego żałować, ani nad czem biadać. Z córki większe skrzepienie, bo jak padnie na człeka chorość, niedołęstwo, to sie prędzej nabliży i zaopiekuje, serce ma zawdy przychylniejsze starobliwym ojcom.
— Dyć i to prawda. Ale znowu markotno człekowi, że nie bedzie miał nikto po nim urzędu odzierżyć.
— Przecie was, chwała Bogu, krzepkość nie opuszcza. Pożyjecie jeszcze długo, nie gryźcie sie darmo.
— Hej, mocny Boże! Już to nie te siły, jakie bywały, bo nie te. A tu sie zewsząd zwałują na głowę coraz to większe ciężary. Anibych wam opowiedzieć nie zdołał...
— Ja wierzę.
— Złość ludzka z przewrotnością wzięły sie za ręce, upytały głupiego rozumu na pomoc i chcą obalować wszystko, co im sie nie widzi.
— Kanyż-by sie podziała zazdrość? moiściewy...
— Dy nie co insze, bo zazdrość wierutna. Ona to milczkiem wojuje o władzę, a rozpowiada głośno, że o krzywdę...
— No powiedzcie wy ludzie, jaka to przewrotność!
— Trza mieć przeziorność wielką i uwagę, by sie nie dać łatwo podejść, trza mieć dużo siły, bo inaczej zrada może zwyciężyć, a wtedy... Panie ratuj, zachowaj od takiego końca. Byłaby to gospodarka, o jakiej sie ojcom naszym za życia nie śniło.
— To też, jak wydacie Hankę, bedzie wam już lekcej. Uśmierzycie se głowę choć po jednej stronie i bodziecie mogli wtedy ślebodniej wójtować.
— Dyć żeby Bóg dał...
— Uważcie, że wam bedzie lekcej.
— Trza jako radzić...
— Końcem trza nadtem podumać.
— Bo czas leci...
— Nie stoi...
— Piekło nie zasypia.
— No to kiedyż myślicie naprawdę poczynać?
— Czy ja wiem, moiściewy. Zeszłoby sie jaknajprędzej. Jadwent na ramieniu...
— No to radźmy, kiedy tak...
— Radźmy, w imię Boże...
I radzili, jak dwa bogi zmurszałe od wieków, owinięte chmurami przed oczyma pasterzy, którzy, baraszkując swawolnie przy ognisku gasnącem, nie czują, ani wiedzą w uszczęśliwionych sercach, jaki los im gotują nieznane wyroki.
Tak w chałupie zamrocznej radzili ojcowie.
A o tym czasie Franek odprowadzał Hankę. Spotkali się na wierchach prawie o śródwieczerz. Hanka wyszła po sumie na maliny do wrębu, jak zwyczajnie, przy święcie, mając czas ślebodny, a on czekał na wierchach, i tak się spotkali. Zwidziało im się bardzo to wysokie miejsce; uradzili se odtąd co niedzielę schodzić się na tej polanie. A rada trwała dość niekrótko, bo ich mrok zaskoczył, musiał Franek sprowadzać Hankę na dół drogą.
Skoro ostatni lasek minęli na zboczu i ugory się otwarły przed ich oczyma, podziękowała mu za opiekę, mówiąc, że tu już śmiało pójdzie sama. Więc ją pożegnał i skręcił ku dolinie roztok. Zdaleka zawołał jeszcze:
— Ale przyjdź na pewno!
— Przyjdę!
Rozśmiała się ku niemu i pobiegła na dół, przeskakując zagony, jak sarna spłoszona. Wnet zbiegła ku roztoce i zginęła w mroku.
Franek idęcy zboczem pozierał w dolinę, czy mu się nie zabieli jej postać zdaleka. Ale napróżno wypatrywał oczy. Gęsty mrok zastąpił drogę, i nie widać nic. Chcąc jej powiedzieć zdaleka, że wciąż o niej myśli, zaśpiewał głośno, aby echo nie straciło słów:

— Hej!... Czy ja nad doliną,
Czy ja na uboczy —
To za tobą, dziewczyno,
Lecą moje oczy.

— Mógłbych śpiewki układać — rozśmiał się do siebie.
