Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom V/XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom V
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1894
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XX.

Odwidził Piotra dnia pewnego w godzinie południowej pułkownik Berg. Był w mundurze galowym wystrojony, cały woniejący, z faworytami krótko przystrzyżonemi na wzór cara.
— Byłem u pani hrabiny — przemówił zaraz na wstępie z najsłodszym uśmiechem. — Nie raczyła jednak przyjąć moich zaprosin. Spodziewam się, że pan hrabia dasz mi łaskawszą odpowiedź.
Bestużew znał Berga tak samo, jak wszystkich prawie w Moskwie i Petersburgu. Odpowiedział nie mniej z całą uprzejmością:
— Czem mogę służyć panu pułkownikowi? Jestem na jego rozkazy.
— Urządziłem się już najzupełniej w nowem pomieszkaniu — zaczął Berg mówić w przekonaniu, że każdy będzie uszczęśliwiony tą wiadomością tak niesłychanie interesującą. — Otóż pragnąłbym uświęcić tę okoliczność, wyprawiając skromną herbatkę, dla wspólnych przyjaciół moich i mojej żony. Przyszedłem więc zaprosić państwa hrabstwa na wieczór... z kolacją.
W końcu tej przemowy, uśmiech najwyższego zadowolenia, zajaśniał na ustach pana pułkownika.
Helena uważając — „Jakichsić tam Bergów“ — za niższych od siebie, odmówiła niestety zaprosinom, mimo programu tak ponętnego, który zapowiadał z góry herbatę... z kolacją! Berg potrafił wytłumaczyć Piotrowi tak jasno i dobitnie, dla czego pragnie zgromadzić u siebie towarzystwo dobrane, na co mu to potrzebne i pożądane, z jakiego powodu, on nie lubiący wcale wyrzucać daremnie pieniędzy, gotów ponieść znaczne nawet wydatki, skoro idzie o przyjęcie u siebie osób z wielkiego świata, że Bestużew był niejako zmuszony przyjąć zaproszenie.
— Tylko nie zbyt późno panie hrabio, nieprawdaż?... Przed ósmą, jeżeli śmiem prosić... Będzie nasz jenerał... Bardzo łaskaw na mnie... Będzie partyjka i kolacyjka wyborna!... Liczę zatem na pana hrabiego.
Piotr spóźniający się wszędzie i zawsze, tym razem stawił się u Bergów jeszcze o cały kwadrans wcześniej, niż był proszony.
Berg z żoną ukończywszy wszelkie przygotowania, czekali gości zaproszonych w salonie, oświetlonym à giorno, i przyozdobionym obrazami i posążkami z bronzu i alabastru. Usiadł obok Wiery na otomanie, w mundurze prosto z igły, lśniącym i nowiusieńkim jak całe domu urządzenie. Tłumaczył żonie szeroko i długo, jak są niezbędne w życiu podobne stosunki towarzyskie, z osobistościami wpływowemi i na wyższem niż nasze stanowisku. Wtedy tylko można spodziewać się czegoś i korzystać z ich protekcji.
— Zresztą — kończył swój wykład — znajdziemy zawsze coś do naśladowania, poprosimy o coś. Żyłem w ten sposób odkąd otrzymałem pierwszą rangę. — (Berg nie liczył nigdy na lata, ale podług rang coraz wyższych i awansu.) — Popatrz na moich towarzyszów. Wszyscy jeszcze zerami! A ja dowodzę pułkiem obecnie, i mam szczęście w dodatku, posiadać taką jak ty żoneczkę!
Wstał aby wyciągnąć lepiej kobierzec, przyczem Wierę pocałował w rączkę szarmancko.
— A dla czego mnie poszło tak jak po maśle? Bo postępowałem zawsze z taktem i umiałem dobierać sobie znajomości — odpowiedział sam na zapytanie. Ma się rozumieć, że obok tego, trzeba być służbistą gorliwym i wypełniać ściśle obowiązki na nas włożone.
Berg uśmiechnął się litościwie, w przekonaniu o swojej wyższości, nad słabą i ograniczoną kobietą. Wprawdzie jego żona była nader sprytna i milusieńka. Jednak to zawsze tylko słaba ułomna niewiasta, niezdolna nawet ocenić należycie, czem jest mąż, w całem wielkim tego słowa znaczeniu, nie rozumiejąca co to jest — „Ein Mann zu sein!
Wiera uśmiechała się nieznacznie, zupełnie z tej samej przyczyny. W jej bowiem mniemaniu, ona właśnie była wyższą o całe niebo od tego poczciwca, który mimo że posiadał pewne zalety i przymioty, osądzał jak prawie wszyscy mężczyźni życie najfałszywiej w świecie, wychodząc z punktu widzenia zupełnie błędnego. Każdy z nich — pomyślała — przypisuje sobie Bóg wie jakie zdolności, uważają się za cud świata, a są prawie bez wyjątku głupcami, zarozumialcami i najszkaradniejszymi samolubami!
W zapędzie czułości, Berg otoczył ostrożnie kibić żony ramieniem, żeby nie zmiąć i nie podrzeć chroń Boże! kosztownej chusteczki białej koronkowej, którą kupił jej za własne pieniądze, i wycisnął na jej ustach ognisty pocałunek.
