Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom VI/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom VI
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1894
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

W skutek tej rozmowy z matką, Mikołaj pozostał smutnym i przygnębionym przez kilka dni. Czuł, że wypada mu dogodzić matki życzeniu i że powinien wglądnąć w nudne i zawikłane szczegóły, całej administracji. Ta konieczność męczyła go niewypowiedzianie. Postanowił zatem skończyć z tem im prędzej, tem lepiej i połknąć od razu gorzką pigułkę, skoro tak być musiało. Z brwiami ściągniętemi, z miną Jowisza gromowładnego, udał się zaraz na trzeci dzień po przyjeździe, do oficyn, gdzie mieszkał z rodziną całą Mitenka. Po drodze nie odpowiadał na niczyje pytania. Gdy wszedł do tak zwanej „kancelarji pana rządcy“, zażądał ostro i stanowczo, żeby mu pokazał Mitenka „Rachunki wszystkie administracyjne“. Czem to właściwie być miało, Mikołaj co prawda sam nie wiedział a jeszcze mniej miał o tem wyobrażenia Mitenka. Spiorunowany, skamieniały, rządca bełkotał, plątał się najokropniej, niby to coś tłumacząc i wyjaśniając, z czego nie byłby był mądrym i sam nieboszczyk Salomon! Gminny urząd, z wójtem na czele, czekający na pana rządcę w sieni, usłyszał nagle z przestrachem, ale nie bez pewnego zadowolenia, głos gniewny i mocno podniesiony młodego hrabiego. Burza wzmagała się coraz gwałtowniej, na głowę biednego Mitenki, spadał grad obelg i przekleństw coraz dosadniejszych:
— Zbóju, łotrze bez krzty sumienia, psie jeden. Ubiję cię, rozdepczę, jak najpodlejszą gadzinę!... — i tak dalej i dalej...
Nareszcie zobaczyli zgromadzeni w przedpokoju, Mikołaja z twarzą oblaną szkarłatem, z oczami ciskającemi gniewu błyskawice i krwią nabiegłemi, jak wlókł za kark Mitenkę i wytrącił go za drzwi, pomagając mu do wyjścia prędszego, kułakiem, kolanem, a nawet, podeszwą od buta. Przy tej operacji wrzeszczał młody hrabia w niebogłosy:
— Ruszaj łotrze, łajdaku, złodzieju, na złamanie karku, tylko życzę ci psie, nie pokazuj mi się więcej na oczy!
Mitenka wyleciał za drzwi niby kamień z procy wyrzucony, stoczył się po sześciu stopniach kamiennych ganku i utonął w gęstym klombie krzewów rozmaitych zasadzonych przed oficyną. Było to zwykłe miejsce przytułku, dla całej służby pałacowej, nietykalne, gdzie chronili się mając sobie cokolwiek do wyrzucenia. Nawet sam pan rządca, używał często owego przytuliska, gdy mu się zdarzyło wracać pjanym z miasteczka do domu.
Żona i siostra Mitenki, odchyliły drzwi od izby mieszkalnej, z twarzami pozieleniałemi z przerażenia. Można było dopatrzeć przez szparę w drzwiach samowar parą buchający, na stole okrągłym, na środku ustawionym; w rogu zaś szerokie łoże małżeńskie z podwójnym stosem poduszek, piętrzącym się aż pod sufit. Kapa na łóżku, była misternie pozszywana, z kawałków materji najrozmaitszych, które tworzyły wcale ładną i barwną mozajkę. Rostow przeszedł koło nich, dysząc z gniewu i udał się wprost do swego pokoju, gdzie się zamknął na klucz.
Hrabinie doniósł niebawem jej fraucymer, co się przydarzyło Mitence. Teraz była najmocniej przekonana, że interesa ułożą się jak najpomyślniej. Niepokoiła się jedynie, czy ta scena gwałtowna nie zaszkodzi zdrowiu jej syna. Kilka razy skradała się na palcach pod drzwi Mikołaja, przykładając to ucho, to oko do dziurki w zamku. Ku jej najwyższemu zadowoleniu dopatrzyła, że siedzi w postawie przez pół leżącej na otomanie, naprzeciw drzwi i pali fajkę na długim cybuchu, sądząc z pozoru, najspokojniej w świecie.
— Wiesz synu kochany — przemówił nazajutrz stary hrabia z rana przy śniadaniu, ze swoim zwykłym uśmiechem dobrodusznym. — Niepotrzebnie tak się uniosłeś. Mitenka wytłumaczył mi to wszystko, jasno jak na dłoni.
— Wiedziałem z góry — pomyślał z goryczą Mikołaj — że niczego nie dokażę w tym istnym domu warjatów.
— Zbeształeś go, że nie zapisał owych siedmiuset rubli. One są jednak wymienione w ogólnym rozchodzie... tylko żeś nie popatrzył na drugiej stronnicy.
— Chciej mi ojcze wierzyć, że jest to złodziej i nikczemnik, wart szubienicy! To co zrobiłem, należało mu się najsłuszniej... Jeżeli ojciec sobie jednak życzy, nie wspomnę więcej o tem.
— Ależ przeciwnie, duszinko moja! Błagam cię synu najgoręcej, weź się do naszych interesów... ja bo widzisz... starzeję się... i zresztą... — hrabia urwał w pół pomięszany. Wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, że zły z niego gospodarz; czuł i to że odpowiada przed dziećmi za tak fatalne zaprzepaszczanie majątku, któren powinienby im był czystym zostawić, tak, jak go z rąk swego ojca odebrał. Cóż miał jednak na to poradzić, że nie umiał rządzić inaczej?
— Ależ ja o wiele jeszcze mniej znam się na tem, od ojca kochanego. Przepraszam więc jeżeli ojcu przykrość tem sprawiłem, występując z całą surowością przeciw Mitence... Niech djabli porwą wszystkich rządców i ekonomów, razem z ich ogólnemi rozchodami, zapisywanemi na jakiejś stronie niewidzialnej. Wiedziałem niegdyś co znaczy gjąć parol na sześć lew, ale o podobnie prowadzonych rejestrach gospodarczych, jeszczem nigdy nie słyszał.
Od tej chwili przysiągł w głębi duszy, sam sobie, że więcej nie wmiesza się do niczego. Dnia pewnego jednak, gdy matka zasięgła jego rady pokazując weksel na dwa tysiące rubli, z podpisem księżny Trubeckoj, która te pieniądze pożyczyła była niegdyś od hrabiny Rostow, odpowiedział bez wahania:
— Skoro mama raczy pytać mnie o zdanie pod tym względem, powiem co o tem sądzę: Nie lubię ani Borysa, ani jego matki intrygantki, na wielki kamień! Są atoli z nami bądź co bądź spokrewnieni, uważaliśmy ich niegdyś za naszych przyjaciół, a są dotąd ubodzy. Oto co mamy zrobić z tym świstkiem.
Podarł weksel w oczach matki, która załkała z radości, rzucając mu się na szyję. Od tego dnia Mikołaj aby czemś czas zabić na wsi, zaczął namiętnie polować. Sfory psów wszelkiego rodzaju i konie do polowania z chartami, utrzymywano w Otradnoe na wielką stopę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: anonimowy.