Chwilę przystanął, słuchał, czy mu nie odpowie. Ale jeno echo grało na przeciwnej stronie. Skoro zmilkło, rozpoczął, potęgując głos:

— Hej!... Goworzy roztoka,
Rozpowiada szumnie —
A ja wołam z wysoka,
Obróć oczy ku mnie...

— Byłoby — śmiał się — nie takie ostatnie... Ale coby tu nowego? — spojrzał dookoła.
Za górą czerniło się czoło Obidowca.
Zawiódł głośno, aż ubocz zadudniła w okół:

— Hej!... Popod las, popod las,
Popod Obidowiec,
Nawróć-że mi, dziewczyno,
Rozstrachanych owiec.

Nim echa powróciły, dopowiedział dalej:

— Hej!... Nawróć-że mi, nawróć,
Abo ja nawrócę,
Ej, abo cię pociesze,
Abo cię zasmucę...

I jął wywodzić coraz nowe, na przeróżne nuty, i śmiał się i radował, jak dziecko nieletnie, gdy mu się słowa zeszły i złożyły składnie.
I śpiewał, o czem jeno oko powiedziało. To o zorzy zachodu, która, obaczywszy mrok na dole, zbladła i skryła się za skrzydła osowiałych chmur, to o lesie ostatnim, skazanym na ścięcie, który, nie czując złego jutra, owinął się w czarny płaszcz i szepce przed spaniem pacierze, to o wierchach, które w mroku chylą się ku sobie, to wreszcie o tem, co najbliższe: o swojem kochaniu...
W szczęśliwem sercu jego zrywały się ptaki skore do lotu, dziwnie rozśpiewane. Takiej swobody nie pamiętał dawno, chyba wówczas, gdy pasterzem po zachodzie słonka zganiał z ugoru owce, napasione godnie. Od tego czasu dużo wody spłynęło roztoką. Aleć się powróciły zapomniane chwile, pozlatywały się wszystkie zabaczone śpiewki, i nowe się urodziły z miłującej duszy. I nie mógł się ośpiewać — tyle szczęśliwości było w jego sercu, pełnem słowiczych trzepotów. Czuł chęć wypowiadania na głos wszystkich myśli, wyśpiewania wszystkiego, jak dziecko, które śpiewaniem rado mówi, czy je kto słucha, czy nie.
I stał się dobrym w sercu przez miłość wezbraną — gdyby świat jedną postacią zjawił się teraz przed nim, ująłby go w ramiona swoje rozskrzydlone i serdecznie uścisnął. Ziemia nawet, ta smutna, zdała mu się piękniejszą — każdy wierch, każde drzewo pozdrawiał z daleka.
Rozgrały się ubocze, rozchwiały się jedle, gałęzie w rozkosznem drżeniu tarły się o siebie, kołysały się trawy melodyą miękką, jakby szła po nich fala uśpionego wiatru, po całej dolinie echa pieśni błądziły jak cienie, jak roztrącone po lesie bojaźliwe dzieci, nawołując się żałośnie, niewyraźnie, długo — ożywiła się do cudu ta pustka zamarła, gdy Franek śpiewajęcy zstępował w roztokę.
Naprzeciw obaczył zdała czerniącą się ubocz.
— Bedę też ciął! — zawołał, aż echo zaszczekło, a bełkocąca roztoka na moment przycichła.
Z lekkiem, jak pióro, sercem poszedł do Huciska.
Z zapałem ciął tę ubocz leśną i myślami o swojej Hanusi skracał sobie dłużący się przy robocie czas. Przez owo myślenie ciągle rozpołowił mu się tydzień na dwa duże dni, z których pierwszy zdawał mu się krótszym, drugi zaś znacznie dłuższym, bo tak: Od niedzieli do środy żył wspomnieniami chwili białej, na wierchach przebytej, a zaś od środy do niedzieli oczekiwaniem nowego spotkania. To oczekiwanie tak na długość wałkowało czas.
