<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VIII. TURNIEJ.

W Camelocie często odbywały się wielkie turnieje. Były to bardzo interesujące, zabawne i barwne rzezie ludzi, podobnie jak bywa rzeź byków, — choć nieco nużące dla rozsądnego umysłu. Jakkolwiekbądź, byłem zawsze na nich obecny, gdyż człowiek nie powinien unikać rozrywek, lubianych przez jego przyjaciół, szczególnie, jeśli zajmuje państwowe stanowisko. Pozatem, jako mąż stanu pragnąłem zbadać turnieje, ażeby wprowadzić do nich w razie potrzeby te lub inne ulepszenia. A propos, muszę powiedzieć, że jedną z pierwszych rzeczy, jaką wprowadziłem, był urząd dla wydawania patentów. Miałem trwałe przeświadczenie, że kraj bez urzędu patentowego i bez przyzwoitych ustaw patentowych będzie zawsze cofał się, zamiast kroczyć naprzód. Turnieje odbywały się niemal co tydzień i niejednokrotnie już rycerze, jak sir Lancelot i inni, proponowali mi wzięcie udziału w nich, lecz wymawiałem się zawsze, tłumacząc się brakiem czasu i przyzwyczajenia. Dopóki nawa państwowa jeszcze nie w zupełności sprawnie działa, należy pilnie baczyć na nią i nie wypuszczać steru z ręki.
Jeden z turnieji trwał cały tydzień bez przerwy i przeszło pięciuset rycerzy brało w nim udział. Zjeżdżali się oni w ciągu kilku tygodni. Przybywali konno zewsząd z najbardziej oddalonych zakątków kraju, nawet z za morza. Wielu przyjechało z damami, w otoczeniu całego dworu i sług. W tłumie tym olśniewającym wspaniałością szat i zbroi odzwierciedlały się najbardziej charakterystyczne cechy owej epoki zarówno pod względem zwierzęcości instynktów i brutalnej rozwiązłości mowy, jak i pod względem dobrodusznej obojętności w reagowaniu na wszelkie sprawy etyki, która cechowała tych ludzi. Po całych dniach staczano walki, a po nocach tańczono, śpiewano, grano w kości, a ze szczególnem zamiłowaniem oddawano się pijatyce. Było to milutkie, co się nazywa spędzanie czasu. Trudno sobie wyobrazić ludzi tego rodzaju. Ławki, zajęte szlachetnemi damami, olśniewały barbarzyńskim przepychem. Kiedy któryś z rycerzy spadał z konia na arenę, oblewając się krwią, przeszyty drzewcem włóczni grubości swej łydki, wówczas piękne damy zaczynały entuzjastycznie oklaskiwać widowisko i wychylać się na zawody, by mu się lepiej przyjrzeć. Jeżeli zaś jakaś lady ze smutkiem chowała twarz w chustkę od nosa, to można było z pewnością powiedzieć, iż się martwi, że nie może zwrócić uwagi otoczenia na jakąś skandaliczną historję, równocześnie się rozgrywającą wśród widzów.
Wszelki hałas w nocy uważałem zawsze za coś arcyniemiłego, w obecnych warunkach stosunek mój do tego radykalnie się zmienił: nocny hałas przynajmniej w pewnej mierze zagłuszał chrzęst kości barbarzyńsko amputowanych rąk i nóg, połamanych w szrankach poprzedniego dnia. Przedemną przelewano krew i łamano dobrą hartowaną stal, ja zaś marzyłem o tym czasie, kiedy noże i topór zastąpi kilof i motyka mojego stulecia. Tymczasem nietylko pilnie obserwowałem rozgrywający się codzień turniej, ale prócz tego opisywałem go szczegółowo pewnemu wykształconemu mnichowi z utworzonego przezemnie departamentu publicznej moralności i rolnictwa.
Ten ostatni notował moje obserwacje dla przyszłego pisma, które zamierzałem wydawać z chwilą, gdy naród posunie się odrobinę w swym rozwoju. Pierwsze, co jest niezbędne młodemu państwu — to urząd patentowy, szkoła i wreszcie prasa. Prasa ma swoje wady, a nawet ma ich wielką ilość. Lecz jest przytem jedynym głosem z grobu umarłej nacji, któremu ta zawdzięcza poniekąd swą prawdziwą nieśmiertelność. Bez gazety nie podobna sobie wyobrazić kulturalnego narodu. Tymczasem postawiłem sobie za zadanie przygotować reporterkę VI stulecia.
Pater był człowiekiem obrotnym i wziął się do rzeczy umiejętnie i rozsądnie. Miał on szczególnie djabelską pamięć do szczegółów, a przytem doskonale potrafił zachować miejscowy koloryt i charakter epoki. Pozatem klecha potrafił mistrzowsko prawić komplementy rycerzom, naturalnie nie wszystkim lecz bardziej wpływowym. Potrafił także, jeżeli zachodziła ku temu potrzeba, delikatnie przesadzić, którą to umiejętność nabył, będąc odźwiernym u pewnego pustelnika, mieszkającego w chlewie i czyniącego cuda.
