<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Le Rouge
Tytuł Więzień na Marsie
Podtytuł Powieść fantastyczna z rycinami
Wydawca Nakładem M. Arcta w Warszawie
Data wyd. 1911
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Kazimiera Wołyńska
Tytuł orygin. Le Prisonnier de la planète Mars
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Klisze.

W ośm dni po śmierci Fara-Sziba, kapitan Wad i Ralf znajdowali się w pięknym kjosku w ogrodzie przy mieszkaniu rezydenta, popijając chłodzące napoje.
Obok nich w wygodnym fotelu siedziała blada jeszcze, lecz już prawie zdrowa miss Alberta.
Troje tych ludzi łączyła prawdziwa przyjaźń. Im więcej mówili o Robercie i zastanawiali się nad jego sprawą, tym większą mieli pewność, że zdołał dostać się na Marsa, urzeczywistniając cudowny sen mędrca, poety, lub szaleńca.
Tysiące drobnych, nieznaczących okoliczności, zebranych razem, stawały się poważnemi dowodami.
Kapitan wznowił prowadzone przedtem dochodzenia w sprawie katastrofy w klasztorze, a umiejętne badanie braminów, wyświetliło wielką część prawdy.
W laboratorjum podziemnem, zajmowanem niegdyś przez Roberta, odnalazł notatki, dorywcze szkice i plany, w których projekt inżyniera zarysowywał się wyraźnie.
Ralf nie widział teraz nic nadzwyczajnego w tajemniczym liście, znalezionym w swoim pokoju — co uważał dotąd za fakt niewytłomaczony.
Natomiast zaciekawiło go niesłychanie kilka wierszy napisanych ręką Roberta w kajecie z różnemi notatkami:

«Dziś, za pomocą magicznych zwierciadeł, których mechanizm nie zawiera dla mnie nic nadprzyrodzonego, Ardavena zdołał mi ukazać moją drogą Albertę... Jestem pewnym, iż nie zapomniała o mnie, lecz doznałem z tego powodu strasznego wstrząśnienia i jestem na kilka dni niezdolnym do pracy...