W niedzielę za to było wielkie święto w jego duszy. Cała dolina, zamknięta wąwozem, zdawała mu się ogromnym kościołem, którego ściany zieloność przybrała: jasna, i ciemna, i spłowiała nieco, pnąca się w górę wzorzystym rozkwitem aż ku samemu wierchu, pod sklepienie; a zaś po onem sklepieniu niebieskiem płynęły baranki czyste, wykąpane w rosie, to znów pierzaste, jak łabędzie, nieprzejrzanem stadem; niekiedy patrzącemu przezdało się w oczach, że to rój małych aniołków i drobnych anieląt, posplatanych rączętami, w nieskończoność leci... I cichość taka była wielka w tym jasnym kościele, jak i w inszym z kamieni, albo i z przyciesia, kiedy zeń ludzie do jednego wyjdą, i nie słychać nic, prócz ciszy, zamodlonej w sobie; przez okno wązkie od sklepienia wdziera się światło białą smugą, pada z ukosa na ołtarz i odbija się na kościół rozczepionym blaskiem, jakby schodziły odpromienie złotej monstrancyi.
Podobnie i tu, tylko więcej jasności dopływa. Nie przez uboczne okno, lecz przez całe błękitne sklepienie leje się z góry rzeka światła i zatapia ciche wnętrze białością przejrzystą. A hań, wysoko lśni promienna monstrancya światów, oczom ziemi za widna, za dużo przeczysta, aby wprost ku niej mogły patrzeć: rozżarzone słońce...
Franek błąkał się po tym kościele od samego rana, od świtu. Zachodził nad roztokę, podumał i wracał, przesuwał się przez gąszcze, wyłaził do wrębu i, wędrując pośród zrosłych traw jak błędny rogacz, na każdej łączce odpoczywał chwilę.
— Jaki w tym kościele spokój! Ani echa głosu... Wszystko dokoła świętuje. Zwierzyna sie pochowała, i ptactwo pomilkło. Drzewa stoją w skupieniu, i trawa nie szmerzy. Nawet i woda ciszej płynie...
Pozierał w roztokę. Widział z góry, jak perlącą się pod słońcem smugą snuje się pomiędzy skały, a napotkawszy większe głazy — zeskakuje wartcej.
W miejscu, gdzie się dwie roztoki witają u zbocza, widać było wodospad niedużo wysoki, ale cudnie z daleka światłami grający.
Czasem zwieszał się nad nim sierp tęczy uciętej, niby pasmo wielorakich barw, jak struny nad wodą rozpięte, po których chodzą krople światełkami gwiazd, to opadają deszczem migotliwych pereł, gdy wiatr, strzepując je, lekko o struny potrąci. Pod wodospadem widać było czerniącą się głębię, wirującą pianami toń, zwaną baniorem, z brzegu wysterczające ponad wodę skały — ławy dla wypoczynku zdradliwych topielców.
Tam też najczęściej Rakoczego ciągło... Ułaziwszy się po trawach, spinających nogi, schodził na dół ku roztoce i siadał nad wodą, na skale, gdzie zdradliwe topielce siadują. Z początku, dając wytchnienie sennemu w ciele znużonem duchowi, patrzał bez myśli na wodę, która poczynała zwolna rozbawiać jego oczy. Gonił przelatujące migiem fale, chodził za kręcącemi się w kółko pianami, albo rzucał urwaną na brzegu gałązkę lub patyk złamany w palcach i śledził, gdzie i dokąd fala je zaniesie. Zwolna chłód od zimnej wody orzeźwiał go i budził wypoczęte myśli; poczynały pomału wyzierać oczami i psuć zabawę dziecka. Wtedy widział, co przódy, ślizgając po grzebieniach fal, nie zauważył, że woda odbija niebo i maluje je na dnie, w niezmierzonej głębi.
— Taksamo tam, na dole, po niebieskich polanach słonecznych idą, pasęcy sie, baranki czyste... Tak samo po błękitnych jeziorach powietrznych pływają lśniące łabędzie... bez końca...
Zdało mu się raz, że siedzi na krawędzi ziemi — bezmiar powietrzny u stóp i nad głową — zawieszony na cyplu duchem nieciężącym, na krańcu wystającej nad otchłanią skały... Przeląkł się, aż dech zaparł od lęku i trwogi i, przerażony, cofnął się od brzegu. Chcąc oczy upewnić całkiem, że na ziemi stoi, rozglądnął się dookoła i nabrał spokoju w serce, aże poweselał. Przybaczył sobie zaraz, że w młodości opowiadano mu o jednym człeku, który chciał widzieć grzmot. Bóg go za tę ciekawość dosadnie pokarał. Ujrzał ino ucho grzmotu i padł na miejscu nieżywy; tak się przestraszył. Zbaczył sobie to Rakoczy i pomyślał w sercu, że i on mógł paść, rażony strachem, gdy ujrzał ucho nieskończoności.
