<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VII. WIEŻA MERLINA.

Ponieważ byłem drugą osobą w państwie i reprezentowałem zarówno władzę polityczną, jak i wszelką inną, przeto składano mi hołdy, odpowiadające memu wysokiemu stanowisku. Ubrano mnie w odzież z jedwabiu i aksamitu, haftowaną złotem, co czyniło ją ogromnie niewygodną. Na skutek konieczności jednak, prędko się do tej niewygody przyzwyczaiłem. Co do pomieszczenia to wyznaczono dla mnie w pałacu najpiękniejsze komnaty, ustępujące przepychem jedynie królewskim apartamentom. Było w nich duszno od jedwabnych zasłon na oknach, pstrych i krzyczących. Na podłodze jednak zamiast dywanów leżała najrozmaitszych rodzajów trzcina.
Co się zaś tyczy najbardziej elementarnych wygód, to były one tu całkiem nieznane. Masywne dębowe krzesła były coprawda ładne, ale siedzenie na nich traktować należało jedynie jako łagodny rodzaj tortur. Ani mydła, ani zapałek, ani lustra tu nie znano. Miast tego ostatniego używano metalowych blatów, lecz przejrzeć się w nich można było mniej więcej z tem samem powodzeniem, co w misce z wodą.
I przytem — ani jednej chromo-litografji! Gdy byłem na fabryce sam zajmowałem się tą sztuką i przyzwyczaiłem się ją niejako uważać za część samego siebie. Smutek mnie ogarniał, gdy patrzałem na otaczający mnie przepych i wspaniałość i martwe nagie ściany. Z żalem niekiedy przypominałem sobie swoje skromne mieszkanko w Hartfordzie, gdzie nie było pokoju, któryby nie był ozdobiony chromolitografją, lub przynajmniej znanym trójkolorowym obrazkiem „Niechaj Bóg błogosławi ten dom“, wiszącym nade drzwiami. W salonie u nas wisiało dziewięć chromolitografij, zaś tutaj w mej olbrzymiej sali przyjęć nie było niczego podobnego do obrazka z wyjątkiem czegoś w rodzaju wielkiej tkanej czy haftowanej kołdry, miejscami zacerowanej. Na tem dziele sztuki zresztą nie było ani jednej figury, ani jednej żywej barwy. Co się zaś tyczy jej proporcji, to sam Rafael przeraziłby się nią, nawet po swoim koszmarnym obrazie, znanym pod nazwą słynnego Kartonu Southamptońskiego Dworu. Ma on pozatem jeszcze kilka dziwacznych obrazów. Wogóle jest dla mnie czemś całkowicie niezrozumiałem to zachwycanie się sztuką Rafaela; malował on, jak ptak śpiewa; wszystkie jego obrazy są mdłe i cudaczne.
W zamku nie było oczywista dzwonków. Miałem coprawda wiele sług, ale kiedy któryś z nich był mi potrzebny, musiałem sam chodzić i szukać ich po korytarzach, gdzie wiecznie sterczeli.
Nie było ani gazu, ani świec; naczynia z bronzu wypełniane do połowy wstrętną oliwą z pływającą wewnątrz palącą się szmatką stanowiły jedyne oświetlenie. Bardzo wiele tych naczyń wisiało na ścianach, lecz światło ich nie wystarczało, by rozproszyć ciemności. Gdy się wychodziło w nocy, słudzy musieli oświetlać drogę pochodniami.
Nie było ani książek, ani atramentu, ani szkła w otworach, zwanych oknami. Lecz najbardziej dawał się odczuć brak takich niezbędnych produktów, jak herbata, cukier, kawa i tytoń. Wydawało mi się, że jestem drugim Robinsonem Krusoe, który trafił na bezludną wyspę, zamieszkałą przez mniej lub więcej oswojone zwierzęta, z trudem tylko mogące zastąpić ludzkie towarzystwo. Ażeby uczynić swą egzystencję znośną, musiałem tworzyć wszystko od nowa, czynić wynalazki i odkrycia. Zmuszony byłem wytężać swój umysł i pracować rękoma, musiałem przekształcać wszystko dookoła. Lecz to właśnie bardzo przypadało mi do gustu i odpowiadało mej naturze.
