<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II. DWÓR KRÓLA ARTURA.

Na szczęście udało mi się znaleźć odpowiednią chwilę i wyślizgnąć się z pod opieki swego towarzysza. Zbliżywszy się do jakiegoś starszego człowieka, — jak można było wnosić — niskiego pochodzenia, uderzyłem go po ramieniu i zapytałem najbardziej ugrzecznionym, na jaki mnie stać było, głosem:
— Powiedzcie mi z łaski swej, przyjacielu, czy was również umieszczono w tym domu, czy też przyszliście kogoś tu odwiedzić, lub może w innym jakim interesie?...
Staruszek spojrzał na mnie z najwyższem zdumieniem:
— Doprawdy, szlachetny panie, nie wiem, co chcesz powiedzieć, wydaje mi się...
— Rozumiem, — odezwałem się ze współczuciem — jesteście jednym z chorych.
Odszedłem, nie przestając rozmyślać o tem wszystkiem i rozpatrując wszystkich przechodniów w nadziei, czy aby nie trafi się ktoś, ktoby mi dopomógł zorjentować się w tej dziwacznej sytuacji. Wreszcie wydało mi się, że trafiłem na odpowiedniego człowieka. Odprowadziwszy go na bok, szepnąłem mu na ucho:
— Czy nic mógłbym się zobaczyć z zarządzającym szpitala na jedną chwilkę tylko...
— Słuchaj-no, puść mnie, u licha.
— Puścić was?
— A więc, nie przeszkadzaj mi, jeśli to słowo bardziej do ciebie przemawia...
Poczem wyjaśnił mi, że jest kuchmistrzem i że wobec tego nie ma czasu na gadaninę, choć wogóle nic nie ma przeciwko temu, aby czasem sobie trochę pogaworzyć o tem i o owem; szczególnie, chciałby się dowiedzieć, skąd wytrzasnąłem sobie taki dziwaczny ubiór. Nie czekając jednak odpowiedzi, rozejrzał się dookoła i wskazał na człowieka, który, jak widać, nic nie miał do roboty i który sam nie był od tego, żeby się ze mną zapoznać. Był to szczupły, eteryczny chłopak w wąskich czerwonych spodenkach, które czyniły go podobnym do rozdwojonej marchwi. Górna część jego ubioru była z niebieskiego jedwabiu, ozdobiona wytwornym koronkowym kołnierzem i takiemi samemi mankietami. Na długich złocistych lokach młodzieniec nosił kokieteryjną różową czapeczkę z wąskiem piórem. Znać było po oczach, że jest dobrym chłopcem, a z wesołości jego można było wywnioskować, że jest zadowolony z siebie i z życia.
Doprawdy w ubiorze tym było mu tak ładnie, że robił wrażenie malowanki. Zbliżywszy się do mnie, uśmiechnął się i zaczął rozpatrywać mnie z nieco bezczelną ciekawością. Poczem przedstawił mi się, mówiąc, że jest paziem i z miejsca zasypał mnie gradem pytań. Po kilku chwilach gawędził ze mną w sposób dziecinny i tak niewymuszony, jakgdyby już od lat był moim przyjacielem. Rozpytywał mnie szczegółowo o wszystko, co się tyczyło mnie oraz mego ubioru, i nie czekając odpowiedzi, przeskakiwał z tematu na temat. Między innemi wspomniał, że się urodził na początku 513 roku. Oblałem się zimnym potem. Przerwałem mu i nieśmiało zapytałem:
— Przepraszam cię, przyjacielu, w jakim roku powiedziałeś, żeś się urodził?
— W 513.
— W 513 roku! Nic nie rozumiem! Posłuchaj, mój drogi chłopcze, jestem cudzoziemcem i nikogo tu nie znam, bądź ze mną szczery i otwarty. Powiedz mi, czy jesteś przy zdrowych zmysłach?
Odpowiedź brzmiała, że najzupełniej.
— A ci wszyscy ludzie dookoła są również zdrowi?
Znowu nastąpiła twierdząca odpowiedź.
— A więc w takim razie to ja zwarjowałem lub też zdarzyło się ze mną coś niesamowitego. Ale przypuśćmy, że nie jest to dom warjatów, może mi powiesz, dokąd w takim razie trafiłem?
— Do zamku Króla Artura — brzmiała odpowiedź.
Przeczekawszy chwilę, by się oswoić z tą myślą, rzekłem:
— Dobrze, jakiż więc rok mamy teraz według ciebie?
— Pięćset dwudziesty ósmy, dziewiętnasty czerwca.
Serce mi się ścisnęło gdy pełen rozpaczy uprzytomniłem sobie, że nigdy, nigdy już nie ujrzę swych przyjaciół, — wszyscy oni przyjdą na świat dopiero za trzynaście stuleci!