— A nawet nie całe ucho, ba! nawet nie włos...
Bywało, gdy go tak bezmiar przydusił ku ziemi, odginał się niby smrek wichrem przyłamany, rozprostowywał zwolna ducha i podnosił wzrok ku niebu, jak człowiek, który z padołu pokrzepienia prosi.
I, uświęcony w sercu swojem przeogromną ciszą, modlił się:
— Panie! Wskrzesicielu światów! Władco dusz! Opiekunie ziemi i stworzenia! Oto ja, wędrowiec mrówczy i skurczony duchem, gnę sie przed Twojem obliczem, jak łodyga słaba, jak pęd, który od ziemi nie odrósł, a gnie sie... Daj mi moc! Niech wiem, że żyję choć tę małą chwilę... Na złe jej nie obrócę, o tem wiesz sam, Panie. Z nieprawością wojował bedę aż do końca, pokąd mi sił wystarczy, pokąd życia! Za moc potężną ducha oddam na ugruntowanie królestwa Twojego. Za cały regiment stanę, za tysiące — sto śmierci po mnie przejdzie, a nie zadrżę — ino daj moc duchowi mojemu, Panie...
Czuł się blizkim tego Pana, pewnym był, że go słyszeć musi, skoro sercem do Niego z padołu przemawia. Łudził się nawet chwilę, że mu z chmur odpowie głosem, od którego cała dolina się wstrząśnie. Bo wierzył, że jak grzmot na jasnem niebie, musi być Jego głos przerażny, wielki. I w kornem pochyleniu głowy oczekiwał, ale znikąd nic nie słychać było; ino woda huczała w dole na roztoce, spadając poszumem w ciszę, jak skrzydlate dni, po schodach zlatujące w przepaść. Nic nie mąciło spokoju, tylko jeden czas, co wodę od wieków przelewa. I nie wiedzieć, co wyraźniej słychać: czy szum wody, czy oddech zdyszanego od zmęczenia czasu.
Rozczarowany beznadziejnem milczeniem i ciszą, jaka się wokół rozszerzała głucho, dźwigał ku niebu ociężałą głowę — i dziw! — przezdawało mu się w oczach, jakoby dojrzał twarz posępną, chowającą się nagle za obłok. Czekał, czy mu się jeszcze nie objawi, ale napróżno, już się więcej nie wychyliła z za chmury.
— Czyżby ino przywidzenie?
Widzi jeszcze tę twarz w myślach, widzi jej obraz odbity na niebie, nawet, gdy zamknie oczy — widzi jeszcze... Skąd to dziwne omamienie? Baczy, że nieraz widział to oblicze. Na obrazkach, w biblii, w kościelnej kaplicy... Ta sama biała, długa, pomierzwiona, jak z wiszących obłoków uprzędziona broda, te same oczy groźne, czoło pomarszczono i włosy rozwiane wiatrem — ten sam żywy.
Czując w sercu wątpienie mocne, począł wołać:
— Ukaż mi sie jeszcze raz, o Panie! Abo daj znak, że jesteś, na świadectwo prawdzie. Coż ci to szkodzi wyjrzeć na sekundę, na jedno okamgnienie małe?... Nic nie widać. No to poraź mnie, ubij, skoro bluźnię.
Przeląkł się w sercu i w śmiertelnej trwodze oczekiwał, rychło się ozwie grzmot na jasnem niebie. Ale cisza była wielka, ani echa znikąd.
Wtedy uczuł śmieszność całą swojego wołania. Począł się wstydzić sam siebie, swojego wiatractwa, i przyznawał szczerze w duchu, żeby się nie odważył tak wołać ku niebu, gdyby się chmury zeszły czarne i stanęły groźną burzą nad jego głową.
I znowu długo błąkał się po wrębach; wreszcie schodził do koleby, gotował obiad, a co chwila wyzierał za próg, daleko tam słonko. Skoro się już przechyliło na zachodnią stronę, zasuwał wrota i puszczał się znaną ścieżyną ku wierchom.
Trza było minąć roztokę, przejść stromy wrąb, ciągnący się wzdłuż przez całą ubocz, następnie przylasków parę, dwie małe polanki, i za ostatnim gąszczem dopiero otwierała się polana widna, zajmująca wierch Wasielki, blizkiej Turbaczyka.
