<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV. SIR DINADAN ŻARTOWNIŚ.

Mnie osobiście ogromnie się spodobała ta oryginalna i ładnie opowiedziana bajka, lecz słyszałem ją przecież po raz pierwszy; zapewne równie dobre w rażenie czyniła na innych, dopóki się nie znudziła.
Tymczasem sir Dinadan, zwany Żartownisiem, obudził się pierwszy i obudził innych żartem może niezbyt skomplikowanym, ale który tutaj, jak się okazało, zdobył sobie powszechne uznanie. Przywiązawszy do ogona jednego z psów metalowy kocioł, wypuścił go z rąk. Pies w śmiertelnym przestrachu popędził przed siebie, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, przerażony latał z kąta do kąta, mając za sobą całą psiarnię i wywołując nieopisany hałas uderzeniami kotła o podłogę, przyczem przewracał wszystko, co napotkał po drodze. Powstał prawdziwy chaos. Ten hałas, harmider i bieganina obudziły wszystkich i wszyscy dookoła, damy i rycerze, pokładali się ze śmiechu, śmieli się do łez, w paroksyzmie śmiechu spadając z krzeseł i tarzając się po podłodze. W owych chwilach w zupełności przypominali dzieci. Co do sir Dinadana to ów, zachwycony swym pomysłem, aż do zupełnego ochrypnięcia i z coraz nowemi szczegółami opowiadał o tem, jak ten nieśmiertelny pomysł przyszedł mu do głowy. Jak wszyscy żartownisie tego rodzaju, sir Dinadan śmiał się sam ze swego kawału najwięcej i najdłużej ze wszystkich. Powodzenie tak go wbiło w dumę, że zdecydował się wygłosić mowę. Wydaje mi się, że przez całe życie nie słyszałem tylu starych, oklepanych dowcipów, co w tej mowie. To było coś gorszego od zawodzenia wędrownego żebraka i od kawałów klowna w prowincjonalnym cyrku. Było jakoś niewymownie smutno siedzieć tysiąc trzysta lat przed własnem narodzeniem i słuchać nędznych, płaskich, politowania godnych dowcipów, które nie wydawały mi się śmieszne już za czasów mego dzieciństwa.
Ale tu widocznie były one ostatniem słowem humoru, wszyscy słuchając tych starożytności zrywali sobie boki ze śmiechu, z czem zresztą zdarzało mi się nieraz spotykać i w późniejszych, współczesnych mi czasach. Nie śmieszyły one tylko mego sąsiada pazia, a raczej śmieszyły w tym sensie, że nie było tu słowa, któregoby nie wyśmiał i człowieka, z któregoby nie kpił. Twierdził on, że przeważna część żartów sir Dinadana zbutwiała od starości, pozostała zaś skamieniała. Określenie „skamieniała“ bardzo mi się spodobało, — zauważyłem nawet, że tego rodzaju dowcipy należałoby odnieść do jednego z geologicznych okresów. Lecz zdaje się, że ten mój dowcip nie znalazł najmniejszego oddźwięku, gdyż geologja w owych czasach nie została jeszcze stworzona. Biorąc to wszystko pod uwagę, postanowiłem ucywilizować ten kraj i zmienić wszystko do gruntu, rozumie się, jeśli mi się uda szczęśliwie wydostać z tej opresji.
Teraz wstał sir Key: tym razem ja zostałem wzięty w obroty. Opowiedział, jak mnie spotkał w dalekim kraju barbarzyńców, gdzie wszyscy moi ziomkowie byli ubrani w taki sam śmieszny ubiór. Ubiór ten jest zaczarowany i broni tych, którzy go noszą, od wrogiej broni. Jednakowoż przy pomocy Boskiej udało mu się zniweczyć czary i zabić w trzygodzinnej walce trzynastu rycerzy, towarzyszących mi, a mnie wziąć do niewoli, przyczem darował mi życie, by mieć możność pokazania mnie królowi i rycerzom Okrągłego Stołu, jako niespotykanego dziwu. Mówiąc o mnie sir Key używał przez cały czas mnóstwa pochlebnych dla mnie określeń w rodzaju: „ten potworny olbrzym“, „to okropne straszydło wielkości baszty“, „ten ludożerca o olbrzymich kłach“ i t. p. W szystkie te epitety wymawiał z niezwykle naiwną wiarą, bez najlżejszego uśmiechu i zdawało się, że rycerze istotnie nie spostrzegają jawnej dysproporcji pomiędzy temi określeniami a mną.
Dalej opowiadał, że ratując się od niego, jednym susem wskoczyłem na drzewo wysokości dwustu łokci, lecz strącił mnie stamtąd kamieniem wielkości krowy, który pogruchotał mi wszystkie kości, wreszcie sprowadził mnie tutaj, aby zaprezentować na dworze króla Artura. Skończył na tem, iż wydał na mnie wyrok śmierci, który miał być wykonany dwudziestego pierwszego czerwca w południe. Powiedział to przytem tak obojętnie, że nawet zatrzymał się, by ziewnąć, zanim wymienił datę. Czułem się przez cały czas bardzo nieszczególnie, nie bardzo nawet byłem w stanie przysłuchiwać się sporom co do tego, jakiego rodzaju śmierć ma mi przypaść w udziale. Spór wynikł z powodu czarów, zawartych w mem ubraniu. Ubranie moje było najzwyklejsze w świecie, kupione w konfekcyjnym magazynie za piętnaście dolarów. Jednakowoż miałem na tyle przytomności, by zwrócić uwagę na jeden niezmiernie ciekawy szczegół; oto znaczna część słówek i wyrażeń, używanych między innemi przez to szlachetne zebranie najlepiej urodzonych dam i gentlemanów kraju, była tego rodzaju, że słuchając ich, spłonąłby rumieńcem najgorszy włóczęga. Wyraz: nieprzyzwoitość byłby o wiele za słaby dla określenia tonu tej rozmowy. Tymczasem wszyscy byli tak zafrasowani czarodziejskiemi właściwościami mojego ubrania, że nie mogli się poprostu uspokoić, dopóki Merlin nie w padł na istotnie prosty i naturalny pomysł i nie poradził poprostu ściągnąć ze mnie ubranie.
W mgnieniu oka byłem nagi jak język! Rozpatrywano mnie i debatowano na temat mojej osoby tak obojętnie, jakgdybym był nie człowiekiem, lecz głową kapusty. Królowa Ginewra nawet z naiwnem zaciekawieniem studjowała moją figurę i wreszcie oświadczyła, że u nikogo jeszcze nie widziała tak ładnych nóg jak moje. Koniec końców zostałem odesłany do jednego pomieszczenia, a moje nieszczęsne ubranie do drugiego. Wrzucono mnie do podziemia, dano nędzne resztki obiadu, zgniłą wilgotną słomę zamiast pościeli i wreszcie mnóstwo szczurów jako towarzystwo.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.