<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
III. RYCERZE OKRĄGŁEGO STOŁU.

Przy Okrągłym Stole po większej części nie rozmawiano, lecz wypowiadano monologi — rozwlekłe sprawozdania z tego, jak rozmaici jeńcy zostali wzięci do niewoli, a ich przyjaciele zabici lub pozbawieni rumaków i uzbrojenia, W gruncie rzeczy ze wszystkiego, co opowiadano, można było wywnioskować, że te wszystkie mordy i krwawe potyczki nie były dokonywane w celu zemsty lub obrony, ani nawet nie były porachunkiem za dawne obrazy. Naogół były to zwykłe pojedynki pomiędzy zupełnie obcymi sobie ludźmi, którzy przedtem się nigdy nie widzieli i nie żywili do siebie najmniejszej urazy.
Kiedyś, dawnemi czasy, zdarzało mi się widzieć nieznających się zupełnie chłopców, którzy spotkawszy się, mówili jednocześnie: „A wiesz, mógłbym cię pobić, gdybym zechciał!“ i z miejsca wszczynali bójkę. Lecz dotychczas byłem przekonany, że tego rodzaju rzeczy mogą się dziać jedynie między dziećmi. Tutaj zaś ni z tego ni z owego naskakiwały na siebie olbrzymie dorosłe draby. I nie bacząc na to, było coś pociągającego, coś miłego w tych wielkich prostodusznych stworzeniach. Piękny męski wyraz miały twarze nieomal wszystkich tych ludzi, — na niektórych zaś prócz tego odzwierciedlały się dobroć i majestat, wobec których znikała chęć krytyki i potępienia. Szczególnie odbijały od innych wyrazem szlachetności oblicze i postać tego, którego nazywano tu Galahadem oraz męska postać samego króla i sir Lancelota.
To, co się zdarzyło po obiedzie, zwróciło uwagę wszystkich na tego ostatniego rycerza. Na znak osoby, pełniącej tu funkcje mistrza ceremonji, sześciu czy ośmiu jeńców powstało i wystąpiło naprzód. Przyklęknąwszy i podniósłszy ręce w kierunku galerji, gdzie siedziały damy, błagali o łaskę przemówienia do królowej. Jedna z dam, zajmująca według wszelkich pozorów najbardziej wysokie stanowisko, z wdziękiem skinęła głową na znak zgody. Wówczas człowiek, przemawiający w imieniu jeńców, zdał siebie oraz swych towarzyszy na jej łaskę i niełaskę, prosząc aby obdarzyła ich wolnością lub pozwoliła im złożyć wykup, jeśli zechce, lub też aby kazała rzucić ich do lochu, albo skazać na śmierć, jeśli taka jest jej wola. Stoją zaś tu oni wszyscy z rozkazu sir Keya, który dzięki swej cudownej sile, odwadze i waleczności zwyciężył ich w rycerskiej walce i uczynił ich swoimi jeńcami.
Zdumienie odmalowało się na wszystkich twarzach. Łaskawy uśmiech królowej ustąpił miejsca wyrazowi rozczarowania, gdy tylko usłyszała imię sir Keya, a paź zjadliwie szepnął mi na ucho:
— Sir Key, rzeczywiście! Nazwiesz mnie osłem, jeżeli spotkasz kiedykolwiek i gdziekolwiek takiego łgarza jak on!
Wszystkie spojrzenia zwróciły się z wyrazem surowego zapytania ku sir Key’owi. Lecz ten nie drgnął nawet i jako zręczny gracz nieoczekiwanem posunięciem zaszachował swych przeciwników. Powiedział, że będzie odtwarzał tylko nagie fakty, nie komentując ich zupełnie, poczem dodał:
— Jeżeli będziecie uważali, iż należy kogokolwiek sławić i złożyć mu hołd, złożycie go temu, którego ramię zawsze uważane było za najbardziej potężne i którego tarcza i miecz nie zostały jeszcze nigdy zwyciężone — temu, który siedzi tutaj, wśród was. — Przytem rycerz wskazał na sir Lancelota.
Teraz sir Key zaczął opowiadać o tem, jak sir Lancelot podczas swych samotnych wędrówek w krótkim czasie zabił siedmiu wielkoludów i oswobodził z niewoli sto czterdzieści dwie uwięzione damy, poczem wyruszył dalej w poszukiwaniu przygód, bez przerwy walcząc, aż spotkał jego (sir Keya) rozpaczliwie i beznadziejnie walczącego przeciwko dziewięciu cudzoziemskim rycerzom. Sir Lancelot sam jeden napadł na nich i ich zwyciężył. Tej samej nocy sir Lancelot włożył na siebie zbroję sir Keya, zabrał jego konia i wyruszył w dalszą podróż. Wkrótce zwyciężył on szesnastu rycerzy w jednej walce i trzydziestu czterech w drugiej. Wszystkim im wraz z poprzednimi dziewięcioma rozkazał niezwyciężony rycerz udać się na Zielone Świątki na dwór króla Artura, zdać się na łaskę i niełaskę królowej Ginewry po uprzedniem oświadczeniu, że są jeńcami sir Keya.
