Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom VII/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom VII
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1894
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VII
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IX.

Przy końcu czerwca Andrzej dotarł nareszcie do głównej kwatery. Czoło armji, na której cżele stanął nam car Aleksander, stanęło obozem po za okopami nad Dryssą. Druga armja, która jak utrzymywano, była oddzielona od pierwszej znacznemi siłami nieprzyjacielskiemi, cofała się ostrożnie, aby połączyć się z pierwszą. Z obu stron panowało najwyższe niezadowolenie i rozstrój ogólny, spowodowany nieładem i nieporadnością panującą w obu obozach. Nikomu jednak przez myśl nawet nie przeszło, lękać się wkroczenia wojsk obcych w głąb Rosji. Nikt nie przypuścił ani na chwilę, żeby wojna mogła była przenieść się do prowincji czysto rosyjskich, z zachodnich ziem polskich.
Andrzej zastał Barclay’a de Tolly, nad brzegiem samej Dryssy, o cztery wiorsty od miejsca, gdzie stał kwaterą sam car. Ponieważ nie było w bliskości ani wsi ani miasteczek, liczny sztab przyboczny i dworskie matadory pozajmowały byli najlepsze domki po dwóch brzegach rzeki, w długości co najmniej dziesięciu wiorst. Barclay de Tolly przyjął Andrzeja nader sztywnie i w suchym tonie urzędowym. Zapowiedział mu z góry, że musi odnieść się z tem do cara, zanim znajdzie dla nowego przybysza zajęcie odpowiednie. Poprosił go, żeby tymczasowo zajął miejsce w jego głównym sztabie. Anatola nie było wcale w armji. Był znowu odjechał do Petersburga. Ta wiadomość ucieszyła wielce Bołkońskiego. Był uszczęśliwiony, że mógł uwolnić się na czas jakiś od myśli dręczących, które samo to nazwisko wywoływało w jego duszy. Teraz mógł oddać się z całym spokojem ducha i umysłu, badaniom i rozmyślaniom nad wielką wojną, którą rozpoczynano. Bez zajęcia chwilowo, poświęcił cztery pierwsze dni na oglądanie szczegółowe obozu. W końcu, mimo chaosu, który w nim panował, potrafił się zorjentować, pomagając sobie po trochę własnemi wiadomościami, a po trochę kierując się według udzielonych mu wskazówek. Korzyści w rozłożeniu się obozem nad Dryssą, nie pojmował wcale. Doświadczeniem nauczony, wiedział z góry, że i najmędrsze plany na papierze wymyślone, na nic się zazwyczaj nie przydają... Miał tego próbkę nader dla Rosjan bolesną i upokarzającą pod Austerlitz. Odtąd zrozumiał doskonale, że zwycięztwo zależy jedynie od trafnego rzutu oka i od zręczności, z jaką przewiduje się ruchy najmniej spodziewane nieprzyjaciela. Według tych obrotów, trzeba umieć zmieniać plan z biegłością i gienjalną intuicją dobrego wodza. Aby przeniknąć te wszystkie kwestje i wątpliwości, nie zaniedbał niczego, byle poznać dokładnie i obznajomić się ze szczegółami administracyjnemi, jak też wglądnąć w manipulację rozmaitych dowódzców, których głos był w radzie wojennej decydującym.
W chwili przybycia do armji księcia Andrzeja, z mnóstwa partji i partyjek, otaczających cara, niby rój trzmieli brzęczących i dzwoniących na alarm, z których każda miała kogoś jednego na czele i na oku, pragnąc podstawić stołka drugiemu... otóż z pomiędzy wszystkich brała górę widocznie partja świeżo wyrosła, jak z pod ziemi. Była ona złożoną przeważnie z mężów stanu, w starszym wieku, doświadczonych, sprytnych, którzy szli swoim torem, nie pytając się o zdanie niczyje. Trzymali się oni niejako po środku, pomiędzy partją warchołów, wrzeszczącą „Naprzód, naprzód!“ a zacofańców, szepcących z cicha, ale dobitnie i demoralizująco: „Zmykajmy, póki nie będzie na to za późno!“ Ci oceniali sprawiedliwie obecne położenie, oddawali każdemu słuszność, należącemu do głównego sztabu cara, i szukali sposobu, aby uporządkować jako tako ów chaos i skończyć nareszcie z tem wiecznem wahaniem i niepewnością, w jaki sposób działać, czy zaczepnie, czy odpornie i od czego zacząć właściwie?
