<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Le Rouge
Tytuł Więzień na Marsie
Podtytuł Powieść fantastyczna z rycinami
Wydawca Nakładem M. Arcta w Warszawie
Data wyd. 1911
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Kazimiera Wołyńska
Tytuł orygin. Le Prisonnier de la planète Mars
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


W wiosce marsyjskiej.

Całość wyglądała na rysunek dziecinny, naiwny w pomyśle i wykonaniu. Było to zbiorowisko chat nizkich, okrągłych, pokrytych plecioną trzciną, bez śladu kominów.
Staw, na brzegach którego stały te lepianki, pokryty był stadami kaczek i nadzwyczaj tłustych ptaków, podobnych do pingwinów, czyli tłuścieli. Po drugiej stronie, trzęsawisko było podzielone trzcinowemi opłotkami na pola, gdzie rosły w obfitości wodne kasztany, rzeżucha i nenufary o liściach szerokich i korzeniach jadalnych.
Całość robiła wrażenie kultury zastosowanej do przyrody.
Mieszkańcy, siedzący przed drzwiami chat, lub zajęci różnemi robotami, przedstawiali widok szczególny i zabawny.
Byli oni wzrostu dziesięcioletnich dzieci, przy nadzwyczajnej tuszy, z beczkowatemi brzuchami. Twarze ich okrągłe, świeże i różowe, otoczone włosami i brodami mocno rudemi, miały uśmiech nieco głupkowaty, stale jaśniejący na ich pełnych, dobrodusznych obliczach. Nosy ich ginęły prawie wśród gąbczastych policzków, a małe, nieco zamglone oczy, wznosiły się ukośnie ku skroniom.
Co do dzieci, to te wyglądały jak bryły tłuszczu, lub jak drób dobrze utuczony na jaką uroczystą ucztę.
Bawiły się powoli i niezgrabnie z oswojonemi kaczkami oraz dwoma rodzajami zwierząt wąsatych, z których jedne były podobne do fok a drugie do wydr.
Były też tam wielkie szczury wodne, siedzące na tylnych nogach na dachach domów, lub biegające między ludźmi, oswojone z niemi zupełnie.
Na żerdziach położonych na utkwionych w ziemi widełkach, siedziały ptaki wielkie z rodzaju kormoranów, o czerwonych dziobach i łapach.
Ubiory ludzi były również szczególne. Wszyscy mieli długie, grube suknie, utkane z różnobarwnych piór, na głowach rodzaj wysokich, spiczastych czapek, zrobionych z najdłuższych piór dzikich gęsi, związanych u góry i dołu cienkiemi rzemyczkami.
Niektórzy (zapewne żeglarze lub robotnicy) mieli oprócz sukien okrycia z kapturami, które zdobiły rysunki kolorowe; wśród nich Robert ze zdziwieniem rozpoznał rysunek wampira, zwyciężonego przezeń zeszłej nocy.
Wszystkie te istoty, otulone w ubrania z piór, miały ruchy ciężkie i niezgrabne, poruszały się powoli. Wydały się Robertowi bardzo podobnemi do błotnych ptaków, żyjących w ich sąsiedztwie.
— To są prawdziwe pingwiny z ludzkiemi twarzami — pomyślał.
Lecz te stworzenia, choć tak pierwotne, naiwne, niezgrabne, były jednak ludźmi! Radość rozsadzała mu piersi, serce biło gwałtownie, a oczy zachodziły łzami... Miał ochotę uściskać serdecznie tych wszystkich tłuściochów bez wahania, jak przyjaciół, odzyskanych po długiem niewidzeniu. Czuł, że go los zetknął z ludźmi naiwnymi i dobrymi — może byli nieco głupi, miał jednak dla nich sympatję i litość.
— Biedacy! — zawołał, przypatrując się wiosce — nie znają użytku ognia, a więc zapewne i kruszców.

Gwałtowne wzruszenie go ogarnęło i nasunęło moc humanitarnych projektów. W kilka tygodni, może miesięcy, da poznać tym grubasom wszystkie zdobycze cywilizacji, na które się składały miljony pokoleń na ziemi. Czuł się istotą wyższą od nich i nie miał najmniejszej obawy.
Mieszkańcy, siedzący przed drzwiami chat, przedstawiali widok szczególny i zabawny.
Nakoniec, wolnym krokiem, uśmiechnięty, z wyciągniętemi rękami, zbliżył się do starszych mieszkańców wioski.