Oto jest tu sześciu z pośród tych jeńców, a reszta stanie przed królewskiem obliczem, kiedy zagoją się ich rany.
Jakim silnym rumieńcem płonęło oblicze królowej, jak radośnie się uśmiechała i jakie wymowne spojrzenia rzucała sir Lancelotowi, spojrzenia, któreby rycerz przypłacił zapewne życiem w Arkanzasie. Wszyscy zachwycali się odwagą i szlachetnością sir Lancelota, co do mnie zaś to nie mogłem się dość wydziwić sile tego człowieka, który sam jeden, bez wszelkiej pomocy, wziął do niewoli i zwyciężył cały oddział takich doświadczonych szermierzy. Wyraziłem swe zdumienie Klarensowi, który wybuchł takim śmiechem, że aż się zatrzęsło czerwone pióro na jego czapeczce.
— O, gdyby sir Keyo’wi pozostawiono dość czasu i gdyby opróżnił jeszcze jeden dzban kwaśnego wina, wówczas wszystkie te liczby wzrosłyby z pewnością w dwójnasób!
Spojrzałem niedowierzająco na chłopca i nagle spostrzegłem, że wzrok jego wyrażał głęboką rozpacz. Odwróciwszy się, ujrzałem sędziwego starca o długiej siwej brodzie, odzianego w czarne obszerne szaty, który w tej właśnie chwili wstał z za stołu i chwiejąc się i trzęsąc starą słabą głową, wpatrywał się we wszystkich obecnych mętnemi oczyma. Ten sam cierpiący wyraz, który zauważyłem na twarzy pazia, zjawił się również na twarzach wszystkich obecnych. Był to wyraz pokornego stworzenia, które musi cierpieć bez jęku.
— Mój Boże! — rzekł chłopak — znowu rozpocznie tę samą historję, którą już opowiadał tysiąc razy w jednych i tych samych słowach i którą będzie opowiadał zawsze, aż do samej śmierci. Będzie to opowiadał za każdym razem dopóty, dopóki jego dzban będzie pełny i dopóki będzie mógł obracać językiem.
— Kto to taki? — zapytałem.
— Merlin — wszechmocny łgarz i czarownik, niech go djabli porwą z jego przeklętem opowiadaniem! Lecz tutaj wszyscy lękają się go, gdyż w jego rękach są grzmoty i błyskawice i wszystkie duchy piekielne są powolne jego rozkazom. Dawno już powinny były przegryźć mu wnętrzności i zetrzeć go w proch wraz z jego bujdami! Opowiada on zawsze o sobie w trzeciej osobie, ażeby upewnić wszystkich co do swej skromności i braku zarozumiałości. Niech będzie przeklęty i niech spadną nań wszystkie nieszczęścia!! Drogi przyjacielu, obudź mnie, gdy zadzwonią na odwieczerz.
Chłopiec oparł się o me ramię i przygotował się do spoczynku; starzec rozpoczął opowiadanie. Chłopiec w istocie momentalnie zasnął, zasnęły również psy, cały dwór, słudzy i żołnierze. Rozbrzmiewał tylko równy, monotonny głos, a dookoła odpowiadało mu łagodne, harmonijne chrapanie biesiadników, przypominające miarowy akompanjament dętych instrumentów. Niektórzy oparli głowy na złożonych rękach, drudzy mieli głowy zarzucone wtył z szeroko rozwartemi ustami.
Muchy brzęczały i dokuczały wszystkim bez przeszkody, szczury powyłaziły ze setek dziur i szczelin i biegały wszędzie, czując się jak u siebie w domu. Jedna z myszy usiadła niby wiewiórka na głowie króla i, trzymając w podniesionych łapkach kawałek sera, z bezwstydnem zuchwalstwem rzucała mu w twarz ogryzki. W tem wszystkiem było coś uspokajającego, coś, co skłoniło ku spoczynkowi zmęczone oczy i umysł. Oto co opowiadał czarnoksiężnik:
„Tak wyruszyli w drogę król i Merlin i jechali, dopóki nie napotkali pustelnika, który był poczciwym człowiekiem i świetnym lekarzem. Zbadał on rany króla i podarował mu cudotwórczą maść. Król pozostał tam przez 3 dni, dopóki nie zagoiły się jego rany, a gdy mógł już dosiąść konia, wyruszył w drogę. Kiedy tak jechali, król Artur rzekł: — Nie mam miecza. — To nic — odpowiedział Merlin — zaraz znajdziemy miecz, który będzie twoim.
