Złoty robak/Niebieska czapeczka

<<< Dane tekstu >>>
Autor Mieczysław Piotrowski
Tytuł Złoty robak
Wydawca Czytelnik
Data wyd. 1968
Druk Drukarnia Wydawnicza w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Niebieska czapeczka

Paweł nie dokończył obiadu. Rzucił łyżkę w talerz z rosołem, odskoczył od stołu, pobiegł do swego pokoiku. „Co on tam?” — usłyszał niedbałe słowa ojca. Wpadł do pokoiku nieprzytomny. Zobaczył światło. Krótki błysk. Jakby w okienku, okienko wychodziło na ciemne schody, było niewielkim, mętnym kwadratem. Błysk przerastał wielkość kwadratu. Nie mógł pochodzić z żadnego źródła. Błysk powstał w nim samym, na jedną sekundę.
Przysiadł na żelaznym łóżku. Poczuł mdłości. Ogarnęła go fala obrzydzenia. Dostrzegł, że etażerka z książkami odpycha się od ściany, jakby zaraz miała runąć. Beznadziejna etażerka, kosz wiklinowy, wyładowany cegłą książek ponad siły kosza. Wiedział, że jest to atak gniewu. I omdlenie. Ręce mu drżały.
Wstał natychmiast, nie miał odwagi leżeć. Przeszedł pokój wzdłuż, były to dwa kroki, przysiadł na krześle. Zobaczył powierzchnię stołu przykrytego bibułą, poprzecieraną jak łachman, upstrzoną od uderzeń końcem ołówka, gdy skandując uczył się tu słówek. Nie rozumiał, odskoczył od tego łachmana, fala gniewu jednym brzegiem — wydawało mu się — dochodziła do drugiego, lukrowego brzegu śmierci. Zobaczył zarys poręczy za okienkiem, czarnej, obłej kreski, wzdłuż której skakały czasem, jak igła w maszynie do szycia, cienie głów wspinających się schodami lokatorów.
Czuł, jakby łyknął powietrza ponad wytrzymanie. Skoczył do okienka i przyłożył czoło do szybki. Przycisnął z całej siły. Całą wewnętrzną siłę skierował przeciw tej sile, która chciała go udławić. Zobaczył Wereszczyńskiego. Wereszczyński leżał we krwi na podłodze. „Ktoś” go zatłukł, nie zabił, lecz zatłukł, Wereszczyński wił się jak mucha i rzęził.
Drżenie rąk ustało. Drżenie połączone z jakąś nieprzyzwoitą chętką do śmiechu. Poczuł teraz falę odrazy. Do wszystkich ludzi.
Odraza zaczęła ustępować. Pomyślał o samotności. Lecz równocześnie rozum dyktował, że jej nie będzie. Dopóki jest tu, wśród tych, dopóty cierpieć będzie musiał tu, tych i z tymi.
Oświeciła go myśl, że wbrew wszelkim pozorom Wereszczyński nienawidzi Filipa.
Dziś przy stole, w krytycznym momencie, Angelika spojrzała na Wereszczyńskiego jakby z błaganiem o ratunek.
Nie dawała już losowi rady. Nie mogła być ustawicznie zabijana.
Dość tych upokorzeń — pomyślał. — Stanowczo dosyć!
Już przedtem nosił się z myślą, żeby rzucić gimnazjum, iść do blacharza na praktykę. Z rzemiosł to jedno mu odpowiadało. Było to prawie postanowione, lecz jeszcze bez ostatecznego nakazu. Już rozmawiał z pewnym budzącym zaufanie majstrem. Wtedy maturę zdawałby jako ekstern. Był zwinny, lekki, niewielki, nie miał zawrotów głowy, mógł kryć blachą dachy. Bo taka była specjalność upatrzonego majstra. Lecz potrzebne były pieniądze na opłacenie praktyki. Dość poważne, nie miał ich. Postanowił rozmówić się z Angeliką. Szkoda mu jej było. Liczył na jej rozsądek, łagodność, liczył na to, że go zrozumie.
W tej chwili doleciał go śpiew. Usłyszał głos Angeliki. Ze wstydu zasłonił dłońmi uszy. Doleciał go śmiech Filipa. Przesuwali stół, czyżby mieli zamiar tańczyć? Rzucił się na żelazne łóżko twarzą w poduszkę. Lecz nie tańczyli. Zeszli na dół po schodach, dokąd? Mignęły ich cienie, zbiegli z hałasem jak para obłąkanych. Zeszli pewno do „ogródka” na dole. „Ogródek” było to podwórko między murami, z połamaną altanką. Całość wielkości przeciętnego pokoju. Okolona okienkami piwnic. Na wprost był czerwony mur i furtka, zamknięta, bez klucza. Mogła kiedyś prowadzić do Arkadii. Arkadia z jednej i drugiej strony zamieniła się w bruk, w wybrukowaną pustynię. W „altanie” siadał czasem Filip i palił fajkę. Mógł tak palić przez kilka godzin. Gdy spojrzeć ze schodów na ciasny plan tego zakątka, za furtką był opuszczony podwórzec, stał tam wóz z podniesionymi dyszlami, nie było tam nic, nigdy nic być nie mogło, było tam ciasno i niewyraźnie, jedna i ta sama beczka stała od początku świata. Filip delektował się fajką. O czym myślał? Zeskrobywał myśli ze spleśniałych murów?
Wychodząc zostawili drzwi od mieszkania otwarte. Paweł poszedł, żeby je zamknąć. W dużym pokoju było już po nich, stół stał na swym miejscu, obiad zjedli spokojnie, na oparciu krzesła wisiała serweta, nigdy by do tego Angelika nie dopuściła.
Zniknęli, poszli gdzieś. Paweł podszedł do okna.
Zobaczył ich, stali nad wodą. To nadzwyczajne, być w takiej sytuacji, a oni tam sobie stoją: rodzice. Angelika oparła rękę o ramię Filipa. Stali i patrzyli na płynącą wodę. Angelika opierała się o ramię Filipa.
Łykał wstyd w szkole, koledzy mówili: „masz przystojną matkę”. Inaczej powinna wyglądać matka.
Poruszyli się nad wodą. Coś tam jakby wypatrywali. Z drugiego brzegu płynęła łódź. Jakiś stary człowiek wiosłował, naprzeciw niego w nogach siedział chłopiec w niebieskiej czapeczce. Nagle Paweł usłyszał, że Filip coś woła do tego starego. Rozmawia z nim na odległość, wymachuje ręką. Stary stanął w łodzi i coś odkrzykiwał. Wyglądało, że przyjaźnie, że są zaznajomieni. Łódź zaczęła się kierować w ich stronę.
Paweł odszedł od okna, poszedł w głąb pokoju. Wszystko się tu poprzecierało, wyszlifowało, spełzło, czystość nadawała biedzie jeszcze połysku, ściany miały cień w sobie, podobny do mgły, która myli odległość. A jeszcze gdy nad rzeką była mgła i stale otwarte okna. Na powierzchni drzwi wielkiej, tandetnej szafy — przez ustawiczne czyszczenie — wyszło to, co jest pod chorą skórą — ostre rysunki żyłek próchnienia.
Przypomniał sobie, że na strychu stoi odwrócony plecami jakiś stary kredens, być może o jakiejś cenie. Wrócił do swego pokoiku. Przez szybę okienka widać było kawałek poręczy schodów. Schody były niezwykle szerokie, jak do parlamentu. Zataczać się po nich można było z pięćdziesięcioma metrami nadkładki.




Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.