Utrzymywali oni zawzięcie, że głównem złem, była obecność samego cara w obozie i tegoż licznej świty. Ci to fircyki, zakręcali głowę drugim, doskonali na woskowanej posadzce dworskich sal, ale niemożliwi i fatalni po prostu w obozie. Car powinien rządzić, a nie dowodzić armją. Jedynem wyjściem tedy, z obecnego najnieszczęśliwszego położenia, był odjazd cara z obozu i całego jego głównego sztabu. Obecność monarchy, pochłaniała i czyniła nieużytecznemi co najmniej pięćdziesiąt tysięcy ludzi, potrzebnych, aby w razie niebezpieczeństwa bronić i zasłaniać uświęconą cara osobę. Według ich zdania i najmniej zdolny dowódzca, będzie lepszym, gdy zostanie zupełnie niezawisłym, niż najbieglejszy w sztuce generalissimus, ubezwładniony i pozbawiony wolnej woli przez obecność i widzimisię wszechwładnego monarchy.
Szyszkow, cara sekretarz przyboczny i członek najbardziej czynny owej partji „umiarkowanej“, zredagował najuniżeńszą prośbę do cara, wspólnie z Bałakowem i Arakczejewem. W tej prośbie powoływali się najprzód na udzielone im łaskawie pozwolenie, roztrząsać i rozmyślać, jakim sposobem możnaby złemu zapobiedz. Następnie błagali go najusilniej, aby raczył wrócić do Moskwy, aby tam swoją obecnością rozpłomieniał umysły, rozgrzewał serca ludu słowy wymownemi, aby ten lud bronił jak jeden mąż ojczyzny zagrożonej. Cara zadaniem miało być tedy, doprowadzić mieszkańców Moskwy do szału niejako, co też się i stało i co później przyczyniło się przeważnie do tryumfu Rosji i do wytępienia jej najeźdźców. Rada podana w ten sposób, pełna najgłębszej czci, została łaskawie przyjętą przez cara i jego odjazd z obozu postanowiono nieodwołalnie.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Zanim jeszcze ów list doszedł rąk cara, uprzedził Barcley de Tolly Andrzeja dnia pewnego podczas objadu, że ma udać się tegoż wieczora o szóstej do Bennigsena car bowiem pragnie wypytać się go osobiście o przebieg wojny tureckiej.
Z rana tego dnia samego, rozeszła się była pogłoska zupełnie bezpodstawna, jak się później dowiedziano, o zaczepieniu wojsk rosyjskich przez Napoleona. W tym dniu również, pułkownik Michaud, zwiedzając z carem okopy nad Dryssą, wykazał jasno jak na dłoni, że całe to oszańcowanie, wykonane według planu Pfubla i uważane zrazu za arcydzieło, jest po prostu niedorzecznem, i może spowodować zgubę armji rosyjskiej.
Andrzej stawił się o godzinie oznaczonej u Bennigsena. Mieszkał on w dość obszernym domu prywatnym nad brzegiem Dryssy. Na razie zastał tam jedynie Czerniszewa, adjutanta cara. Ten mu opowiedział, że car wybrał się powtórnie, tym razem w towarzystwie Bennigsena i Włocha, margrabiego Paulucci’ego, aby oglądnąć szańce, nad któremi im głębiej się zastanawiano, tem mniej upatrywano w nich stron dodatnich. Zaczynały one wzbudzać ogólne powątpiewanie i najwyższą nieufność.
Czerniszew czytał jakiś romans francuzki, siedząc pod oknem. To miejsce musiało służyć niegdyś za salę balową. W kącie stał stary klawikord, na który złożono na prędce cały stos kobierców i rozmaitych innych rupieci niepotrzebnych. W jednym kącie najciemniejszym leżał na sofce drzemiąc adjutant Bennigsena, na sali były dwa wyjścia: jednem szło się do gabinetu, a na przeciw były drzwi do dość obszernego salonu. Z tamtąd dochodził gwar kilku głosów, mówiących różnemi językami. Do tej sali zwołano nie radę wojenną, (car bowiem niecierpiał podobnych określeń, nadto dobitnych) tylko proste zebranie się kilku wojskowych, z którymi car chciał się porozumieć w tej chwili krytycznej, aby wyjaśnić niektóre kwestje sporne. Znajdował się tam Szwed Armfeld, jenerał adjutant Woltzogen, Wintzingerode, nazywany przez Napoleona „zbiegiem francuzkim“, Michaud, Toll, baron Stein, który nie znał się wcale na sztuce wojskowej, nareszcie Pfuhl, ta główna sprężyna w obozie.
Andrzej mógł mu się przypatrzeć najdokładniej, przyszedł bowiem wcześniej, widział go więc wchodzącego i rozmawiającego przez chwilę z Czerniszewem.
