Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom VII/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom VII
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1894
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VII
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X.

Zaledwie miał czas książę Andrzej zwrócić oczy w inną stronę, gdy wpadł jak kula hrabia Bennigsen, skinął mu li głową przelotnie, spiesząc do przyległego gabinetu. Chciał tam zaprowadzić ład jakikolwiek na przyjęcie cara. Czerniszew z Bołkońskim wybiegli na ganek. Monarcha zsiadał właśnie z konia. Wyglądał mocno zmęczony z głową na przód pochyloną. Było widocznem, że słuchał niecierpliwie i z najwyższem znudzeniem, uwag czynionych mu przez Paulucci’ego z gwałtownością nadzwyczajną. Postąpił naprzód, aby uwolnić się od natrętnika i przerwać mu słów potok. Włoch jednak cały zaperzony, zapominając o wszelkiej przyzwoitości, szedł krok w krok za carem, wrzeszcząc dalej na całe gardło.
— Co się tyczy tego, który poradził założyć obóz i oszańcować po nad Dryssą — wołał jeszcze, kiedy car zaczął wstępować na stopnie ganku, fiksując wzrokiem Andrzeja, którego nie poznawał wcale o ile się zdawać mogło. — Co do tego Sire — powtórzył Paulucci tonem iście rozpaczliwym, niewstrzymany niczem w swoim rozpędzie — nie widzę dla niego innego wyboru, tylko zamknięcie w domu warjatów, lub szubienicę.
Nie zważając więcej na te słowa wypowiadane z włoską namiętnością, car poznawszy nareszcie Andrzeja, powitał go najuprzejmiej.
— Jesteśmy ci radzi niewymownie książę kochany — rzekł car łaskawie. — Chciej udać się tam, gdzie oni wszyscy zgromadzili się, i czekaj naszych rozkazów.
Razem z carem weszli do gabinetu baron Stein i książę Wołkoński. Drzwi zamknęły się za nimi. Andrzej skorzystał z carskiego pozwolenia udając się z Pauluccim do sali radnej. Paulucci’ego znał już dawniej, z pobytu swego w Turcji.
Po chwili zjawił się w sali książę Wołkoński, pierwszy carski adjutant, z planami i mapami rozmaitemi. Rozłożył to wszystko na stole, zadając kolejno pytania w kwestjach, w których car pragnął zasięgnąć rady zebranych jenerałów. Dostano bowiem wiadomość, (która okazała się później fałszywą), że Francuzi gotują się zająć tyły obozowi nad Dryssą.
Pierwszy zabrał głos hrabia Armfeld. Zaproponował, aby zapobiedz trudnościom położenia, zebrać armję na jakimś punkcie nieznacznym, pomiędzy głównemi gościńcami, między Moskwą i Petersburgiem, czekając tam na nieprzyjaciela. Ta propozycja, nie odpowiadająca zupełnie na kwestję przedstawioną radzie, miała cel jedyny, dowieść, że i on plan z góry obmyślał. Korzysta też z nadarzającej się sposobności aby się z nim popisać. Popierany przez jednych, potępiany przez innych, plan ten był z liczby tych niedorzeczności, które wypowiada się na wiatr, nie zastanowiwszy się ani chwili, jakiby mogły mieć one wpływ najzgubniejszy, na przebieg wojny. Młody pułkownik Toll, skrytykował ów plan zawzięcie, a wyciągnąwszy manuskrypt z kieszeni, prosił o pozwolenie przeczytania tegoż. W tym memorjale, proponował kombinację wręcz przeciwną planowi kampanji osnutemu przez jenerała szwedzkiego i przez Pfuhla. Paulucci napadł na niego gwałtownie, radząc ruch zaczepny, któryby położył raz koniec nieznośnemu wahaniu się i niepewności, i wyprowadził wojsko rosyjskie z tej istnej „pułapki“, jak nazywał bez ogródek obóz oszańcowany nad Dryssą. Pfuhl i jego tłumacz Woltzogen, milczeli w ciągu tych wszystkich dyskusji burzliwych; pierwszy, kiedy niekiedy mruknął tylko coś pod nosem zupełnie niezrozumiałego i odwracał się nawet od mówiących, z miną pogardliwą, jakby chciał tym ruchem złożyć dowód oczywisty, że nie myśli poniżać się do tego stopnia, żeby zbijać bzdurstwa podobne. Książę Wołkoński przewodniczący rozprawie, zainterpelował w końcu Pfuhla osobiście, prosząc o wygłoszenie jego zdania. Odrzucił mu jedynie, że pytanie uważa za zbyteczne, bo przecież wiedza z pewnością lepiej od niego, jak należy postąpić w tym wypadku.
