Yankes na dworze króla Artura/Historja nieznajomego

<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
HISTORJA NIEZNAJOMEGO.

Jestem Amerykaninem. Urodziłem się i wychowałem w Hartfordzie, w stanie Connecticut, tuż nad rzeką. Jestem więc yankesem z krwi i kości i co za tem idzie, — kwintesencją praktyczności. Nie znam się tam na żadnych uczuciach i tym podobnych subtelnościach — innemi słowy, na poezji. Ojciec mój był kowalem, wuj — weterynarzem, ja zaś trudniłem się początkowo jednem i drugiem. Po pewnym czasie jednak znalazłem sobie pracę w wielkiej fabryce broni i zostałem wkrótce jednym z najbardziej cenionych robotników. Nauczyłem się robić strzelby rewolwery, armaty, a także kotły parowe i najrozmaitsze maszyny rolnicze. Brałem się, słowem, do wszystkiego i robota paliła mi się w ręku. Przytem, jeśli nie istniała ulepszona metoda robienia czegoś, to często gęsto sam na nią wpadałem i wszystko szło mi jak z płatka. Wkrótce zostałem mianowany głównym majstrem i miałem pod sobą dwa tysiące ludzi.
Otóż kiedy człowiek musi kierować dwoma tysiącami ludzi, to nie ma czasu na bawienie się w grzeczności i zajmowanie się t. p, faramuszkami. Różnie bywało. Wreszcie trafiła kosa na kamień i pewnego razu odpokutowałem za wszystko. Zdarzyło się to podczas sprzeczki z pewnym drabem, któregośmy nazywali Herkulesem. Chłop zdzielił mnie tak łomem przez głowę, że wydało mi się, iż moja czaszka pękła na dwoje jak orzech. W oczach mi pociemniało i straciłem przytomność.
Ocknąwszy się, zobaczyłem, że siedzę na trawie pod dębem, w jakiejś bardzo pięknej, ale zupełnie nieznanej mi miejscowości. Nade mną stał pochylony jakiś dziwny człowiek, wyglądający tak, jakgdyby przed chwilą wyskoczył z ram obrazu. Był on zakuty od stóp do głów w żelazną starożytną zbroję i nosił na głowie coś w rodzaju beczułki, nabijanej gwoździami. W ręku trzymał tarczę i olbrzymią lancę, u boku miał miecz. Koń jego również był zakuty w stal, metalowy róg zawieszony był na jego szyi, a piękny czaprak i uzdy z czerwonego i zielonego jedwabiu zwieszały się niemal do samej ziemi.
— Waleczny rycerzu, czy nie zechciałbyś stoczyć ze mną walki? — zapytał mnie nieznajomy.
— Czegobym nie zechciał?
— Czy nie zechciałbyś się zmierzyć ze mną w obronie swej damy serca, ojczyzny lub...
— Czego sobie pan życzy ode mnie?! — zawołałem. — Ruszaj pan do swego cyrku, gdyż w przeciwnym razie zawezwę policję!
Usłyszawszy me słowa, nieznajomy uczynił coś niebywałego. Odjechawszy o kilka staj, zbliżył swą beczułkę do szyi wierzchowca, podniósł olbrzymią włócznię ponad głową i ruszył na mnie z kopyta, mając najoczywistszy zamiar zetrzeć mnie z powierzchni ziemi. Zrozumiałem, że to nie żarty, i przy jego zbliżeniu się skoczyłem na równe nogi.
Wówczas człowiek oświadczył mi, że jestem jego własnością, jeńcem jego lancy. Wobec tego, że kij był aż nadto przekonywającym argumentem w jego ręku, wolałem nie protestować. Tym sposobem zawarliśmy umowę, na mocy której ja powinienem był iść za nim, on zaś miał poniechać wszelkich wrogich wystąpień przeciwko mnie. Nieznajomy ruszył przed siebie, ja zaś poważnie kroczyłem u boku jego konia. Droga prowadziła przez jakieś usypane kwieciem, poprzecinane strumieniami łąki, przez jakąś zupełnie mi nieznaną, bezludną okolicę, gdzie napróżno wypatrywałem czegokolwiek, przypominającego wędrowny cyrk. Zacząłem przypuszczać, że zwycięzca mój ma coś wspólnego nietyle z cyrkiem, co z domem warjatów. Nie napotykaliśmy jednakże niczego w tym rodzaju. Ostatecznie, przerwałem ciszę i zapytałem mego towarzysza, jak daleko jesteśmy od Hartfordu. O kazało się, że nigdy nie słyszał o takiej nazwie. Aczkolwiek byłem przekonany, że kłamie, szedłem dalej, nie wypowiadając swego zdania. Mniej więcej po upływie godziny ujrzałem jakieś miasto, malowniczo położone nad brzegiem krętej rzeki. Obok miasta, na wzgórzu, wznosiła się wysoka szara twierdza, zdobna w bastjony i wieżyczki, jakie zdarzało mi się dotąd oglądać tylko na ilustracjach.
— Bridgeport? — zapytałem nieznajomego, w skazując na miasto.
— Camelot, — odpowiedział.

...Widocznie znajomego mego opanowała senność, gdyż skinąwszy mi głową i uśmiechając się swoim patetycznym, starodawnym uśmiechem, rzekł:
— Trudno mi opowiadać dalej; lecz jeśli się Pan przejdzie do mnie, dam Panu książkę, w której znajdziesz opis całej tej historji.
Początkowo pisałem pamiętnik, — ciągnął, gdyśmy się znaleźli w jego pokoju — później zaś, po kilku latach, opracowałem swe notatki. O, jakże dawno to było!
Nieznajomy wręczył mi spory rękopis i wskazał od którego miejsca mam czytać.
— Niech Pan rozpocznie stąd, poprzednie jest już Panu znane, — rzekł, żegnając się ze mną i wyraźnie wpadając w coraz większą senność.
Byłem już za drzwiami, gdy usłyszałem mamrotanie: — Śpij dobrze, szlachetny sirze!
Usadowiłem się przy kominku i zacząłem badać swój skarb. Pierwsza część rękopisu — ciężki zeszyt — była pisana na pergaminie i zupełnie pożółkła od starości. Zbadawszy uważnie arkusz, przekonałem się, że jest to palimpsest. Pod starem, bladem pismem yankesa znać było ślady starszego jeszcze i jeszcze bardziej niewyraźnego pisma — łacińskie słowa i uwagi: widocznie pozostałości starożytnych, klasztornych kronik. Otworzyłem pamiętnik w miejscu wskazanem przez dziwnego nieznajomego i pogrążyłem się w czytaniu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.