Wprawdzie w sprawozdaniu mnicha brak było pompy i efektownych ponurych opisów, tak że właściwie mówiąc, nie były one ściśle zgodne z rzeczywistością, lecz jego specyficzne zalety z nawiązką wynagradzały te braki. Jego archaiczny wytworny opis tchnął czarowną wytwornością i przepojony był aromatem ówczesnego krasomówstwa.
Tego dnia zaszedł pewien drobny epizod, brzemienny w nader poważne dla mnie konsekwencje. Zaczęło się to od tego, że Harry szalał w szrankach. Imieniem tem nazywam sir Harretha. Ta pieszczotliwa nazwa wskazuje, iż jestem dlań jak najuczciwiej usposobiony. Naturalnie, że imieniem tem nazywam go tylko w myśli, gdyż żaden rycerz nie mógłby się zgodzić na taką poufałość względem siebie z mej strony. Ale słuchajcie dalszego ciągu. Siedziałem właśnie w loży, specjalnie udzielonej mi do mojej dyspozycji, jako najwyższemu dostojnikowi państwa. Sir Dinadan w oczekiwaniu swej kolei wstąpił do mnie na pogawędkę. Żartowniś ten pasjami lubił mówić ze mną, sądząc, że jako cudzoziemiec nie zdążyłem jeszcze zapoznać się z całym repertuarem jego anegdot, których przeważna część nikogo już, prócz niego, nie śmieszyła. Co do mnie, to zawsze zachęcałem go do opowiadania dowcipów i czułem nawet głęboką wdzięczność za to, że zwolnił mnie od wysłuchania pewnego kawału, który słyszałem już setki razy i który na nieszczęście był również i jemu znany. Kawał ten jest powtarzany niezmiennie przez wszystkich dowcipnisiów Ameryki od Kolumba aż do naszych czasów. Opowiada on o pewnym prelegencie-humoryście, który bitą godzinę wysilał się przed prostackimi słuchaczami, nie mogąc wywołać ani jednego wybuchu śmiechu. Kiedy wreszcie skończył, zbliżył się doń jakiś siwy prostak, uściskał mu dłoń i oświadczył, że w życiu swojem on i wszyscy obecni nie słyszeli nic zabawniejszego, ale że się bali śmiać, aby nie obrazić prelegenta. W gruncie rzeczy anegdota ta nie zasługuje na specjalną uwagę, a jednak powtarzano ją już dziesiątki, setki, tysiące, miljony i biljony razy we wszystkich zakątkach kuli ziemskiej. Łatwo więc sobie wyobrazić, jakie uczucie budził we mnie ten uzbrojony od stóp do głów osioł, kiedy odgrzebał nagle z mroku przedhistorycznych czasów, z tego okresu, kiedy jeszcze nawet nie słyszano o pochodach krzyżowych, ten nieszczęśliwy kawał. Zaledwie zdążył mi go opowiedzieć, wywołano go do szranków, i sir Dinadan, brzęcząc jak koń, obładowany pustemi butelkami, wyszedł z mej loży. Oczywista, że opowiadanie tego dowcipu przez sir Dinadana zlekka mnie zamroczyło. Otworzyłem oczy w chwili, kiedy właśnie sir Harreth, który, jak się rzekło, szalał tego dnia na arenie, powalił go straszliwym ciosem na ziemię. „Mam nadzieję, że jest zabity.“ wyszeptałem bezwiednie głośno, z nadzieją w głosie. Na nieszczęście, sir Harreth przed chwilą wysadził z siodła sir Sagramora le Desirousa, który znalazłszy się w pobliżu mnie, usłyszał te słowa i wziął je do siebie. A jeśli któryś z tych głąbów wbił sobie coś do głowy, to niepodobna mu już było tego wyperswadować. Wiedziałem o tem dobrze i nie zadałem sobie nawet trudu tłumaczyć się przed nim. Rozwścieczony rycerz oświadczył, że porachuje się ze mną za jakieś 3—4 lata. Jako miejsce spotkania wyznaczył arenę, na której został znieważony. Odrzekłem, że jestem do jego usług natychmiast po jego powrocie z pochodu. Sir Sagramor wybierał się bowiem w pochód krzyżowy. Całe tłumy rycerstwa ruszały podówczas w te pochody. Podróż trwała zazwyczaj kilka lat. Wszyscy ci jegomoście szukali gorliwie Świętego Grobu, chociaż nikt z nich nie miał dokładnych wiadomości, w jakim kierunku należy go szukać. Przypuszczam nawet, że w gruncie rzeczy nikt z nich nie miał nadziei go odnaleźć. Co rok szykowała się ekspedycja w celu znalezienia Grobu, a następnego roku wyruszała druga na poszukiwanie pierwszej. Było to coś w rodzaju ekspedycji podbiegunowych. Pozostawała mi więc jeszcze jedna nadzieja: że postrzeleńca, który mnie wplątał w całą tę niemiłą historję, wezmą po drodze wszyscy djabli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.