<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VIII.

Stary przyjaciel.

Teraz skierowaliśmy się w przyjemną drożynę, gdzie gałęzie ogromnych platanów stykały się niemal po nad głowami; poza platanami wznosiły się blizko obok siebie nizkie domki.
— To jest Long Acre — objaśnił Dick — zatem ongi musiało tu być pole zbożowe. Jakże to dziwne, że miejscowości takie podlegają zmianie, a mimo to zachowują swe dawne nazwy! Patrz pan jeno, jak te domy stoją gęsto! a mimo to budują jeszcze nowe!
— Tak — rzekł staruszek — ale zdaje mi się, że pola zbożowe musiały być zabudowane w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. Słyszałem, że w tej okolicy znajdowała się właśnie najgęściej zabudowana część miasta, ale tu właśnie muszę już zsiąść sąsiedzi; pragnę odwiedzić przyjaciela, mieszkającego w ogrodach poza tem Long Acre. Gościu, bądź zdrów i niech ci się powodzi.
Zeskoczył i poszedł mocnym krokiem, jak gdyby był młodym człowiekiem.
— Ileż lat może mieć ten sąsiad? — spytałem Dicka, gdyśmy go już z oczu stracili; widziałem bowiem, że jest stary, a mimo to robił wrażenie sędziwego ale tęgiego dębu; nie byłem przyzwyczajony do takiego typu starego mężczyzny.
— O, zdaje mi się mieć około dziewięćdziesiątki — odparł Dick.
— Jakże musicie być w takim razie długowieczni! — zawołałem.
— Zapewne — odparł Dick — przeszliśmy siedmdziesiątkę starej żydowskiej księgi przysłów. Ale to odnosiło się do Syryi, kraju suchego i gorącego, gdzie ludzie żyli prędzej niżeli w naszym umiarkowanym klimacie. Mnie się zdaje, że to nie wiele znaczy o ile człowiek jest zdrów i szczęśliw jak długo żyje. Ale, teraz, gościu, jesteśmy tak blizko mieszkania mego starego krewniaka, że według mnie powinieneś wszystkie dalsze pytania zachować dla niego.
Zrobiłem potakujący ruch głowy; zwróciliśmy się na lewo i zjechaliśmy po ładnym stoku wśród pięknych ogrodów różanych. Sunęliśmy dalej a Dick ściągnął na chwilę cugle, gdyśmy przejeżdżali w poprzek długiej prostej drogi, po obu stronach której znajdowały się tu i ówdzie rzadko rozsiane domy. Kiwnął dłonią na prawo i na lewo i rzekł:
— Holborn po tej stronie, Oxford Road po tej.
— Była to niegdyś bardzo ważna część miasta po za starymi wałami rzymskiej i średniowiecznej osady; wielu z feudalnej szlachty średnich wieków posiadało, według tradycyi, wielkie domy po obydwóch stronach Holborn. Przypominasz pan sobie zapewne, że dom biskupa Ely jest wspomniany w sztuce Shaekespeare’a „Król Ryszard III“; resztki tego domu pozostały do dziś dnia. Obecnie atoli, skoro stare miasto zupełnie zginęło, ulica ta nie posiada dawnego znaczenia.
Pojechaliśmy dalej, a ja uśmiechnąłem się zlekka na myśl, że dziewiętnasty wiek, o którym tak dużo się mówiło, nic nie znaczył w pamięci tego człowieka, co czytał Shaekespeare’a i nie mógł zapomnieć średnich wieków.
Przejechawszy przez drogę, znaleźliśmy się na wązkiej drożynie wśród ogrodów i wydostaliśmy się znowu na szeroką drogę, po której jednej stronie znajdował się długi i wielki budynek, stojący frontem do drogi, a tworzący wyraźnie drugą grupę budynków publicznych. Naprzeciwko rozciągała się znaczna przestrzeń zieleni bez muru lub jakiegokolwiek płotu. Przejrzałem poprzez drzewa i spostrzegłem portyk ze słupami całkiem mi znany — było to bowiem Muzeum Brytańskie. Widok ten zaparł mi oddech; ale mimo to milczałem i pozwoliłem mówić Dickowi.