Jedno tylko niepokoiło mnie początkowo, to mianowicie, iż za wiele zaciekawienia wzbudzam w narodzie. Sądząc ze wszystkiego, cały kraj postanowił mnie obejrzeć. Wkrótce bowiem stało się wiadome, iż zaćmienie wzbudziło nieopisany popłoch śród całego ludu i że cały kraj, jak daleko sięga, znajdował się w panicznym przestrachu. Wszystkie klasztory, kościoły i cele pustelnicze przepełnione były wznoszącą modły ludnością, płaczącemi istotami, które święcie wierzyły, że nadchodzi koniec świata. Następnie zaczęły krążyć wiadomości, że przyczyną całego wydarzenia był cudzoziemiec, potężny czarownik na dworze króla Artura. Zgasił on słońce, jak świecę, gdy grożono mu śmiercią, lecz zdjął czary, za co sławią go teraz i za co powszechnie jest wielbiony i czczony, jako człowiek, którego potęga uratowała ziemię od zniszczenia a ludzkość od głodowej śmierci. Jeżeli zaś teraz czytelnik sobie wyobrazi, że nie było człowieka, któryby nie tylko ślepo nie wierzył temu wszystkiemu, ale któryby choć na chwilę śmiał wątpić w prawdziwość tego cudu, to zrozumie, że każdy starał się za wszelką cenę ujrzeć potężnego czarownika. Mówiono wyłącznie o mnie, wszystko pozostałe było zapomniane, nawet Król został usunięty na drugi plan. W ciągu dnia i nocy zewsząd przybywali posłowie i wysłannicy. Prosty lud tłumami szedł w kierunku zamku. Przeszło dwanaście razy dziennie zmuszony byłem ukazywać się tłumom ze czcią i nabożeństwem wpatrzonym we mnie. Było to nieco nużące i uciążliwe, chociaż nie można powiedzieć, by przykre było cieszyć się tak rozległą sławą i być przedmiotem ogólnych hołdów. Merlin zieleniał z zazdrości i złości, co również sprawiało mi niemałą przyjemność. Nie rozumiałem jednego tylko: dlaczego nikt nie prosił mnie o autograf. Poruszyłem tę kwestję, mówiąc kiedyś z Klarensem. Lecz, mój Boże, ile ogromnego wysiłku kosztowało mnie wyjaśnić mu, o co mi chodzi! Zrozumiawszy wreszcie, o czem mówię, oświadczył mi, że w całem państwie, prócz dziesiątka mnichów, nikt absolutnie nie umie ani pisać, ani czytać. W całym kraju! Proszę to sobie tylko wyobrazić!
Była jeszcze jedna okoliczność, która wprowadzała mnie w pewne zakłopotanie. Cały ściągający tu zewsząd lud bezwzględnie oczekiwał ode mnie jakiegoś nowego cudu. Było to zresztą zupełnie naturalne. Przyjemnie jest mieć możność pochwalenia się w kole swoich znajomych i bliskich że się widziało własnemi oczyma człowieka, któremu posłuszna jest ziemia i niebo, przyjemnie jest opowiadać o tych wszystkich cudach sąsiadom i wzbudzać w ten sposób ich zazdrość. Lecz o ile wzrośnie ta przyjemność, jeżeli się obejrzy nadomiar wszystkiego cud dokonany przez tak wielkiego człowieka! Nastrój był w najwyższym stopniu naprężony. Miałem co prawda na podorędziu zaćmienie księżyca, i wiedziałem dokładnie, kiedy nastąpi, lecz zostawało doń jeszcze dwa lata. Gotówbym był ofiarować wszelkie możliwe prerogatywy, gdyby się pośpieszyło, gdyż w tej chwili był na nie olbrzymi popyt. Złościło mnie, że nastąpi wtedy, gdy nikt zeń nie będzie mógł wyciągnąć takich korzyści, jakiebym obecnie mógł wyciągnąć ja.