Miss Alberta, której Ralf wręczył ów kajet, uważając to za swój obowiązek, była temi słowami silnie wzruszoną.
— Wiedziałam o tem — szepnęła — że Robert nie mógł mnie zapomnieć i myśli nasze były nawzajem przy sobie; o, my go odnajdziemy! Jeśli rzeczywiście udało mu się przebyć otchłanie eteru i dosięgnąć Marsa, dlaczego nie mielibyśmy pójść za jego przykładem? Dlaczego nam się nie ma udać to samo, czego on już dokonał?
Kapitan ruszył głową z milczącem powątpiewaniem.
— Nie — rzekł Ralf — to jest niemożebne! Robert zapewne korzystał z takiego zbiegu okoliczności, który już nigdy więcej się nie powtórzy.
— Zobaczymy! — szepnęła miss Alberta w zamyśleniu.
W tej chwili gong przy drzwiach domu zadźwięczał, oznajmiając czyjeś przybycie i kilku strwożonych służących przybiegło do kjosku, gdzie się toczyła powyższa rozmowa.
— Kapitanie — rzekł jeden z nich — aresztowano więźnia, którego cipajowie (żołnierze krajowcy) tu prowadzą...
— Więźnia? — zawołał kapitan niezadowolony: czyż mię potrzeba tem nudzić? Zapewne jakiś złodziej ryżu lub patatów!
— To nie krajowiec — nalegał służący — nie kłopotalibyśmy pana taką drobnostką... to Europejczyk i z pewnością szpieg! Mówi po angielsku ze szczególnym akcentem, odziany nędznie... przytem miał przy sobie mnóstwo bardzo dziwnych fotograf]i.
— Dobrze, żeście mi o tem powiedzieli — rzekł kapitan, przejęty ważnością swego obowiązku — niech go tu przyprowadzą, a sam wybadam go natychmiast. Zdaje mi się jednak — dodał po odejściu służącego — że mamy do czynienia z jakimś międzynarodowym włóczęgą, od jakich żaden kraj nie jest wolnym...
— Otóż i on! — rzekł Ralf.
Cipajowie prowadzili przez ogród człowieka z długą, jasną brodą i niebieskiemi oczami: był rzeczywiście nędznie ubrany, okryty kurzem i zdawał się bardzo znużonym.
Jednak pomimo swego smutnego wyglądu, miał swobodę i szlachetność ruchów, uderzającą zaraz na pierwszy rzut oka.
Ku wielkiemu zdziwieniu obecnych, na widok miss Alberty, wydał okrzyk radości, wznosząc mimowolnie ręce, przyczem kajdany jego zabrzęczały, następnie rzekł, składając ukłon głęboki.
— Wszakże to pani, miss Téramond? Jakże szczęśliwym jestem, żem panią odnalazł! Coprawda, dopomogło mi to, że obecnie portret pani zdobi pierwszą stronę wszystkich pism ilustrowanych!
Kapitan sądził, iż ma przed sobą jakiegoś głodomora, który, dowiedziawszy się przypadkiem o bytności bogatej miss Alberty w Indjach, pozwolił się zaaresztować, byle mieć sposobność zbliżyć się do niej dla uzyskania wsparcia.
— Dosyć! — przerwał surowo — tu ze mną będziesz miał do czynienia! Ostrzegam cię tylko, że jeśli to jest jakaś niewczesna komedja, toś się źle wybrał! Jakie posiadasz dowody lub papiery?
— Moje papiery — rzekł nieco żartobliwie przybysz — to książeczka skazańca, drukowana na żółtym papierze... jestem w zupełnym porządku!
— Cóż to za żarty? — spytał kapitan, marszcząc groźnie brwi.
— Wcale nie żarty — odparł więzień, z nieco drwiącym spokojem — tylko nie przypuszczałem, aby liberalna Anglja miała wydawać skazańców politycznych obcej narodowości, którzy na jej ziemi szukają schronienia...
— Jeśli jest tak, jak mówisz, możesz pan być spokojnym — mruknął kapitan, dotknięty w swej narodowej próżności — rozpatrzę wkrótce tę sprawę, ale muszę wiedzieć, kto pan jesteś, skąd pochodzisz, jak się nazywasz?
Więzień nie zdawał się zwracać najmniejszej uwagi na groźny głos, którym kapitan wypowiadał te słowa.
— Przybywam z Syberji — rzekł spokojnie. — Jestem uczonym, z pochodzenia Polakiem, nazywam się Boleński.
Fotel na biegunach, na którym siedział Ralf, zakołysał się gwałtownie. Przyrodnik zerwał się na równe nogi.
— Boleński! — zawołał: — Już wiem... wiem! Czy to nie pan pracowałeś z pewnym francuskim inżynierem, nazwiskiem Darvel, nad sygnałami świetlnemi, dla porozumiewania się z mieszkańcami Marsa?
Ta jedna chwila wystarczyła kapitanowi, aby odrzucić urzędową i sztywną minę, jak niepotrzebną maskę.
Słuchał teraz życzliwie i z najwyższem zajęciem.
— Tak jest! — zawołał podróżny. — Nareszcieśmy się porozumieli... Coprawda, z trudem to przyszło!
Kapitan spojrzał wymownie na stojących nieruchomo cipajów i zrobił nieznaczny ruch ręką. Ich bronzowe twarze, odbijające od białego ubrania, pozostały niewzruszone, lecz zbliżyli się do więźnia, którego kajdany natychmiast opadły, a kapitan podsunął mu własnoręcznie wygodny fotel.
Ku wielkiemu zdziwieniu miss Alberty, ta zmiana obejścia gospodarza nie wywarła żadnego wrażenia na Boleńskim; był widocznie pochłonięty jakąś inną, wyłączną myślą.
— Musiałem panią odnaleźć, ponieważ mam do zakomunikowania nadzwyczaj ważne wiadomości. Nazwisko pani nie jest mi obcem: ileż to razy, podczas naszego wspólnego pobytu na Syberji, wymawiał je mój przyjaciel Darvel! Jak to pani może wiadomo, zostałem wkrótce aresztowanym i osądzonym na ciężkie roboty, które podzielałem z moimi współziomkami. Przerwanie naszych badań w celu zawiązania stosunków międzyplanetarnych było dla mnie prawdziwem nieszczęściem! Niedawno jednak udało mi się uciec; dostałem się do Japonji, gdzie zarabiałem na życie, jako zarządzający zakładem fotograficznym. Nie wiedziałem, co się dzieje z Robertem — zamiarów naszych jednak się nie wyrzekłem. Rozporządzając olbrzymiemi aparatami, które udało mi się jeszcze ulepszyć, otrzymałem z Marsa nadzwyczaj wyraźne klisze.
— Gdzie one? — spytała szybko Alberta, ogarnięta silnem wzruszeniem.
— Pokażę je pani natychmiast po oddaniu ich przez żołnierzy, którzy mię tu przyprowadzili...
— Do licha! — przerwał kapitan — zapewne te marsyjskie zdjęcia stały się powodem, iż moi zbyt gorliwi żołnierze wzięli pana za szpiega!
— Naturalnie: klisz tych było około setki, a miałbym ich o wiele więcej, gdyby chytrzy poddani Mikada, obeznawszy się dostatecznie z fotografją kosmograficzną, nie udzielili mi dymisji, bez żadnego powodu.
Tegoż dnia, gdym czekał na statek, odpływający do San Francisco, wpadł mi do ręki numer jakiegoś przeglądu, zawierający szczegóły bjograficzne o Robercie, oraz portret miss Téramond. To zmieniło moje postanowienie: zamiast do San Francisco, udałem się do Karikal, dokąd przybywszy, znalazłem się bez grosza. Po wielu wysiłkach, wielu niebezpieczeństwach — nareszcie odnajduję panią!
— Pańskie współpracownictwo będzie dla nas bardzo cennem — rzekł Ralf, zbliżając się do Boleńskiego. — Robert Darvel musiał panu wspominać o swym przyjacielu, Ralfie Pitcher’ze?
— O, po tysiąc razy, w różnych okolicznościach! Podczas, gdy ci dwaj ludzie, pociągnięci ku sobie szczerą sympatją, zamieniali serdeczny uścisk dłoni, służący wniósł małą, zniszczoną, ręczną walizkę.
— Moje fotografje! — zawołał Boleński z oczami, błyszczącemi radością.
I otworzywszy ją z gorączkowym pośpiechem, zaczął wybierać stamtąd mnóstwo nienaklejonych jeszcze na tekturki odbitek; na wszystkich występowała wyraźnie ciemna planeta, poprzecinana jaśniejszemi linjami kanałów Schiaparellego.
Jednak na pierwszy rzut oka, fotografje te nie wyróżniały się niczem nadzwyczajnem.
— Ależ państwo tu nie widzicie rzeczy najważniejszej — zawołał Boleński z zapałem. — Proszę tu spojrzeć: ten jasny punkcik, a po nim linijka; a na tej odbitce: kropka i dwie kreski!
— Cóż to ma być? — spytała miss Alberta.
— Nie rozumiecie państwo telegraficznego alfabetu Morse’a? Przecież to niezbicie dowodzi obecności na tej planecie człowieka, przesyłającego Ziemi swoje sygnały — a nie może nim być nikt inny, prócz — Roberta Darvela!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Le Rouge i tłumacza: Kazimiera Wołyńska.