Tak jechali dalej, dopóki nie dojechali do bardzo wielkiego jeziora, którego woda była nadzwyczaj przezroczysta. Z fali jeziora wyłoniła się ręka, odziana w białą brokatową rękawicę, ręka ta dzierżyła przepiękny miecz. — Oto jest ten miecz — rzekł Merlin — o którym mówiłem. — W tej samej chwili ukazała się dziewica, wychodząca z głębi jeziora. — Kim jest ta dziewica? — zapytał Artur. — Dziewica ta jest królową jeziora — odpowiedział Merlin. Na dnie tego jeziora znajduje się skała i jest tam tak dobrze, jak nigdzie na świecie. Dziewica ta zaraz podejdzie do ciebie i wtedy poprosisz ją uprzejmie, żeby ci ofiarowała miecz. I rzeczywiście dziewica podeszła do Artura i serdecznie go powitała, na co król odpowiedział tem samem i zapytał: „Piękna dziewico, co za miecz trzyma ta ręka nad wodą, chciałbym go wziąć sobie, gdyż własnego nie posiadam“. „O sir, królu Arturze, ten miecz należy do mnie i dam ci go, jeżeli spełnisz moją prośbę“ — odrzekła dziewica. „Przysięgam, że dam ci zań wszystko, czego zapragniesz!“ „Dobrze, tam stoi łódka, wsiądź więc do niej i wiosłuj w kierunku miecza i weź go sobie wraz z pochwą, a w swoim czasie zażądam zań wynagrodzenia“. Wówczas sir Artur i Merlin zsiedli z koni, uwiązali je do drzew, wsiedli do łódki i dojechali do miecza, który trzymała ręka. Sir Artur wziął miecz za rękojeść i wyjął go z ręki, która natychmiast znikła pod wodą. Potem wyszli na brzeg, dosiedli koni i pojechali dalej. Wówczas sir Artur zobaczył bogaty zamek. „Do kogo należy ten wspaniały zamek?“ — zapytał towarzysza. — „Jest to pałac ostatniego rycerza, z którym walczyłeś, imieniem sir Pellynor. Ale jego samego niema w domu. Jest on poróżniony na śmierć z jednym z rycerzy, ze szlachetnym Egglamenem. Stoczyli już oni ze sobą walkę i w końcu Egglamen uciekł, gdyż w przeciwnym razie postradałby życie. Pellynor ściga go aż do Karlionu i zapewne spotkamy go w drodze“. „To dobrze“ — rzekł Artur — „mam teraz miecz, mogę walczyć i w ten sposób się zemszczę“. „O sir, nie powinieneś tego czynić!“ — powiedział Merlin — „bowiem rycerz jest znużony walką i pościgiem i nie będzie dla ciebie zaszczytem zwyciężyć go. Posłuchaj mojej rady, przepuśćmy go w spokoju, a wkrótce ci się przyda, zaś po jego śmierci przydadzą się również jego synowie. Niebawem przyjdzie czas, kiedy oddasz za niego swoją siostrę“. „Kiedy go zobaczę, postąpię według twojej rady“ — powiedział Artur. Następnie sir Artur zaczął oglądać swój miecz i ogromnie się nim zachwycał. „Co ci się bardziej podoba“ — zapytał Merlin — „miecz czy pochwa?“ „Miecz“ — rzekł Artur. „Źle wybrałeś“ — powiedział Merlin — „pochwa jest warta dziesięciu mieczy, ponieważ dopóki masz przy sobie pochwę, nigdy nie dosięgnie cię wróg, nigdy nie zostaniesz ranny, zawsze wobec tego miej ją przy sobie“. Tak jechali w kierunku Karlionu i po drodze spotkali sir Pellynora. Lecz Merlin uczynił tak, żeby Pellynor nie dojrzał Artura i bez słowa przejechał koło nich. „To dziwne“ — powiedział Artur — „że rycerz nic nie mówił“. „Sir“ — odrzekł Merlin — „on nie widział nas, bo gdyby widział toby nie przejechał w milczeniu“. W ten sposób przyjechali do Karlionu, gdzie rycerzy ogromnie ucieszyło ich przybycie. A gdy usłyszeli o ich przygodach, ogromnie się dziwili, że król naraża swą osobę na takie niebezpieczeństwo. Lecz później wszyscy mówili, że wielkiem szczęściem jest posiadać króla, który naraża swe życie narówni ze zwykłymi rycerzami“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.