Gdyby miało nastąpić za miesiąc, potrafiłbym jakoś grać na zwłokę, przygotowując wszystkich do wielkiego nowego cudu, lecz obecnie nie widziałem nic, coby mogło służyć podporą mojej reputacji czarnoksiężnika. A tymczasem Klarens niejednokrotnie mówił mi, że Merlin podjudza lud przeciwko mnie, nazywając mnie szarlatanem, który oszukuje ludzi i nie jest w stanie dokonać żadnego cudu. Należało działać i wobec tego zacząłem obmyślać nowy plan.
Korzystając z nadanej mi władzy, uwięziłem Merlina w baszcie, w tym samym lochu, do którego sam niegdyś zostałem wrzucony. Następnie obwieściłem przez heroldów, że w ciągu dwuch tygodni będę zajęty różnemi państwowemi sprawami, a w końcu tego terminu ześlę ogień z nieba i obrócę basztę Merlina w popiół. I niechaj się strzegą wszyscy rozpowszechniający o mnie oszczercze wieści oraz ci, którzy tych bzdur słuchają. Tych zaś, którzyby się nie zadowolili mającym nastąpić cudem, przyrzekłem zmienić w koni roboczych i zaprząc do najcięższej pracy. Po tej mojej odezwie zapanował spokój.
Częściowo wtajemniczyłem w swoje sprawy Klarensa, który musiał mi dopomóc w pracy. Powiedziałem mu, że cud, którego mam zamiar dokonać, wymaga pewnych przygotowań. Lecz dodałem, że nagła śmierć grozi temu, kto będzie o tych przygotowaniach opowiadał. Ostrzeżenie uśmierzyło jego wrodzony pociąg do gadulstwa. W najgłębszej tajemnicy, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, sporządziliśmy pewną ilość prochu, poczem przy pomocy zaufanych ludzi postawiłem na baszcie piorunochron i przeciągnąłem druty. Stara kamienna baszta była w gruncie rzeczy ruiną, ale o bardzo masywnej strukturze, — pamięć o niej sięgała jeszcze rzymskich czasów i obliczano, że ma około czterystu lat. Bluszcz spowijał ją od stóp do wierzchołka i nie bacząc na nieco prymitywne zarysy wyglądała bardzo efektownie. Stała na samotnem odosobnionem wzgórzu, mniej więcej pół mili od zamku lecz doskonale była zeń widziana.
Pracując po całych nocach, nadzialiśmy całą basztę prochem kładliśmy go nawet w ściany, które u podstawy dosięgały piętnastu cali grubości. Do każdego otworu wsypaliśmy conajmniej kwartę prochu. Z taką ilością można było wysadzić nawet wieżę Londyńską. Trzynastej nocy skierowaliśmy piorunochron na całą górę prochu i przeprowadziliśmy druty do wszystkich szczelin zapełnionych prochem. Po mojem oświadczeniu wszyscy omijali basztę zdaleka, lecz czternastego dnia uważałem za wskazane ponownie uprzedzić wszystkich przez heroldów, by nie podchodzili do baszty bliżej, niż na jedną czwartą wiorsty. Jednocześnie został obwieszczony termin dokonania cudu. Chorągwie oraz pałające pochodnie ostrzegały wszystkich przybyłych tu zewsząd gapiów. Burze zdarzały się ostatnio codziennie, więc nie lękałem się niepowodzenia. Na wszelki wypadek wymówiłem sobie jednak jeszcze dwa dni zapasowe, powołując się na ważne sprawy państwowe i oświadczając, że lud może jeszcze trochę zaczekać. Jak na złość dzień wypadł jasny i słoneczny, zdaje się że po raz pierwszy od dwóch tygodni. Odosobniwszy się, obserwowałem niebo. Od czasu do czasu urywał się do mnie Klarens, ogromnie zdenerwowany, by mi oświadczyć, iż ogólne podniecenie wzrasta coraz bardziej i bardziej.