Tam na tej wysokiej łące miał czekać Hanusi. Tu, opuściwszy chałupę po sumie, miała dojść o śródwieczerz, idąc za malinami wrębem który się tu sterma.
Franek wychodził zawczas. Z dołu mu się widziało, że słońce już nizko, a teraz postrzegał nierad, że jeszcze niemałe koło po niebie zatoczy, nim śródwieczerz nadejdzie. Mając dość próżnego czasu, rozglądał się w koło. A miał gdzie patrzeć. Bo choć Turbacz od południa zasłonił sobą świat, a od wschodu bliźnie Gorce podźwignęły czoła, to na zachód i na północ była przestrzeń duża. Mógł dojść oczyma aż do Babiej, aż do Zimnych Dolin, które się od jej ramienia na prawo rozwłóczą, a ku północy jeszcze dalej, bo aż w lackie niże.
Na tych obszarach wszystkie miejsca przewędrował okiem. Znał je, i w każdem myślą postał, podumał na chwilę. Wreszcie zawracał do wsi, wgłębionej w roztokę. Widział, że dopiero ludzie wychodzili z kościoła po sumie. Znać ich było po drodze, jak rozsypane paciorki.
— Który też paciorek mój? — zgadywał myślą.
Ale ani uznać z tak wysoka. Czernią się, bielą i toczą się niepostrzeżenie; po drzewach i opłotkach można tylko miarkować, że im drogi ubywa.
Rachował zwolna czas, kiedy Hanusia dojdzie do chałupy, jak długo w niej zabawi, kiedy wyjdzie, i dużo cienia przyrośnie w uboczy, nim się na polanie zjawi. Ale w rachubie mylił się o długo, bo to pono nie tak nogami mierzyć, jak oczami.
Wreszcie nużył się rachowaniem czasu i silił myśli ku czemu innemu. A łatwo było je oderwać, bo świat z wysoka drobniał jakoś; rozszerzał się, a malał. Zdawało mu się, że siedzi na chmurze, jak płanetnik, i patrzy z góry na ziemię. Przelatują popod nogi, jak znikające obrazy: wsie, miasta, góry, lasy, doliny, roztoki... Wszystko z ogromną szybkością pędzi i, jak te fale na rzece, ucieka bezpowrotnie. A oczy nieruchomieją od znużenia, od wirujących kołem świateł i tańczących barw.
Zadumywał się tak mocno, że się zapominał, gdzie jest, w jakiej nieznanej przestrzeni. Tracił się doznaku. I budził się dopiero, kiedy śmiech uderzył o jego uszy, albo głos wyraźny:
— Franku!
Hanusia stawała przy nim.
— Można cię ukraść, a nie będziesz wiedział... O czem ty tak myślisz wiecznie? powiedz...
On, zamiast odpowiedzi, wyciągał ręce po nią i sadzał ją na kolanach, jak dziecko nieletnie. Czasem się mu wyrywała, a niekiedy zlatywała ku niemu sama, jak oswojone ptaszę. Za każdym razem przynosiła jakąś nową pieszczotę nieznaną, że się aż Franek dumiał.
— Ty mnie musisz bardzo kochać...
— Bardzo. Ino o niczem nie myślij.
Nie lubiała, gdy się przy niej zadumywał o czemś. Raz nawet, stając przed nim, powiedziała wprost:
— Wiesz, Franek, czasem, to mi sie zdaje, że ty patrzysz na mnie, a nie widzisz mnie, tak, jakżeby ja szybą stanęła przed tobą, a ty jakbyś przez nią wypatrywał coś dalekiego za światem.
Poczęła mu czynić wymówki, aż jej przyobiecał, że nigdzie od niej myślą nie odejdzie, przynajmniej wówczas, gdy jest przy nim. Dotrzymywał słowa, nawet chętnie, bo go umiała zająć i rozbawić. Czas ulatywał przy niej, jak skrzydło popędzane wiatrem. Pozostawał tylko w myślach rozkoszny szelest uleciałych chwil. Rozmowy ich były puste, swawolne, jak figle dzieci, którym ojcowie jeszcze żyją.
— Kto bardziej kocha?
— Ja...
— Nieprawda, bo ja!