Mimo że spotkał Pfuhla raz pierwszy w życiu, zdało mu się skoro rzucił nań okiem, że zna go na wylot i to od dawna. Nosił mundur rosyjski najniezgrabniej w świecie. Cała jego postać przedstawiała uderzające podobieństwo z Weirother’ami, Mack’ami, Schmidtami i mnóstwem innych niemieckich jenerałów, na których czynności niefortunne, patrzał Andrzej w roku 1805. Pfuhl jednak posiadał ten dar szczególny, że łączył niejako w swojej jednej osobie, wszelkie cechy, tamtych odznaczające. Andrzej miał przed sobą typ skończony niemca czystej krwi. Małego wzrostu, chudy, kwadratowy w ramionach, był jednak silnie zbudowany. Łopatki miał szerokie i kościste. Twarz była cała poorana szerokiemi i głębokiemi bruzdami, oczy świdrowate i zapadłe. Włosy rzadkie, wylizane starannie na skroniach spadały na kark kosmykami. Miał wiecznie minę niespokojną i gniewną, jakby lękał się wszystkiego i wszystkich, których spotykał po drodze. Przytrzymując jedną ręką pałasz ruchem niezgrabnym, spytał po niemiecku Czerniszewa, gdzie jest car? Było widocznem, że radby pozbyć się jak najprędzej wszelkich powitań, ukłonów i ceregieli, aby zasiąść spokojnie przed mapami rozłożonemi na stole, bo tam dopiero czuł się w swoim żywiołe. Słuchał uśmiechając się ironicznie, opowiadania o zwidzaniu szańców przez cara, które były wyłącznie jego dziełem. Nie mógł wytrzymać, żeby nie mruknąć przez zęby zaciśnięte, swoim niskim basem: — „Głupiec, wszystko może pójść na marne... toby była dopiero piękna historja!“ Czerniszew przedstawił mu księcia Andrzeja, dodając, że przybywa prosto z nad granicy tureckiej, gdzie wojnę ukończono najpomyślniej. Pfuhl raczył zaledwie zaszczycić go przelotnem spojrzeniem i lekkiem skinieniem głową: — „Ta wojna, musiała się wam przedstawiać jako wzór taktyki, co?“ — bąknął jedynie tonem pogardy przygniatającej, poczem skierował się ku głównej sali.
Zawsze dość drażliwy, tego dnia Pfuhl był iście w psim humorze. Irytował się najokropniej owem zwidzeniem szańców i krytycznem poglądem ze strony wielu, na fortyfikacje będące jego dziełem. Ta krótka chwila wystarczyła najzupełniej Andrzejowi, dodając do niej wspomnienia i wrażenia z pod Austerlitz, aby przeniknąć do gruntu ten charakter. Pfuhl posiadał jedną z tych natur wyjątkowych, które posuwają do męczeństwa częstokroć pewność i wiarę w nieomylność jakiejś zasady. Takie usposobienia spotyka się często pomiędzy niemcami. Oni jedni są zdolni tak święcie zawierzyć i tak zaufać idei metafizycznej, nauce czysto abstrakcyjnej, w której widzą pierwiastek prawdy absolutnej.
Pfuhl był rzeczywiście zwolennikiem teorji szyku skośnego, którego nauczył się z opisów kampanji prowadzonych z powodzeniem przez Wielkiego Fryderyka. Co tylko w wojnach tegoczesnych nie licowało i nie zgadzało się z ową teorją, stanowiło w jego oczach błędy rażące i niedorzeczności potworne. Coś podobnego według jego zdania, nie zasługiwało wcale na nazwę wojny i nie przedstawiało pola do studjów w dziedzinie sztuki wojskowej.
W roku 1806 był on głównym organizatorem i wykonawcą planu kampanji, która miała skończyć się pod Jeną i Astaedt’em. Mimo tego fatalnego niepowodzenia, nie uwierzył w niedokładność swojego systemu. Przeciwnie, zapewniał on najuroczyściej, że tylko pogwałcenie praw międzynarodowych spowodowały klęskę tak straszliwą. Powtarzał chętnie z sarkazmem zjadliwym i prawie z zadowoleniem: — „Wiedziałem z góry, że wszystko pójdzie do stu djabłów!“ — Pfuhl posuwał tak daleko rozmiłowanie w teorji, że tracił z oczu najzupełniej cel praktyczny tejże. Wprowadzenie teorji w życie i zastosowanie w chwili bieżącej, sprawiało mu wstręt nieprzezwyciężony i wprost odmawiał zajmowania się czemś podobnem.
Słów kilka, które zamienił z Andrzejem i Czerniszewem, co do wojny mającej rozpocząć się obecnie, były wypowiedziane tonem człowieka zwątpiałego. Zdawał się przewidywać i teraz rezultat najfatalniejszy, martwiąc się tem zawczasu. Kosmyki włosów rozburzonych, zwieszających się mu na kark i te przylepione do skroni fiksatorem, licowały najzupełniej z jego usposobieniem rozpaczliwem. Skoro przeszedł do sali obok, usłyszano tam natychmiast głos jego mocno podniesiony i gniewny.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: anonimowy.