W ich mózgach otłuszczonych i z trudnością zdobywających się na myśl, zdziwienie jeszcze nie zdążyło w strach się zamienić, gdy już Robert był między nimi. Wciąż uśmiechnięty, popieścił dzieci, rozdał przyniesione kawałki mięsa starszym, w końcu usiadł na darniowej ławce przy drzwiach chaty, jak człowiek zadowolony z życia i ukończenia podróży, która go przywiodła pomiędzy przyjaciół.
Otyły staruszek, którego szata, zielona z przodu a bronzowa na plecach, czyniła podobnym do olbrzymiej, tłustej kaczki, zbliżył się do Roberta z ruchami uspokajającemi i dotknął jego bawełnianej opończy.
— Zapewne się lituje nade mną, że jestem tak licho przyodziany — pomyślał Robert.
Stary Marsyjczyk, za którym skupiła się cała ludność wioski, zdumiona i uśmiechnięta, zdawał się najbardziej zdziwionym wielką chudością przybysza; wyraził mu też swoje współczucie, dotykając pulchnych policzków swoich i zaokrąglonej postaci.
Następnie wyrzekł kilka zdań, których wyrazy pojedyncze zdały się Robertowi utworzonemi wyłącznie z samogłosek — i dwie młode dziewczyny, ubrane w białe pióra, z włosami uwięzionemi w workach ze skóry, przyniosły koszyki plecione z sitowia, napełnione świeżemi, różowo-zielonemi jajami, kawałkami surowego mięsa, oraz kasztanami wodnemi. Przyniesiono też wydrążony pieniek drzewa, pełen słodkiego soku z korzeni nenufarów, nakoniec w małym koszyczku z czerwonej wikliny, nieco soli na którą zwracały się pożądliwe spojrzenia całego zgromadzenia, jako na największą ozdobę tej szczególnej uczty.
— Oto nieszczęśliwi, którzy nie znają gotowanego jedzenia, a sól uważają za przysmak... Ale to się da zmienić — nie upłynie pół roku, a muszą poznać dzieła Brillat-Savarin’a, Carême’a i barona Brisse!
Dziecinna myśl sprzedawania Marsyjczykom dzieł tych sławnych smakoszów, w ozdobnych wydaniach, dała mu kilka chwil szalonej wesołości. Opanował ją jednak, przypomniawszy sobie, iż powinien się zabrać do ofiarowanego mu jedzenia, co też i uczynił, dla zrobienia im przyjemności choć głodnym nie był.
Wywołało to niezmierną, hałaśliwą wesołość obecnych.
Ich radość nie miała granic, kiedy Robert, chcąc użyć po tej niestrawnej uczcie nieco ruchu, wziął za rękę staruszka w zielonobronzowych piórach, oraz młodą dziewczynę, która mu jedzenie przynosiła i poszedł między niemi, aby obejrzeć wioskę.
Oswojone foki i wydry, rozciągnięte na brzegu wody, dały mu się głaskać; wielki szczur wodny, wdrapawszy się na ramię Roberta, pociągał go lekko zębami za ucho, a duże, poważne kormorany chwytały dziobami jego bawełnianą opończę. Tłum kobiet i pucołowatych dzieci towarzyszył tej trójce, patrząc na przybysza z ciekawością, pełną życzliwości i uszanowania.
Żaden król lub prezydent rzeczypospolitej, odwiedzając kraj zaprzyjaźniony, nie czuł się dumniejszym od Roberta — a nawet jego położenie było o tyle wygodniejszem, iż nie potrzebował się obawiać bomb anarchistów! Zostawił nawet swój łuk, strzały i maczugę na ławce darniowej przed chatą, gdzie poprzednio siedział.
Tymczasem słońce wznosiło się coraz wyżej, jednak Marsjanie, pomimo swych puchowych ubrań, wygrzewali się w jego promieniach na progach swych chat, błogo uśmiechnięci.
Robert spostrzegł ze zdziwieniem, iż około trzydziestu ludzi było bardzo zajętych budową nowej chaty. Wkopawszy w ziemię cztery bukowe słupy, pletli teraz ściany i dach z trzciny, powoli, lecz z wielką uwagą i pilnością, co w robocie bywa nieraz lepszem, niż nerwowy pośpiech. Staruszek w bronzowych piórach wytłomaczył Robertowi na migi, iż mieszkanie to miało być dla niego przeznaczonem, czem ten ostatni uczuł się wzruszonym i rozrzewnionym.