— Co ty robisz przez tydzień?
— Myślę o tobie... a ty?
— Ja taksamo.
— Żeby tak świat przed nami stanął...
— To co? Powiedziałbych mu, żeś moja...
— Nie ogoliłeś sie, widzisz, wyglądasz, jak cygan.
— Skądże ja tu, moja ty, brzytwę wezmę? Musiałbych chyba trzaskę ustrugać z gałęzi...
— Weź skąd chcesz, a pozbądź sie tych gwoździ kolących. Bo inaczej, to cię przestanę kochać... bedziesz widział!
Nie zważał na jej słowa, ani na opór słabych rąk, ale brał ją przemocą, sadzał na posłaniu z liści i całował bez upamiętania, aż do utraty tchu. Wiła się pod gorącem jego pocałunków i szeptała, jak we śnie, przymykając oczy:
— Mój! mój! mój!...
Cichość ich otaczała zewsząd. Czasem tylko, spadając, zaszeleściał rozkwitły owoc buka, rozgałęziającego się po nad nimi w górze; rósł na kraju polany, owinięty całem ciałem dookoła jedli, i tak się z nią doznaku spoił, że nie uznać było zdala, czy to buk, czy jedla; zdawało się patrzącemu, że to jedno drzewo.
Mrok już gęsty zapadał, kiedy Franek sprowadzał Hankę na dół wrębem, układając w głowie śpiewki coraz to cudniejsze.
I tak czas wartko upływał, mijały tygodnie, a pasterskiego ich kochania nic nie mąciło. Widywali się na wierchach o jednakim czasie i przeżywali coraz dłuższe chwile upojenia. Świat im ginął, zdawało im się, że nikogo, prócz nich, niema na całej przestrzeni.
Franek się coraz rzadziej zadumywał w sobie. Spostrzegła to radośnie Hanka i darzyła go pieszczotami, o jakich pojęcia nie miał. Widziało się, że cały tydzień ino o tem musi myśleć, jaką Frankowi na niedzielę zgotować pieszczotę. I dziwnie jakoś odmieniła się w sercu. Dawniej była w niej obawa, niepokój o jutro, a teraz to wszystko znikło, jak mgła się rozwiało.
Ile razy chciał Franek zacząć rozmowę poważną, a nawet o ojca spytać, przerywała mu pocałunkami, nie dając słowa wyrzec.
— Nie myślij o tem. Bedzie czas... Ino kochaj! kochaj!
Jakaś dziwna lekkomyślność ją opętała. Widniała z jej ócz roześmianych beztroska o przyszłość, czego dawniej nie widywał w niej, choć pragnął widzieć. Ukołysał się i on przy niej, odurzył, i nie myślał już o cieniach życia. Żył, jak w pół-śnie, pół-jawie, otoczony mgłą rozkoszną, która owijała jego myśli i na oczach osiadała niby wiotka pajęczyna babiego lata. Poddał się z ciekawością temu wrażeniu i ani czuł, jak ono powoli, zdradnie rozluźnia jego wolę i omotuje umysł. Wszystko, co czynił w tym czasie, zdawało mu się jakieś mgławe, nierzeczywiste, tymczasowe i dziwnie jakieś lekkie. Ani jedna myśl trapiąca nie nadeszła go teraz. Dziwił się sobie, tej przemianie złudnej, ale niepokoju nie czuł w sercu, ani wyrzutów nijakich. Gdzieś w jego duszy, na samem dnie odzywał się czasami o mroku jakiś przyduszony głos nieśmiałem ostrzeżeniem myśli. Ale go Franek uspokajał i pocieszał słowami: «Nie bój sie, to ino tymczasem... Potem inaczej wszystko sie ułoży. Jakże ja teraz mam inaczej żyć? No uważ se i powiedz. Niech sie ta już tak samo żyje do jakiegoś czasu».
W tem śnie-życiu obudziło go na chwilę parę wypadków.
W jedną niedzielę, z południa, jak zwykle, szedł na polanę oczekiwać Hanki. Minął wrąb i wszedł do gąszcza, zarosłego krajem, i tu niespodzianie całkiem nadybał Cyrka. Zabaczył o nim i nie myślał, że się tu jeszcze plącze. Stał on przy małej jedliczce, a obaczywszy Franka, przyłożył palec do ust i przez zaciśnięte zęby syknął:
— Tssst!
