Z odczytem

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Z odczytem
Pochodzenie Sen o szpadzie i sen o chlebie
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Mortkowicza
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z ODCZYTEM
Do jakiej granicy rozpasania oświatowego doszły niektóre lubelskie żywioły, najlepiej zaświadczy fakt, że przestał im już wystarczać odczyt, który się poczciwym, starym obyczajem, po jednorazowem skomplikowaniu, obwoziło z miejsca na miejsce. Żywioły zaczęły żądać...

W dniu, którego data nie jest znowu tak dalece ważną, żeby ją aż drukiem ogłaszać, otrzymuje pan Ryzio kartkę, pisaną mirabile dictu! poprawną i tak ortograficzną polszczyzną, że mogłaby, i poniekąd winna, nawet w sferze renciarsko-rolnej znaleźć zastosowanie, z żądaniem odczytu na takie a takie popołudnie niedzielne, — oraz z podaniem tematu.
— Potrzebny nam jest odczyt na temat „Dola chłopów polskich w końcu XVIII stulecia", w tym rodzaju, jak to już panna Władysława i t. d... Prosimy najuprzejmniej i t. d. Furmanka o godzinie i t. d.
Pan Ryzio sposępniał.
Łatwo ci jest, drobna jednostko rolna z Zagaja, napisać ortograficznie list, podać tytuł, wyrazić uprzejmości, pod swem małorolnem nazwiskiem wywinąć zakrętas, któryby mógł uczynić zadość poczuciu godności posła do Dumy, ale w parę dni zbudować odczyt, znaleźć odpowiednie klisze do latarni...
— Skądże wziąć klisze? — wykrzyknął pan Ryzio. — Gdzież ja mam Kalinkę, Smoleńskiego, Korzona, gdzież mam Gorzyckiego, albo jakiegokolwiek innego? Nic nie mam! Siedzę na tem pustkowiu i wyję w otchłań, jak wilk za górą...
Nic wszakże nie pomogły powyższe wilcze wrzaski. Na dzień oznaczony odczyt był gotowy („najpodlejsza w dziejach kompilacya!“). Co szczególniejsza, gotowe były klisze, coprawda pasujące do tego odczytu w takim właśnie stopniu, w jakim wszystko pasuje jedno do drugiego w tej naszej polskiej oświacie.
O naznaczonej godzinie koniska stały przed domem. Pan Ryzio zawinął w zakopiańską pelerynę swój kształt powiewny, tudzież pudło z latarnią czarnoksięską i zasiadł w wasągu. Siedzenie z grubej wiązki słomy pokrywał kilim o tak żywych barwach, że można było dostać drgawek chłopomańskich. Z początku w bajorach gościńca jechało się niemal z burżuazyjnemi wygodami. Lecz po wyjeździe na płaskowzgórze, gdy zawiał późnojesienny, polny, nasz, tamtejszy wiatr...
Pan Ryzio musiał pieczołowicie w jednej rączce piastować soczewkę, owiniętą w jedwabną chustę wątpliwie japońskiego pochodzenia (dar pożegnalny panny Izabeli), w drugiej rączce pudełko z grotgerowskiemi kliszami. Wiatr tedy, stosownie do swego upodobania, poddymał pelerynę, uderzał w bezbronny brzuch, co sprawiało efekt bajecznego przenikania, jak gdyby tenże wiatr przedostawał się aż poza otrzewnę, i z zastanawiającą bezwzględnością, absolutnie taką samą, jak na lubelskiem polu, wzdłuż, w poprzek, tam i z powrotem, samopas jeździł po flakach.
Pomimo to wszystko pan Ryzio trwał w męstwie. Na coś się przydało zahartowanie, aczkolwiek niezupełnie własnowolne, wskutek chadzania „do figury" w sezonach arcy-jesiennych, oraz w urocze marcowe przedwiośnia. Niepodobna by było zresztą nie złożyć tak drobnych przykrości, jak endosmoza wiatru poza otrzewnę, na ołtarzyku dobra kultury polskiej.
To też pan Ryzio składał na ołtarzyku co się dało, — zacząwszy od całości języka, którą nadwerężały szczekające zęby, aż do spokoju wyż wzmiankowanych flaków, które znowu od skakania wozu po ojczystych dziurach zdawały się dyndać na jakimś jednym powrózku, jak wisielec na szubienicy. Zarazem prawica i lewica zgrabiały do szczętu od piastowania narządów kultury.