— Oto dzicy — pomyślał — którzy przechodzą cywilizowanych ludzi dobrocią i delikatnością!
I wstyd go ogarnął na wspomnienie walk o pieniądz i potęgę, wszystkich okrucieństw, jakich widownią jest Ziemia... Uczuł jednak pewną dumę, myśląc, jak hojnie będzie mógł obdzielić różnemi umiejętnościami tych biedaków, którzy nie znali nawet użytku ognia, żywiąc się surowem mięsem i takiemiż roślinami.
Zauważył, iż mowa tubylców składa się wyłącznie z samogłosek, lecz chciał wiedzieć imiona starca i dziewczyny; pocałował ją więc w rękę (co jej zdawało się być nader przyjemnem) i po długiej mimice dowiedział się, iż imię jej było Eoja.
Następnie z równą grzecznością zapytał staruszka, na co otrzymał uśmiech i odpowiedź: — Uau!
Powtórzenie tych imion przez Roberta rozradowało ich posiadaczy: śmieli się dobrodusznie i głaskali go po twarzy.
Nagle powstał wielki ruch w wiosce. Na łodziach, uplecionych z trzciny i okrytych zewnątrz skórami fok, przypływali ludzie, przywożąc worki różnych jadalnych korzeni i stosy zwierzyny, którą to żywność kobiety i dzieci rozdzielały z wesołością i śmiechem między wszystkich mieszkańców wioski.
— Szczęśliwi ludzie! — wykrzyknął Robert — nie znają uczucia posiadania czegobądź na własność, a zatem i różnych walk i nieszczęść, jakie ono za sobą pociąga!
Usiadł na ławie darniowej przed swojem przyszłem mieszkaniem, lecz Uau, zbliżywszy się do niego, dał mu znak, aby szedł za nim. Zaprowadził go na koniec wioski, gdzie wznosił się rodzaj szopy z gliny i gałęzi: w głębi widniały zarysy jakiejś wstrętnej postaci.
Bożyszcze to przedstawiało z przerażającą wiernością wampira, podobnego temu, który napastował Roberta.
Tułów był wyrobiony z drzewa, a skrzydła, podtrzymywane cienkiemi gałęziami, były umalowane na kolor żółto-brudny mieszaniną jakiejś delikatnej gliny z tłuszczem. Głęboko osadzone oczy, krótki, jak u buldoga, nos, potężna paszcza — wszystko czyniło tę twarz straszliwą i oddane było ze ścisłością drobiazgową.
Lecz, co najdziwniejsza, u stóp wzniesienia w kształcie ołtarza, na którym był umieszczony ów ohydny bożek, były poprzywiązywane przy palach wbitych w ziemię — różne zwierzęta i ptaki. Były tam wszystkie gatunki zwierząt i ptaków, od fok i kormoranów, do szczurów: słowem, okazy całej fauny tego kraju.
Robert spostrzegł tam nawet zwierzę, którego dotąd na tej nowej planecie nie spotkał: był to gatunek wołu, na nogach bardzo nizkich, z końskim ogonem i rogami niezmiernej wielkości. Było ono podobnem do yaka, żyjącego w Himalajach, do antylopy gnu, oraz kanadyjskiego wołu piżmowego.
Wszystkie te zwierzęta na uwięzi, ryczały, wyły, piszczały, co razem tworzyło zespół ogłuszający.
Widok ten dał poznać Robertowi, iż wampiry były dla mieszkańców tego kraju pasożytnemi bóstwami, którym musiano poświęcać najlepsze sztuki bydła i zwierzyny; w razie przeciwnym sami stawali się ofiarami tych krwiożerczych potworów.
Znać było zresztą po wytrzeszczonych ze strachu oczach Marsjan, po drżeniu, jakie ich przejmowało pomimo puchowych ubrań, jak się lękali tych groźnych straszydeł.
Robert zapytał na migi staruszka o imię tego bożka.
— Erloor! — odrzekł bojaźliwie Uau.
To posępne imię zastanowiło Roberta. Dotąd we wszystkich słowach Marsjan słyszał wyłącznie samogłoski — w tej jedynej nazwie usłyszał spółgłoski. Dlaczego tak było?...
Zamyślony, dał się zaprowadzić do drugiej podobnej świątyni, gdy wtem myśl nagła przejęła go strachem i niepokojem.
— Mój ogień! Pewnie go wampiry zagasiły!...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Le Rouge i tłumacza: Kazimiera Wołyńska.