Zdaje się, że uwierzyłem chłopakowi, sam nie wiem dlaczego. Coś mi szeptało, że to prawda, pomimo że mój rozsądek nie mógł się z tem wszystkiem pogodzić i głośno przeciw temu protestował. Nie wiedziałem, jak się ustosunkować do okoliczności oraz do ludzi, którzy mnie otaczali. Rozum mój uważał ich za obłąkanych, wbrew wszelkiej oczywistości. Zupełnie nieoczekiwanie i przypadkowo przypomniałem sobie pewną rzecz: wiedziałem, że jedyne większe zaćmienie słońca w pierwszej połowie VI-go stulecia miało miejsce 21 czerwca 528 roku i rozpoczęło się trzy minuty popołudniu. A więc, o ileby starczyło mi sił na przeżycie 48 godzin w tych warunkach, mógłbym się przekonać ile prawdy mieści się w słowach chłopca. Tak czy inaczej, będąc praktycznym obywatelem Connecticutu, odłożyłem rozstrzygnięcie tej najbardziej palącej dla mnie kwestji do oznaczonego dnia i godziny. Tymczasem zaś, biorąc pod uwagę istniejący stan rzeczy, postanowiłem sobie wyciągnąć zeń jaknajwiększe korzyści. Rozumowałem jak następuje: o ile teraz istotnie jest w. XIX i znajduję się w domu warjatów, skąd przez pewien czas nie uda mi się uwolnić, to mogę z łatwością stanąć na czele tego zakładu, jako najbardziej zdrowo myślący osobnik z pośród wszystkich jego mieszkańców.
W przeciwnym zaś razie, jeżeli przeniosłem się dziwnym cudem rzeczywiście w VI-e stulecie, to muszę się zadowolić projektami, wymagającemi nieco więcej czasu: za jakie trzy miesiące będę mógł rządzić całym krajem, jako najbardziej wykształcony człowiek tego czasu, urodzony o 1300 lat później od wszystkich, istniejących tu w obecnej chwili. W każdym bądź razie, nie należę do ludzi, marnujących czas, z chwilą gdy wszystko obmyśliłem, zacząłem z miejsca działać.
— A więc mój drogi Klarensie, jeśli tak brzmi w rzeczywistości imię twe — zwróciłem się do chłopca — czy nie zechciałbyś mi wyjaśnić tego i owego? Jak np. nazywa się ten człowiek, który mnie tu przyprowadził?
— Chcesz się zapewne spytać, jak się nazywa nasz wspólny pan? Jest to wielki lord Key, szlachetny rycerz i mleczny brat władcy naszego, Króla Artura.
— Bardzo dobrze, a teraz opowiedz mi o wszystkich i o wszystkiem, co się tu dzieje!
Paź opowiedział mi bardzo wiele, lecz najważniejszą dla mnie wiadomością było co następuje.
Według słów jego byłem jeńcem sir Keya i zgodnie z panującym zwyczajem zostanę wrzucony do lochu, w którym pozostanę dopóty, dopóki moi przyjaciele nie wykupią mnie lub też dopóki nie zgniję. Wiedziałem, że to ostatnie jest bardziej prawdopodobne, lecz nie miałem czasu na długie rozmyślania, gdyż nie wolno było tracić ani chwili. Następnie paź mi oświadczył, że obecnie kończy się obiad w wielkiej sali zamku. Kiedy się już wszyscy upiją i rozweselą, sir Key każe mnie sprowadzić, ażeby przedstawić Królowi Arturowi oraz wspaniałym rycerzom Okrągłego Stołu. Później sir Key zacznie opowiadać, jak mnie wziął do niewoli, przyczem będzie wyolbrzymiał i przekręcał do niemożliwości całe zdarzenie. Lecz oczywista, że z mojej strony będzie nietylko nieprzyzwoite, ale i niebezpieczne dla mego życia poprawiać go. Po tej ceremonji zostanę wreszcie wtrącony do podziemia. Lecz Klarens przyrzekł mi, iż się postara odwiedzić mnie, pocieszyć i spróbuje powiadomić moich przyjaciół o mojem nieszczęściu.
— Da znać moim przyjaciołom!!!
Podziękowałem mu, bo cóż innego pozostawało mi do zrobienia. W tej samej chwili zjawił się sługa i wezwał mnie na salę. Klarens zaprowadził mnie tam i wskazawszy mi miejsce nauboczu, usiadł sam tuż przy mnie.