Wszystkie okolice zamku, jak daleko oko sięgało, były zapełnione zbitą masą ludzi. Lecz oto powiał wiatr, ukazała się chmura, w tej samej chwili zaszło słońce. Chmura nabrzmiewała, mrok zgęszczał się i doszedłem do wniosku, że nadszedł czas, by się ukazać ludowi. Rozkazałem rozpalić pochodnie na baszcie, uwolnić Merlina i sprowadzić go do mnie. Po upływie kwadransa zeszedłem na dziedziniec, gdzie znalazłem króla, oraz cały dwór, wszystkich wpatrzonych w basztę Merlina. Mrok spotężniał do tego stopnia, że nie widziało się już nic niemal, prócz pochodni, jaskrawo pałających na wzgórku, na murach baszty i rzucających złowrogie odblaski na część zebranego tłumu i na zazębienia murów zamkowych.
Widok był ogromnie efektowny. Merlin przyszedł ponury i wściekły. Gdy wszedł, zwróciłem się do niego.
— Chciałeś mnie spalić żywcem gdy ci nie wyrządziłem żadnej szkody, następnie zaś, gdy ci się to nie udało, uporczywie starałeś się podważyć mą reputację. Wobec tego postanowiłem zesłać ogień z nieba i zetrzeć w proch twoją basztę, lecz możesz skorzystać z okazji, jeśli chcesz i pokazać swą przewagę nademną; weź magiczną laskę i działaj! Przyszła kolej na ciebie, pokaż, co możesz, zniwecz me czary i uratuj swe ruiny.
— Ja wiele mogę, sir, i pokażę, co potrafię! Nie wątp, że unieszkodliwię twoje czary!
Narysowawszy wyimaginowane koło na kamieniach spalił garstkę wonnego proszku, od którego rozszedł się dookoła aromatyczny dym. Wszyscy się mimowoli cofnęli, wielu się przeżegnało; większość czuła się bardzo nieswojo. Potem zaczął coś mamrotać, wykonując w powietrzu rękoma jakieś dziwne passy. Poruszał się powoli i monotonnie, tak, że długie i szerokie rękawy jego szat zataczały koła nakształt skrzydeł. Tymczasem burza się wzmagała, podmuchy wiatru gasiły płomień pochodni i mrok stawał się coraz gęstszy. Spadło kilka wielkich kropel deszczu, błyskawice bez przerwy przeszywały czarne niebo. Mój piorunochron lada chwila mógł zacząć działać. Nadszedł decydujący moment.
— Dałem ci dosyć czasu, powiedziałem Merlinowi. Pozwoliłem ci działać i nie wtrącałem się. Lecz widocznie czary twoje są zbyt słabe. Teraz przyszła kolej na mnie.
Zrobiłem trzy passy w powietrzu i nagle rozległ się ogłuszający huk, stara wieża wyleciała w powietrze i całe fontanny ognia przekształciły noc w dzień i oświetliły na przestrzeni co najmniej stu metrów tłumy ludzi w przerażeniu i popłochu padających na ziemię.
Był to prawdziwy cud.
Następnego dnia we wszystkich kierunkach od zamku ciągnęły się niezliczone ślady kół i nóg zostawione w grząskiem błocie. Sądzę, że gdybym potrzebował zebrać publiczność do powtórnego cudu, musiałbym się zapewne uciec do pomocy szeryfa.
Akcje Merlina spadły do zera. Król zamierzał początkowo pozbawić go pensji, chciał go nawet skazać na wygnanie, lecz wtrąciłem się do tego. Powiedziałem mu, że Merlin może się przydać do obserwowania i notowania zmian atmosferycznych i do rozmaitych innych drobiazgów. Tam zaś, gdzie jego zdolności czarodziejskie nie wystarczą, już ja go zastąpię. Coprawda z jego baszty nie zostało kamienia na kamieniu, lecz radziłem ją odbudować na koszt państwa, jemu zaś proponowałem, aby założył sobie w niej coś w rodzaju pensjonatu.
Jego wysokie stanowisko nie pozwoliło mu jednak się na to zgodzić. Radziłem mu z dobrego serca gdyż na wdzięczność jego trudno było liczyć. To prawda, że dola jego nie była do pozazdroszczenia. Trudno oczekiwać wdzięczności od człowieka, który stracił za jednym zamachem wszelkie wygody i przywileje, wbrew woli ustąpiwszy je komu innemu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.