— Tam oto jest Muzeum Brytańskie, gdzie mój pradziadek przeważnie mieszka; tak więc nie będę o niem wiele mówił. Budynek na lewo to targ muzealny (Muzeum Market); zdaje mi się, że opłaci się nam zajrzeć do wnętrza na kilka minut; siwek spragniony jest spoczynku i owsa; przypuszczam przytem, że większą część dnia zechcesz się pan zatrzymać u mego krewniaka; prawdę mówiąc, spodziewam się tam spotkać kogoś, kogo szczególniej pragnę widzieć i z kim pragnę dłużej pogadać.
Zarumienił się i westchnął, nie zupełnie z przyjemnością, jak mi się zdawało; nie odezwałem się oczywiście ani słowem, on zaś skierował konia pod sklepienie, prowadząc na wielki brukowany czworobok, mający w każdym rogu po jednym klonie, a w środku piękną fontannę. W pobliżu fontanny wznosiło się kilka straganów, pokrytych jaskrawemi zasłonami płóciennemi w paski, wokoło których poruszali się swobodnie jacyś ludzie, przeważnie kobiety i dzieci, przyglądając się rozłożonym towarom. Parter budynku wokoło czworoboku zajmowała szeroka arkada, której fantastycznej lecz pełnej siły architekturze nie mogłem się dość nadziwić. Tutaj także znajdowała się pewna ilość ludzi bądź to przechadzających się, bądź też siedzących i czytających.
Dick rzekł do mnie jakby tłomacząc się: — Tutaj równie dobrze jak i gdzieindziej mało jest pracy dzisiaj; w piątek widziałbyś pan tłum, wesoły tłum, po południu zaś zwykle gra muzyka koło fontanny. Zdaje mi się atoli, że będziemy mieć nie złe zgromadzenie w czasie popołudniowego posiłku.
Przejechaliśmy przez czworobok, a pod pięknem sklepieniem dostaliśmy się do obszernej, ładnej stajni po przeciwnej stronie, gdyśmy szybko umieścili starego siwka, uszczęśliwiając go owsem, potem zawróciliśmy i przeszliśmy z powrotem przez targ, przyczem zdawało mi się, że Dick popadł w zamyślenie.
Zauważyłem, że ludzie przyglądali mi się pilnie, czemu się nie dziwiłem, porównawszy moje ubranie z ich strojem; ale ilekroć razy spojrzałem na kogokolwiek, każdy, witał mnie uprzejmym uśmiechem.
Poszliśmy prosto na frontowe podwórze muzealne, gdzie z wyjątkiem tego, iż sztachety zniknęły, a miejsce ich zajęły szemrzące gałęzie, nic nie uległo zmianie; te same gołębie fruwały dokoła budynku siadając na gzymsach tak, jak to czyniły dawniej.
Dick stał się nieco roztargniony, ale mimo to nie mógł się wstrzymać od przemówienia do mnie:
— Jest to szpetny stary budynek, nieprawdaż? Wielu pragnęło zburzyć go i przebudować; i jeżeliby istotnie miało zabraknąć pracy, to może być, iż to zrobimy jeszcze. Ale pradziadek mój objaśni pana, że nie byłaby to taka łatwa robota; ponieważ wewnątrz znajdują się cudowne zbiory wszelkiego rodzaju starożytności, obok tego zaś biblioteka, zawierająca mnóstwo niesłychanie pięknych książek, między któremi znajdują się autentyczne zapiski, tekst starożytnych książek i tym podobne historye; obawa a nawet ryzyko, połączone z przenoszeniem tych zbiorów, uratowały do tej pory budynek. Zresztą, jak poprzednio wspomniałem, nie źle jest mieć zabytek tego, co nasi ojcowie nazywali ładnym budynkiem. Przedstawia on bowiem mnóstwo pracy i materyału“.
— O tak — odparłem — zupełnie się na to godzę. Ale czy nie należy się nam teraz pospieszyć dla zobaczenia się z pańskim pradziadkiem?
Nie uszło mojej uwagi, że Dick rozmyślnie ociągał się. Mimo to odparł:
— Tak, wejdziemy do budynku w tej chwili. Krewniak mój jest za stary na to, żeby wykonywał dużo pracy w muzeum, gdzie był kustoszem biblioteki przez wiele lat; ale mimo to spędza tu dużo czasu; zaiste zdaje mi się — dodał z uśmiechem — że uważa siebie — za część książek, lub książki za część siebie samego.
Zawahał się jeszcze chwilę a potem zarumienił się i ująwszy mnie za rękę, rzekł:

— Chodźmy więc! — i poprowadził ku drzwiom jednego ze starych mieszkań urzędniczych.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.