Widowisko, które się przedemną roztaczało, godne było uwagi. Znajdowałem się w olbrzymiem pomieszczeniu o zupełnie nagich ścianach, pełnem krzyczących kontrastów. Rozmiary jego były tak gigantyczne że chorągwie zawieszone na belkach pod stropem ledwo majaczyły w półmroku. U góry ze wszystkich stron ciągnęły się kamienne galerje; na jednych z nich siedzieli muzykanci, na drugich kobiety w krzyczących pstrych sukniach. Podłoga była wyłożona białemi i czarnemi płytami, startemi od czasu i użycia i wymagającemi naprawy. Co się tyczy ozdób, to, ściśle mówiąc, nie było ich wcale, chociaż gdzie niegdzie na ścianach wisiały olbrzymie dywany, uważane tu zapewne za dzieła sztuki. Na dywanach wyobrażone były bitwy, przyczem konie przypominały podobne wyroby z pierników lub wycinanki, robione przez dzieci. Zbroję wojaków wyobrażały białe plamy, tak, że wkońcu walczący ludzie łudząco przypominali ciastka z serem.
Piec w sali był tak wielki, iż można w nim było śmiało staczać walki. Jego kamienny okap oraz kamienne kolumny przypominały wejście do katedry.
Wzdłuż ścian stali żołnierze w pancerzach i hełmach z halabardami na ramieniu, nieruchomi jak posągi i bardzo do posągów podobni. Pośród tej sali w postaci olbrzymiego krzyża mieścił się dębowy stół, który to właśnie nosił miano Okrągłego Stołu. Był on wielki jak arena w cyrku. Dokoła niego siedzieli ludzie, ubrani w tak pstre i błyszczące ubiory, że aż świerzbiło w oczach. Wszyscy mieli na sobie kapelusze z piórami, które zdejmowali wtedy tylko, gdy zaczynali mówić z królem.
Większość z nich piła z bawolich rogów, ale niektórzy zajadali przytem chleb lub ogryzali kości pieczeni. Psów było tu tyle, że na człowieka wypadało conajmniej po dwa. Leżały one u nóg biesiadników, czekając na kości, na które się hurmem rzucały. Naturalnie wszczynała się zażarta walka, przy akompanjamencie takiego ujadania, ryku i hałasu, iż niepodobna było ciągnąć dalej rozmowę. Ale nikt nie wykazywał z tego powodu zniecierpliwienia, — odwrotnie — wszyscy chętnie przerywali biesiadę, by z napiętą uwagą śledzić walkę psów. Podnoszono się z miejsc, ażeby lepiej widzieć, damy i muzykanci zwieszali się w tym samym celu poprzez balustradę.
Od czasu do czasu komuś z obecnych wyrywał się okrzyk entuzjazmu i uznania. W końcu zwycięzca wygodnie rozciągał się na ziemi i, zlekka jeszcze warcząc, gryzł zdobytą kość, a z nią razem i podłogę, co czyniły również i inne psy, zwycięzcy w poprzednich walkach. Przy stole wznawiały się z powrotem przerwane rozmowy.
Naogół mowa i zachowanie się tych ludzi było względnie delikatne i uprzejme. Jak spostrzegłem, wysłuchiwali oni z powagą i uważnie mówiącego, naturalnie w przerwach pomiędzy żarciem się psów. Lecz, niestety, mieli oni wspólne cechy z dziećmi, mianowicie — kłamali. Kłamali ze zdumiewającą wprawą i z niemniej zdumiewającą niezręcznością, życzliwie wysłuchując przytem cudzych fantastycznych opowiadań i biorąc najbardziej wierutne łgarstwa za czystą monetę. Nie można było nazwać ich okrutnikami lub ludźmi krwiożerczymi, ale tem nie mniej opowiadali oni z taką szczerą przyjemnością o krwawych przygodach i zadanych przez się mękach, że nawet ja zapominałem przytem się wzdrygnąć.
Nie byłem tu jedynym jeńcem.
Prócz mnie było tu jeszcze przeszło dwudziestu. Nieszczęśliwi! Większość z nich była straszliwie pokaleczona, pomasakrowana i poraniona! Na włosach ich, na twarzy i na ubraniu widniały ślady spiekłej krwi. Bezwątpienia, ludzie ci przechodzili przez potrójną mękę: zmęczenia, głodu i pragnienia. Ale nikt im nie współczuł, nikt nie dbał o nich, nikt nie pomyślał, że należy obmyć rany i przynieść im przynajmniej jakąkolwiek ulgę. I nikt również nie usłyszał od nich najmniejszej skargi, najlżejszego jęku i nie widział nawet śladu cierpień.
Mimowoli i ja dałem się opanować okrutnej myśli:
„Kanalje, przecież podobnie postępowaliście i wy ze swymi jeńcami, teraz na was przyszła kolej. Wasz filozoficzny spokój i hart nie jest skutkiem duchowej i intelektualnej siły, lecz gruboskórnością i bydlęcym brakiem wrażliwości. Jesteście białymi indjanami“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.