— Macie panowie — rzekł zgryźliwie — wybór między pozycją wymyśloną tak gienjalnie przez jenerała Armfelda, z nieprzyjacielem w tyle armji, lub zaczepką, którą doradza margrabia włoski... najlepsząby zaś była, porządna i jak najspieszniejsza rejterada! — Wołkoński zmarszczył brwi groźnie na ten żart niewczesny, przypominając tonem surowym, że przemawia w imieniu samego monarchy. Pfuhl zerwał się na równe nogi, mówiąc dalej z coraz większem uniesieniem:
— Wszystko popsuto, pogmatwano, chciano zrobić lepiej niż ja, a teraz udajecie się do mnie napowrót!... Jakie jest na to lekarstwo, pytasz się książę? Ja już teraz nic nie wiem!... Powtarzam, że trzeba wszystko wykonać dokładnie podług planu, na podstawach, które wam podałem, dość, spodziewam się, jasno i wyraźnie! — uderzył po stole swojemi kościstemi palcami. — Gdzież tu jest jaka trudność nie do pokonania? — Nie istnieje wcale!... Takie bzdurstwa! dzieciństwa!... — Zbliżył się do mapy rozłożonej, pokazując szybko palcem punkta rozmaite, wykazując w miarę jak posuwał się dalej, że nic w świecie, żaden traf niespodziewany, nie byłby w stanie zniweczyć jego planu, ani unicestwić pożyteczności szańców nad Dryssą. Wszystko bowiem było z góry obmyślane, obrachowane najdokładniej. Choćby nawet nieprzyjaciel zajął tył armji rosyjskiej, zgubiłby tem siebie jedynie.
Paulucci nie mówiąc wcale po niemiecku, zadał mu kilka pytań w języku francuzkim. Ponieważ Pfuhlowi było nader trudno wyrażać się po francuzku, Woltzogen pospieszył mu na pomoc, i zaczął tłumaczyć mówiąc z niesłychaną szybkością, Pfuhla zapatrywania, że wszelkie trudności, z któremi obecnie nie wiedzą jak sobie radzić, pochodzą z tego jedynie, że nie wykonano dokładnie jego planu. Pfuhl zamilkł zupełnie, niby matematyk, który nie raczy zastanawiać się dłużej nad problematem rozwiązanym raz nieomylnie. Zostawił wolne pole Woltzogenowi, który przedkładając myśli wielkie swojego przełożonego, zwracał się kiedy niekiedy ku niemu z pytaniem pełnem uszanowania:
— Wszak jest tak, a nie inaczej Ekscellencjo, nieprawdaż?
Pfuhl walką podniecony gorączkowo, odpowiadał wiecznie jedno i to samo z gniewem coraz wzrastającym: — Ależ ma się rozumieć! Tu nie ma nad czem dysputować!
Paulucci i Michaud atakowali Woltzogena po francuzku, Armfeld po niemiecku, a Toll znowu przedkładał to wszystko księciu Wołkońskiemu w języku rosyjskim, Andrzej patrzał, słuchał i milczał.