— Daleko też jeszcze do Zagaja? — zagadnął pan Ryzio powożącego włościanina w najniewinniejszej zresztą myśli.
— Nie daleko. Zaraz za lasem.
— A gdzież ten las?
— E, las się mówi, ale lasu już dwa lata jak niema.
— Gdzież się podział?
— A wyciął go dziedzic ze żydami.
— Prawda! Pamiętam, że tu był las ogromny. W lesie tym osty rosły przedziwnej piękności...
— Osty? A może były i osty. O, las stał jednem słowem! Bo to tu w Gruszczynie był dziedzic taki, stary pan Łukomski się nazywał, że nikomu, za nic na świecie drzewa nie sprzedał. Przyszedł do niego młynarz, pokłonił się i prosi o buka, tego, co tam a tam stoi. No, dobrze, zgodzili się na dwadzieścia pięć rubli za tego buka. Młynarz wyjął, zapłacił, poszedł. Uszedł se kawałek drogi, dopieroż pędzi za nim konny posłaniec, zawraca go nazad do dziedzica. Przychodzi młynarz, pyta się, o co. A mój bracie, — mówi do niego ten stary dziedzic, — widzisz, rozmyśliłem się. Nie sprzedam ja ci tego buka! Masz tu swoje dwadzieścia pięć rubli i idź z Bogiem. Młynarz się za czuprynę, gdzież on tu teraz buka kupi. No, to ten ślachcic wyjmuje jeszcze pięć rubli, dokłada mu: — Naści — powiada, — idźże do mostowickich lasów. Jest tam buk stary, kupże go, zetnij, zwieź, obrób, będziesz miał, bracie, wał, a ja będę trzymał swego buka. Niechże ta stoi na miejscu.
Pomarł ten stary dziedzic, a kat był, dziesiątą skórę zdarł z człowieka, jak mu się popadł w lesie z furą. Przyszedł drugi. A jeno przyszedł, wnet żydów wołać. Nie obejrzeliśmy się — lasu niema. Jeno pniaczyska stoją.
W istocie pan Ryzio, dobrze wytarłszy binokle, miał możność obserwowania zdębiałemi oczyma pniaków, z których przy każdym czterech godnych inteligentów w najwygodniejszych pozach mogłoby dyskutować o przyszłym ustroju i, w miarę wzmagania się wymyślań, zażywać swobody gestów.
— Role te między pniakami dzierżawią chłopy z Pakuł. Prosa tu mieli. Jezusie —– Maryo!
— A jakże też czytelnia w Zagaju, rozwija się? — zagadnął pan Ryzio.
— A jest ta czytelnia. Tylko to tak... z tą czytelnią...
— No, ksiądz proboszcz?
— A ksiądz proboszcz...
— Bardzo się gniewa?
— E, żeby to tylko nasz. Ale i morzydłowski.
— I cóż takiego? Powiedzcie no...
— Kiedy to aże brzydko powtórzyć...
— Nie będzie dawał rozgrzeszenia?
— Nie będzie.
— No i jakże ludzie? Nie chodzą?
— Z ludźmi to tak... W kościele, jak z ambony poniewiera, to się wszyscy okropnie boją, aże ich frybra ze strachu trzęsie, a jak na polu, to już ocipkę mniej. Baby te to zakazują chłopakom...
— A bywa też kto w czytelni?
— Co młode, to szelma zaraz nieposłuszne, plebana swego nie chce słuchać i prosto z kościoła, jak w dym do czytelni!
— Patrzajcie! No, a ten wasz teatr? Słyszałem coś...
— A i teatr zawzięły się robić. Ksiądz proboszcz na teatr bij zabij, — to ony właśnie. Okropnie im się chce tych Dziadów, tylko że Konrada nie mają. Żeby Konrada mieli, toby samych kaszkieciarzy z Dziędzielic zakasowały, bo wszystko na pamięć umieją.
— A gdzieżby też grali?
— U Staśka Walczaka w stodole, u prezesa.
— No, a Wesele wyście sami, braciszku, widzieli?
— Widziałem.
— No i jakże?
— Trudno było wszystko wyrozumieć, co ta te maszkary znaczą. Dopiero, jak ten młody, co był w czerwonem z dzwoneczkami, wyłożył, to lżej. Bez niego trudno by ludziom było wyrozumieć...
