<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I. CAMELOT.

Camelot, Camelot, — powtarzałem. — Nie, stanowczo nie przypominam sobie takiej nazwy. Prawdopodobnie nazwa domu warjatów.
Cichy, letni pejzaż, delikatny jak marzenie i wyludniony, jak fabryka w niedzielę, roztaczał się przed nami. Powietrze, przesiąknięte aromatem kwiatów, pełne było śpiewu ptaków i brzęczenia owadów, dookoła zaś nie było widać ani ludzi ani pociągów, żadnego ruchu, żadnego znaku życia.
Zamiast drogi biegła zwyczajna ścieżka, wydeptana przez mnóstwo końskich kopyt, — zaś z obu stron jej widniały w trawie ślady kół, szerokości dłoni.
Woddali ukazała się drobna figurka dziewczynki lat dziesięciu; fala złotych włosów rozsypała się po jej plecach, na głowie nosiła wianek z jaskrawo szkarłatnych maków. U brana była w coś bardzo ładnego.
Tego rodzaju odzież widziałem po raz pierwszy w życiu. Szła spokojnie i beztrosko z wyrazem absolutnego spokoju na niewinnej twarzyczce. Człowiek z cyrku nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi, jakgdyby jej wcale nie spostrzegł. I ona również nie spojrzała na jego fantastyczny ubiór, jakgdyby przyzwyczajona była od dawien dawna do takiej odzieży. Przeszła obok nas z taką obojętnością, z jaką się przechodzi koło dwóch krów. Lecz kiedy wzrok jej wypadkiem zatrzymał się na mnie, maleństwo osłupiało.
Z podniesionemi do góry rękoma, z szeroko otwartemi ustami i rozwartemi, pełnemi zdziwienia i przestrachu oczyma mała kobietka była uosobieniem zgrozy i ciekawości. Nie zmieniła tej pozycji i stała, jak kamienny posąg, dopókiśmy nie skręcili do lasu i nie stracili jej z oczu. Jeśli poniekąd mi to pochlebiało, to równocześnie i dziwiło w najwyższym stopniu, że dziewczynka patrzała na mnie właśnie, nie zaś na mego towarzysza. Poświęcając mi tak wiele uwagi, zapomniała zupełnie o swym własnym wyglądzie, co jest zaletą, ogromnie rzadko spotykaną wśród tak młodych stworzeń. Tak, to wszystko dawało mi wiele do myślenia; szedłem przed siebie, jak we śnie. W miarę tego, jakeśmy się zbliżali do miasta, zaczęliśmy spotykać coraz więcej objawów życia. Po drodze napotykaliśmy małe, nędzne lepianki, kryte słomianemi strzechami i otoczone niewielkiemi polami i ogródkami. Koło chatek przesuwali się ogorzali ludzie o długich splątanych włosach, które spadając w nieładzie na twarz, czyniły ich podobnymi do zwierząt. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety nosili ordynarne płócienne koszule, sięgające kolan, na nogach mieli coś w rodzaju grubych sandałów, wielu zaś z nich nosiło na szyi żelazne naszyjniki. Dzieci biegały zupełnie nago, lecz zdawało się, że nikt tego nie spostrzega. Wszyscy ci ludzie patrzyli na mnie, mówili o mnie i wbiegali do chat, by sprowadzić swych domowników i pokazać im mą osobę. Jednocześnie nikt nie czynił uwag na temat zachowania się i stroju mojego towarzysza, wprost przeciwnie, kłaniano mu się uniżenie i nikt nie żądał odeń wytłumaczenia jego postępowania.
Pośród małych nędznych chatek tam i sam wznosiły się wielkie domy kamienne, pozbawione okien. Ulica była niebrukowana i robiła wrażenie wąskiej, krzywej ścieżki. Mnóstwo psów i nagich dzieciaków hałaśliwie i wesoło bawiło się w słońcu. Świnie grzebały się w gnoju a jedna z nich, rozwaliwszy się na dymiącym się nawozie i zatarasowawszy sobą przejście, karmiła swe małe. Nagle zabrzmiały dźwięki wojskowej muzyki. Stopniowo się zbliżały i wkrótce ukazała się w spaniała kawalkada, skrząca od hełmów z powiewającemi pióropuszami, od metalowych pancerzy, od kołyszących się chorągwi i całego lasu złoconych włóczni. Uroczyście przedefilowała wśród gnoju, świń, szczekających psów i nagiej dziatwy, obok wzbudzających litość lepianek. Ruszyliśmy wślad za nią jedną z krętych ścieżek, następnie inną i tak wspinaliśmy się coraz wyżej i wyżej, dopókiśmy wreszcie nie znaleźli się na otwartym ze wszystkich stron placu, pośród którego wznosił się olbrzymi zamek.
Trąbieniem rogów dano znać o naszem zbliżeniu się, poczem zabrzmiał okrzyk z murów, po których tam i zpowrotem przechadzali się ludzie o groźnym wyglądzie w hełmach i zbroi, z halabardami w ręku. Szeroko rozwarły się olbrzymie wrota i ze zgrzytem łańcuchów opuścił się zwodzony most. Dowódca kawalkady pierwszy wjechał pod groźną arkadę, wślad za nim znaleźliśmy się i my wśród przestronnego brukowanego dziedzińca, ozdobionego wielkiemi basztami i wieżyczkami, z czterech stron dumnie wznoszącemi się ku błękitnemu niebu. Zapanowało niezwykłe ożywienie i rozgardjasz; ceremonjalnie witano się, śpieszono w różnych kierunkach, oko uderzała niezwykła pstrokacizna jaskrawych ubiorów i wszystko pokrywał przyjemny, zmieszany gwar głosów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.