Z tych wszystkich matador, Pfuhl wzbudzał jeszcze w Andrzeju najwięcej sympatji. Ten człowiek posuwający aż do śmieszności wiarę niezachwianą w samego siebie, drażliwy ale stanowczy, był jedynym pomiędzy tymi wszystkimi, który nie pragnął niczego dla siebie, nikogo nie prześladował nienawiścią, i radby był tylko przeprowadzić i wykonać aż do szczegółów najdrobniejszych, plan zbudowany mozolnie, a opierający się o teorję nad którą prześlęczał długie lata, wertując całe stosy dzieł. Był śmiesznym niewątpliwie, jego przedrwiwanie było częstokroć nieznośnem i dokuczliwem w najwyższym stopniu, trzeba jednak było uznać w nim i uszanować poświęcenie się i oddanie duszą i ciałem idei, którą uważał za wielką i zbawienną. Nie czuło się również w Pfuhla rozmowie, tej trwogi, tego popłochu, z którym zdradzali się mimowolnie jego przeciwnicy. Ten nastrój umysłów, pełen strachu zabobonnego, nie istniał wcale podczas rady wojennej w roku 1805. Obecnie nie mogli otrząść się z uczucia trwogi śmiertelnej, którą natchnął ich gienjusz Napoleona, uznany już przez świat cały. Można było domyśleć się tego w każdym z ich argumentów. Wierzono, że temu gienjuszowi wszystko się udać musi. Przypuszczano nawet, że gotówby był zaatakować ich naraz ze wszystkich stron. Jego imię wymówione, wystarczało, aby zapędzić w kąt od razu ich najmędrsze rezonowania. Pfuhl jeden jedyny, mówił o Napoleonie jako o barbarzyńcy z przekąsem pogardliwym, tak samo jak o tych wszystkich, którzy byli przeciwni jego teorji ulubionej. Do szacunku, jaki wzbudzał w księciu Andrzeju, mieszało się i uczucie politowania. Wnosząc z tonu lekceważącego ogółu dworaków, a szczególniej ze słów Paulucci’ego do cara, jak też i z rozdrażnienia i rozgoryczenia, którem tchnęło każde przemówienie wielce uczonego teoretyka, było nader łatwem do przewidzenia, i on sam to przeczuwał, że niełaska carska spadnie nań niebawem, niby piorun z jasnego nieba. Ukrywał biedak pod płaszczykiem zjadliwej i pogardliwej ironji, rozpacz ogarniającą go na myśl, że wymknie mu się jedyna sposobność, zastosowania i sprawdzenia na szeroką skalę, doskonałości jego systemu, i wykazania światu całemu, że jego teorja jest nieomylną.
Narada trwała jeszcze bardzo długo; stawała się coraz burzliwszą, zmieniając się w końcu w kłótnię prawie, i w napaści osobiste jednych na drugich. Andrzej wśród tego chaosu zdań, planów, teorji i propozycji najdziwaczniejszych, wśród tej istnej wieży Babel! pomieszanych języków, był zdumiony niesłychanie. W czasie swojej służby czynnej, rozmyślał nieraz nad tem, co ludziom podobało się nazwać sztuką wojskową. Według niego, było to czczem słowem bez żadnego znaczenia. Owe myśli, wirujące mu oddawna po głowie, w konturach nieokreślonych, teraz, podczas owej narady burzliwej, stały się dla niego prawdą niezbitą:
— Jak może istnieć — mówił sobie w duchu — teorja, lub nauka na podstawach niewzruszonych tam, gdzie wszystko zmienia się z godziny na godzinę, według sprzyjających lub niekorzystnych warunków i okoliczności, gdzie nie można niczego naprzód określić i przewidzieć? Któż z nas odgadnie, w jakiem położeniu znajdzie się nasza armja, lub wojsko nieprzyjacielskie za dwadzieścia cztery godzin? Czyż nie zdarzyło się nieraz dzięki pierwszemu lepszemu warchołowi szalonemu, i stawiającemu wszystko na kartę, pobić 30,000 nieprzyjaciół, z garstką pięciotysięczną, takich jak on sam szaleńców nieustraszonych? A na odwrót, czyż nie poszła w rozsypkę pod Austerlitz armja złożona z pięćdziesięciu tysięcy, wobec oddziału z ośmiu tysięcy, dla tego jedynie, że jeden podły tchórz wrzasnął na całe gardło: — „Jesteśmy odcięci! Uciekajmy kto w Boga wierzy!“ — Wszystko więc zawisło nie od planu, mniej lub więcej mądrego, lecz od pierwszego lepszego szeregowca, który krzyknie: — „Jesteśmy zgubieni! Uciekajmy!“ — albo też: — „Hurra bracia! Naprzód! marsz! Nie dajmy się!“ — Tylko zatem ten wygra, i ten stanie się użytecznym, kto potrafi oddziaływać wprost na szeregi żołnierzów!
Obudził księcia Andrzeja z tych głębokich rozmyślań głos Paulucci’ego, zapowiadający, że dyskusja skończona.
Nazajutrz podczas przeglądu wojska, car raczył spytać Andrzeja, gdzieby chciał służyć? Bołkoński przepadł od tej chwili z kretesem w opinjii dworaków. Zamiast bowiem poprosić o stanowisko carskiego adjutanta, żądał po prostu, żeby go przydzielono do pierwszego lepszego pułku w armji czynnej.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: anonimowy.