— Bo nie tak, nie tak! — palił pan Ryzio, — nie tak to Wesele trzeba grać. Trzeba tak grać, żeby było prawdziwie lubelskie wesele chłopskie, z muzyką, z tańcami, ze śpiewkami, z oczepinami, ze wszystkiem, jak się patrzy. A dopiero, jak się ludzie oswoją, opatrzą, żeby na to chłopskie wesele zaczęły przychodzić one zaproszone maszkary, a chochoł, a hetman, jak to mistrz Wyspiański wyśnił i wyprowadził. Sam on kazał tak ludowi swoje Wesele pokazywać, sam na to dał radę i zezwolenie... A ciężką jest złożony niemocą ten najdroższy polski człowiek...
— E, jak im ta ten Gospodarz wtedy wypalił, to my wszyscy zrozumieli, na żadnej masówce tak nie palili, jak ten Gospodarz palił!...
— No a szkoła?
— Ze szkołą strasznie ciężką mamy biedę. Ksiądz proboszcz precz burzy starych chłopów, żeby nam koniecznie tę izbę odebrały, gdzie teraz szkoła.
— Jakże to można odebrać?
— A takim to jest sposobem, że ta chałupa należy do jednego człowieka, który w kryminale siedział i teraz jest w Sybirze. Jego kobieta poszła w służbę do miasta, a grunt i izbę wydzierżawiła. Ten dzierżawca to samo nie jest w naszej wsi, tylko grunt obsiewa, a sam służy za fornala we dworze. To on tę izbę na szkołę wydzierżawił. Ksiądz proboszcz tego parobka wyszukał i tak go przecie zastraszył, jako w jego izbie dyabelskie Światło siedzi, że teraz tamten od chłopa do chłopa co niedziela lata i molestuje, aby mu pomogły Światło dyabelskie wyrzucić. A chłopów znowu ksiądz swoim porządkiem... Zaczął tak rok gadać, że kto do Światła przystąpi i zapisze się na członka, to już temsamem na to swoj podpis kładzie, że będzie płacił wszystkie długi, jakie ta gdzie który światłowiec zrobi, a nie będzie miał z czego oddać. Takie, prawił, są w tem Świetle ustawy, że za jednego, co długów narobi, wszystkie członki muszą płacić. Straszył ludzi, żeby se zważyli na jaką to okropną sprawę swoje podpisy kładą. Sfantują was, sprzedadzą, gadał, skoro tylko tam gdzieś który obieżyświat długów narobi, a mało to żydów w tem ich Świetle!
Ale się ludzie opatrzyli bez ten rok, że to było troszeczkę zełgane, więc i tę szkołę naszą jakniebądź cierpią. A i teraz takie różności potrafi zmyślać, co drugiemu człowiekowi aniby we śnie nie postały...
— Ten wasz proboszcz pewnie musi być kanonikiem, albo i zgoła dziekanem?
— Nie wiem ja tego, ale zdaje mi się, że mu chyba nie dadzą takiego urzędu...
— A patrzy mu się! Nie byle jaka to głowa. Światły duszpasterz.
Poświstywał pan Ryzio nieudolnie z tej racyi, że mu wargi na nic zmroziło. Rozglądał się. A nie wesoły i nie piękny miał pejzaż przed oczyma. Pustka. Pniaki po lesie wyciętym, rude role. Daleko, daleko pas nieużytków. Posępek ziemi polskiej dookoła. Oto rozdół, w nim wioska — parcelówka. Chałupięta ze starych stodół, białawą gliną pomaźgane, strzechy ze słomy. Obóreczki, chlewki, studzienka. Nuda życia przyziemnego czai się za zmurszałymi węgłami, kuca na stosach nawozu, okienkami wygląda. Zdala, postrzegłszy furmankę, chłopię ku drodze wybiegło. Pies-burek za niem. Czapа na tym smyku ojcowska, jako też i buciory. Nie widzi nic w polach, tylko obłoki i role, obłoki i role...
— Nie daj, księżulu, Światła zakładać, dołóż wysiłku, a nie daj! — świszcze pan Ryzio, śmiejąc się dyabelsko do swoich przewrotnych myśli.
Już wreszcie i Zagaje widać. Pora, bo podróżnikowi jęzor kołem stanął, a kapka u nosa w stalaktyt się zmieniać zaczęła. Wbiegły szkapki między obcięte kudłacze wierzbisk. Już też na drodze i sam Staś Walczak czeka.