— Nie trzebaby również mieć nadto prędko i zawiele dzieci — przemówił kończąc tym frazesem prawdopodobnie szereg myśli nurtujących mu po głowie.
— O i ja wcale tego nie pragnę — odrzuciła Wiera. — Przedewszystkiem powinno się żyć dla towarzystwa, dla świata!
— Taką samą miała na obiedzie u Apraksinów, księżna Jussupow — bąknął Berg od niechcenia, dotykając się z lekka mantylki koronkowej, z widocznem zadowoleniem.
Lokaj zapowiedział w tej chwili hrabiego Bestużewa. Mąż i żona spojrzeli jedno na drugie tryumfująco i z najwyższą radością. Każde z nich sobie w duchu przypisywało zasługę, że ich spotyka tak wielki zaszczyt.
— Proszę cię usilnie — szepnęła Wiera mimochodem mężowi — nie przerywaj mi co chwila i nie wpadaj w słowo, gdy z kimś rozmawiam. Wiem najlepiej o czem mam z kim mówić, i co kogo może interesować.
— Ależ pozwól moja droga — Berg zaprotestował. — Czasem też mężczyźni chcą pomówić jeden z drugim o rzeczach poważnych, w kwestjach, które...
Nie dokończył, bo Piotr ukazał się na progu ich saloniku niewielkiego, i niesłychanie zagraconego. Zdawało się czystem niepodobieństwem usiąść gdziekolwiek, nie psując podziwienia godnej symetrji, z jaką meble poustawiano. Berg zdecydował się w końcu ponieść pewną ofiarę dla gościa tak znakomitego, tak wspaniałej tuszy i tak olbrzymiego wzrostu. Przysunął własnoręcznie fotel Piotrowi i cofnął na cześć jego więcej w głąb jedną z kozetek. Tak go to jednak zabolało, że z wielkiej desperacji, zostawiając gościowi do woli, który wybierze z tych dwóch mebli, sam usiadł po prostu na taborecie. Uszczęśliwieni tak świetnym początkiem wieczoru, Berg z żoną bawili na wyścigi swego pierwszego gościa, wpadając co chwila w słowo jedno drugiemu.
Wiera zadecydowała w swojej wysokiej mądrości, że wypada najprzód mówić o poselstwie francuzkiem, i od tego przedmiotu zaczęła. Berg przerwał jej natychmiast, przekonany święcie o potrzebie wprowadzenia na tapet jakiegoś ważniejszego przedmiotu. Wspomniał zatem o wojnie z Austrją. Zwolna, zaczął mówić o wojnie ogólnikowo, z jego osobistego punktu widzenia, przyczem nie omieszkał nadmienić o swoich czynach bohaterskich, jak go proszono o udział w tej nowej kampanji, i co go skłoniło tym razem, odmówić temu wezwaniu zaszczytnemu. Mimo rozmowy prowadzonej bez ładu i składu, mimo Wiery rozdrażnienia i gniewu na męża, który pozwolił sobie przerwać jej rozmowę arcy dowcipną i dyplomatyczną, oboje małżonkowie promienieli radością, widząc że ich wieczór świetnie rozpoczęty, podobny jak dwie krople wody, ze swojem oświetleniem, stołem herbacianym, nawet i tą gawędą przeskakującą gwałtownie z przedmiotu na przedmiot, podobniuteńki do wszystkich zebrań mniej lub więcej licznych na wielkim świecie.
Wszedł Borys. W jego postępowaniu z Bergami, był lekki odcień wyższości i tonu protekcjonalnego. Wkrótce po nim ukazał się jakiś pułkownik z żoną, ów jenerał z góry zapowiadany przy zaprosinach, w końcu cała rodzina Rostowów. Wieczór zatem zakrawał rzeczywiście na coś pierwszorzędnego! Przechadzanie się gości tam i nazad, zamiana ukłonów i słówek miodowych między zaproszonymi, szelest sukni jedwabnych, wszystko to napełniało dumą oboje małżonków. Czyż tak samo nie działo się wszędzie na wielkim świecie? Czy może „ich jenerał“, nie był podobny do innych jenerałów? Poklepał był nawet na samym wstępie Berga po ramieniu nader przyjacielsko, wychwalając całe urządzenie i umeblowanie. Następnie zajął się z całą gorliwością i tyranją nieubłaganą gracza namiętnego, uorganizowaniem „partyjki“ Bostona. Zaprosił do niej najpierw hrabiego Rostowa, jako z gości najstarszego wiekiem i powagą. Wkrótce starzy usiedli przy mamach i ciociach, a młodzież męzka skupiła się około panienek. Wiera zasiadła przed samowarem, aby zająć się rozlewaniem herbaty. Na stole przed nią piętrzyły się takie same piramidy ciast jakie jadła przed kilku dniami u Paninów i takie owoce zapełniały wspaniałe srebrne kosze. Słowem: wieczór Bergów, nie ustępywał w niczem innym, podobnym zebraniom.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: anonimowy.