Franek też, podnosząc stopy, aby gałęzi nie łamać, zbliżył się cicho na palcach ku niemu.
— Czegoż to wypatrujecie? — spytał.
Ale Cyrek nie odrzekł, zapatrzony w górę. Dopiero po chwili szepnął:
— Ona tu zaraz przyleci, ino jej pozierać...
I patrzał w milczeniu dalej. Wreszcie, umęczywszy wzrok, opuścił głowę.
— Musiało ją cosi zajść... Kanyż idziecie?
— Na polanę.
— To was kawałek podprowadzę.
I ruszył z Frankiem, opowiadając po drodze:
— Ani pojęcia, jakie to stworzenia zmyślne! Co ja sie im też napatrzę! Nieraz mi zejdzie i do zmroku, dopokąd nie posną. Tyle gwary przez cały boży dzień po hańtym lasku, że sie osłuchać nieporada wszystkiego, co one pletą. Wygnaliście je z uboczy, to sie tu osiedliły. Ale i na nie bieda. Gałęzie rzadkie, padnie słota, to im dość pracy napsuje.
Opowiadał o gniazdach, zatopionych deszczem, o rozpaczy powodzian skrzydlatych za dziećmi.
— Muszą sie, wiecie, na nowo budować, i to sie ściągnie do jesieni. Zanim młode odchowają, to je mróz zapadnie. I znowu bieda...
— A wam sie jako wiedzie?
— E, tak ta, nie najgorzej... Ale te stworzenia, to już mają wieczne utrapienie z życiem... A tak biedactwo krótko żyje... Co też to ma za rozum! Żeby to między ludźmi tak... Ale nie warto i myśleć. Jak one se pomiędzy sobą gadają! Ha! ha! Żebyście sie przysłuchali...
— Wy już musicie znać trochę ich gwary?
— Ba! Dyć to nie wielga sztuka. Każdy może łacwo pojąć. Trza sie ino przysłuchać uważnie. Drózd naprzykład przeklina w ten sposób: — to rzekłszy, począł udawać głos chrapawy drozda: «Koninion, koninion, łysopol, łysopol, biczem go, łysego, popod brzrzuch!»
Franek stanął, zadziwiony, jakby wyraźnie drozda słyszał. Dopiero teraz pojął jego śpiewną gwarę.
A Cyrek, widząc niemałe zdumienie w oczach Franka, uśmiechnął się z pewną dumą i począł dalej udawać:
— Abo ludzi nawołuje: «Orać, orać, siać, siać, skródlić!» Abo znowu opowiada: «Mój brat, mój brat, w morzu siedział, ryby jadł!» A nie jednako opowiada, bo inszym razem: «Mój brat, mój brat, górował, owcarował, serr jadł!» Bo, widzicie, ma dwóch bratów. Jeden po wodach lata, a drugi po wierchach. A on jest trzeci, leśny. I tak różnie — czasem to go nie można nijak wyrozumieć, jak gada: «Śtuchlik! śtuchlik! śtuchlik! ciachciachok!» Kto wie, kany sie ta wyuczył takiej gwary. A jak widzicie, zawdy powtórzy jedno słowo po dwa i trzy razy. Ziemba, bo ino po naszemu: «Siej, siej, siej garzteckę siemieniaa!» A na końcu, to tak przyrznie, przytuży człowiekowi, żeby sie nie opuszczał na nic. Konopka znowu ma swoją filozofję, a jakże. Jak padnie na przednowku, mór idzie na bydło, i chłopa taka bieda ściśnie, że mu ostatnie cielę skapie, to wtedy, wiecie, konopka siędzie przed izbą na gałęzi i pociesza strapionego chłopa: «Nie bedzie, nie bedzie zdechłemu cielęciu nic!»... Takie to mądre...
Ponad głowami stojących przy lesie ze świstem skrzydeł przeleciał ptak ciężki i przepadł w ciemnych gałęziach smreczyny. Cyrek, który mu się w przelocie przyjrzał, począł się gorączkowo żegnać z Frankiem.
— Powiadałech wam zaraz, że ją musiało cosi zajść. Ona tu nigdy stąd nie wraca. Trza iść, uważyć, co takiego...
Franek, zaciekawiony jego powieściami, chciał go zatrzymać dłużej.