— Powitać prezesa! — wykrzykuje pan Ryzio skołowaciałym językiem. — A czy też prezes wypadkiem szklanki herbaty?...
Prezes Walczak, młody pszczeliniak, pół chłop, pół jakiś inteligent w kurcie z grubego sukna, ale już w przypinanym kołnierzyku (sic!) i w butach z wyglancowanemi cholewami. Językiem mówi poprawnym, a takie nim myśli wyraża, że nic, tylko z dziesięciu ambon piętnować.
— Herbaty?... — zatroskał się niepomału. — A wysiadajcież! Zaraz się to zrobi!
Chaty zachodzą jedna drugiej drogę. Między niemi bajora, jak się patrzy, rodzimy trakt. Wykonawszy kilkanaście szalonych skoków nad gnojówkami, wkroczył prelegent przez wysoki próg do czytelni, umieścił ze czcią swe instrumenty i z rozkoszą zasiadł w naszym sarmackim zaduchu. Ciepło go rozprażyło i rozradowało.
Czytelnia! Portret starego wieszcza! Krzywa szafa, nabyta od Judki, niegdyś serwantka na kieliszki i flaszki, obecnie spadła z etatu, dźwiga na półkach stosy książek.
Ściskając w zgrabiałych dłoniach szklanicę bardzo „tęgiej arbaty”, przepowiadał sobie pan Ryzio mądrości, które za chwilę miał ze siebie wydębiać. Do izby poczęła ściągać publiczność: młodzież, dziewczęta. Rozpinano na dworze prześcieradło do rzucania obrazów. Walczak się przysiadł:
— Strasznie mamy książek do czytania mało!
— Gdzie! Biblioteczka, jak widzę, wcale spora.
— Ale same książki przestarzałe, gawędy z morałami. Przeróbki i przeróbki. Jak dla głuptaków, albo dla dzieci. Żebyście to nam wskazali tytuły książek takich, żeby to można było duszkiem czytać. Różne, żeby niby zachwycające, — żeby się połykało. Przecież są takie książki?
— A ba! Oczywiście! Rozumie się! Ja wam tytuły wymienię, tylko odtaję.
A odtajawszy, odwalił pan Ryzio odczyt ku ogólnemu aplauzowi chłopstwa zgromadzonego. Obrazy, ukazujące się na ekranie, wzbudziły taki zachwyt, że podobna cisza panowała w Zagaju chyba przed gradobiciem.
Nawet stare chłopiska, obrosłe brudem, kudłate, podejrzliwe i gotowe do kłonicy, gapiły się gapieniem niezmiernem na owe cuda.
Ułagodziło ich dzikie, podszczute umiejętnie, zatrute podszeptami dusze ciche a wiekuiste grottgerowskie prześnienie mogilnej doli.
Po skończeniu odczytu długo pan Ryzio rajcował w czytelni z młodymi przyjaciółmi, jakieby to zaprenumerować pismo, żeby było bez inteligenckich wymyślań, a żeby było pismo ostre, jak kosa, prawe, miłujące, wyraźne dla młodych, inteligentnych chłopów.
— Bo, — wykrzykiwali jeden przez drugiego, — nie rozumiemy tych wymysłów! I nie chcemy czytać wymyślań. Jak tylko z wymyślaniem, to już na nic! Nie chcemy! Ci na tych, tamci na innych psy wieszają, szczują na się, od ostatnich się zwołują, jak kłótliwe baby, a nam to każą czytać i jeszcze za to płacić. I jak my to mamy wyrozumieć, o co się swarzą? My chcemy takiego pisma, żeby się nie żarło z nikim. Niech plunie na tych, co na nie szczekają i niech nam mówi wprost samą najrzetelniejszą prawdę, choćby ta i ostra była prawda, jak brzytwa. Krótko, jasno, tak i tak, bo my na te, psia ich sobaczenia się, czasu nie mamy!
Pan Ryzio przyrzekł solennie, że namyśli się głęboko nad wyborem tytułu takiego pisma, że on im napewno, napewno takie pismo...
O późnej nocy siadł na wasąg, niosąc na łonie latarnię (w prawicy soczewkę, w lewicy pudełko z kliszami). Przysiadł się z boku na drabince „prezes“ Walczak i podprowadził go sztuczek drogi. Głównie mu jeszcze chodziło o teatr.
— Strach, — mówił, — jak ludzie pożądają takiego teatru! Ale co im tu grać? Dziady, — dobrze, ale żeby to coś z teraźniejszych czasów, żeby o tej męce — niedoli, o tem, co jest na świecie i żeby bez tej rozpaczy. Bo teraz między nami, młodem włościaństwem, żadnej przecie rozpaczy niema. Zachowaj Boże! Między nami, — gadał, — jest siła, chęć, śmiałość, męstwo, a tu het — precz, co jeno czytać, wszystko z rozpaczą. Czy niema takiego teatru, żeby był w sobie wielki, a żeby to lud od jednego razu pojął, że w tem jest prawda, istotna sprawa, sama rzecz?
— Jest jeszcze widzicie... Lilla Weneda, Kordyan, Bolesław Śmiały...
— A dy wiem! Kordyan! A dy przecie wiem. Ale kiedy to jeszcze i jeszcze nie to. Toć przecie człek samby to napisał, żeby tak, jak nie umie, pisać umiał! Przecie radosne życie dookoła! Jak my se tu na własną rękę urządzamy chłopski wykład z pokazem, rolniczy, to dookoła nas tłum chłopców ze wszystkich wiosek okolicznych. To się wszystko pali do światła, do nauki. Z nami, z młodymi chłopami, co już nie chcemy tego, psiakrew, chłopstwa, co się siepiemy z chamstwem, co chcemy być obywatelami polskimi, świat może stanąć. W naszych rękach będzie ten świat, żeby tam kije z nieba leciały! Bo my se zwolna, zwolna wszystko rozważymy, a spamiętamy. Nie zapomnimy nic! Ale musimy mieć od waju, od inteligenckiego proletaryatu narzędzie i sposób. Musicie nam dać teatr o tych kałużach krwi, o woli świętej i ponocnem wzdychaniu ziemi.
— Czekajcie, czekajcie! — wszystko to będzie... Tylko przecie nie odrazu Kraków zbudowano... Czekajcie...
— No czekamy!
Zeskoczył z wozu i ze słowem pożegnania znikł w nocy.
Jechał pan Ryzio przez czas pewien uroczyście, postękując na wybojach. Aż nagle wściekłość go poczęła rozdymać. Pięścią uzbrojoną w soczewkę począł wygrażać niewiadomo komu i wykrzykiwać w duchu.
— I cóż ty na to, bando gryzipiórów literackich, kawiarnianych wielkoludów? Gdzież są twoje książki, gdzież gazety, gdzież jest twoja sztuka? Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki — otóż i cała literatura, której nota bene dotychczasowa szlagonerya narodowa nie była warta i w setnej części nie zrozumiała. Teraz kolej na zrozumienie, gdy lud olbrzymi we drzwi pięściami wali. Ale i ta sztuka jest dziełem czasu rozpaczy. A gdzie jest nasz Plato, gdzie Arystofanes, gdzie Ajschyles, gdzie Boska Komedya, gdzie Don-Kichot, Raj utracony, gdzie Shelley? Gdzie jest nowa sztuka polska, sztuka siły, sztuka męstwa, sztuka dźwigania ojczyzny od fundamentu i przyciesi, sztuka wiary mocniejszej nad śmierć, a miłująca swój sen do ostatniego tchu?
Podpatrujesz, gryzipiórze, przez dziurę od klucza, co w Europie filister dla rozrywki filistra z nicości wydłubał i przywozisz na te bajora, piachy i wydmy, żeby tutejszych filistrów i najgłupszych w Europie snobów ekscytować i bawić. Gdzież jest twój teatr? Zdajże egzamin przed swoim ludem, dramatopisarzu?
Znowu — Dziady, Lilla Weneda, Kordyan, Wesele, Bolesław Śmiały]]... A dalej co? A dalej jeszcze... Guzik.
Książki twoje gdzie, literacie? Gdzie jest, jaki ma tytuł ta książka, którąbym ja jutro posłał Walczakowi? Wymień ten tytuł, darmozjadzie! Co dasz zbudzonemu ludowi swemu, literaturo polska? Jego marzenie ocknęło twój romantyzm, bezcenną twoją wiosnę, jego dola tchnęła w złoty róg Wyspiańskiego...
Nie masz do wręczenia ludowi ani jednego tomu, ty „jedna z najbogatszych w Europie“!
Tako wył w duchu pośród ciemności lubelskich pan Ryzio, gdy wracał z odczytu w domowe proletaryackie pielesze.

R. 1907.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.