— To był grzywacz, zdaje mi sie — zagadnął.
— Grzywaczowa, moi drodzy. Bo on ma pióra czarne i wstążkę białą na podgardlu, a ona szara cała i ma korale białe pod szyją. Przecie widać... Oni sie wywodzą z drozdów. Ale nie mam czasu, moiściewy. Kiedyindziej, to wam opowiem i o nich. Ostańcie zdrowi.
I odszedł. Przepadł, jak echo, w lesie.
Drugi raz mniej przyjemne Franek miał spotkanie. Wracał z polany w niedzielę o mroku. Jeszcze nie było ciemno. Przeszedł roztokę, huczącą po skałach, wyszedł na polankę cichą, gdzie kiedyś spotkał pasące się sarny, i zdążał prosto do koleby. Naraz słyszy trzask gałęzi w kraju blizkim lasku — odwraca się i widzi łeb straszny, potworny. Wydało mu się w pierwszem mgnieniu, że to szatan stanął przed nim, albo jaki strach. Zatrząsł się cały, i nogi pod nim się ugięły. Ale w tej chwili poznał postać dzika. Lęk go nie odpadł z tej pewności, ogromne kły świecące zamajaczyły mu przed oczyma. Pomyślał, że już koszyk w pysku niesie na jego kości. I mimowoli obejrzał się za jaką ochroną — w te razy dzik charknął trwożnie i przepadł w ciemnościach. Słychać było jeno tupot i dudnienie ziemi.
Ochłonął, ale postanowił sobie nigdy tak próżno nie iść o tym czasie. I zawdy, gdy wychodził, brał ze sobą strzelbę. Idąc zaś do ścinania, ostawiał ją po drodze w wybutwiałej kłodzie.
Te zdarzenia jednak przeszły, jak coś powszedniego, nie ostawiając w jego sercu trwałego wrażenia. Przez oddalenie zszarzały i zeszły z jego pamięci.
Żył, jak w zaczarowanym kraju, śniąc jeno, że żyje. Całą uwagę jego pochłaniała myśl o minionej niedzieli i tej, co ma nadejść. Zatapiał się coraz bardziej w beztrosce leniwej i rozmarzał wyobraźnię rozkoszą kochania. To było jego snem i jawą i całem myśleniem. Jakiś urok czarowny padł na jego oczy i zamglił mu je tak doznaku, że nic nie mógł wyraźnie widzieć, prócz jedynie postaci ukochanej Hanki. Wszędzie za nim szła, zastępowała świat cały i nagością jaśniała przed nim, jak różowy wschód. I byłby się Franek uśpił pod promieniami jej ciała, gdyby nie przypomnienie, które go zerwało i obudziło moc czuwania, zaostrzając oczy.
Oto w jedną niedzielę, popołudniu, nie mogąc się doczekać Hanki na polanie, poszedł po wierchach dla rozrywki i zaszedł niewiedzący na szczyt Turbaczyka. Wierch ten górował nad inszymi, i widać było zeń dobrze wszystkie polany naokoło.
Franek stanął na szczycie i rozglądnął się. Naraz zadrżał i pobladł ze wzruszenia... Przed nim blizko, tak blizko, że prawie ręką sięgnąć, łysiało Czoło Turbacza, a na niem czernił się kamień.
Rakoczemu, jakby łuska opadła nagle z oczu. Wszystko się tak wyraźnie zarysowało przed jego wzrokiem, że się aż tej jasności niespodzianej przeląkł.
Kamień rósł, olbrzymiał w jego oczach, widać było mech żółty i litery duże. Rakoczy, stojąc w blizkości przed tym kamieniem, powtarzał:
— Lacki... Koldras Lacki...
Ale nie czuł, jak wonczas, lęku, ani trwogi, ino potęgę jakąś, w duszy swej uśpioną, którą to imię obudziło. Jakieś hasło z za grobu brzmiało w tem imieniu. Zdawało mu się, że zmartwychwstała Moc tak musi wołać.
Czuł się związanym jakąś tajemnicą z tym duchem blizkim, a nieznanym, i ślubem wielkim, który musi spełnić. I czuł jakoby dwie połowy siebie. Jedna umarła — ta nieznana — a druga w nim żyje. Myślą nawet rozdzielał, szepcąc:
— Koldras — Lacki...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.