Z pogrzebu Mickiewicza na Wawelu 4go Lipca 1890 roku/Wrażenia

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Tarnowski
Tytuł Wrażenia
Pochodzenie Z pogrzebu Mickiewicza na Wawelu 4go Lipca 1890 roku
Redaktor Stanisław Tarnowski
Wydawca Przegląd Polski. Rok XXV. Kwartał I
Data wydania 1890
Druk Drukarnia „Czasu”
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.
Wrażenia.

O innym marzyliśmy powrocie dla szczątków wieszcza inne mu w duchu gotowaliśmy egzekwie. Zdawało nam się, iż się nie godzi mącić spokoju wygnańczej drużyny, dopóki nie zaświta jutrzenka swobody, a za nią nie błyśnie zbawieni słońce, że ziemia ucisku zarównoby ciężyła tułaczym prochom jak ziemia wygnania; owszem, że Mickiewicz zatęsknićby gotów za spółtowarzyszami niedoli, gdyby jego kości od nich odłączono, gdyby go wyrwano z cichego w Montmorency cmentarzyska, gdzie go otaczali dotąd najdrożsi, najbliżsi stary Ursyn, boleśni bracia Józef i Bohdan Zalescy, ów Kniaziewicz „wzrostem najsłuszniejszy, ” cała śpiewna rzesza poetów emigracyi, i ten Chopin, który dostrajał mistrza duszę do najszczytniejszych improwizacyj, i tylu, tylu innych. Śnił nam się nakształt Ezechielowego widzenia powrót tryumfalny kości tułaczów, śpiących pospołu na cichem polu śmierci pod Paryżem, do Polski, świetnej, wielkiej, potężnej, szczęśliwej....
Inaczej się stało. Mijały lata, i całe lat dziesiątki, nie przynosząc zgoła spodziewanego i wyglądanego rozwidnienia. A coraz rosło jakoby pożałowanie tych zwłok, że leżą na obcej ziemi, pragnienie złożenia ich we własnej, uczucie, że skoro „w tych grobach jest życie, ” przynajmniej jakaś część życia, to i Mickiewicz leżeć w nich powinien – a może zwiększy się przez to ten pierwiastek życia, jaki w nich jest, doda nam mocy i otuchy w tej najokropniejszej dobie naszego porozbiorowego żywota, gdy dusza polska „w uciskach prawie ustaje, ” a odetchnienia szuka jedynie w szczuplej cząstce kraju, ubezpieczonej sprawiedliwością najszlachetniejszego z monarchów. Skłoniły się umysły i serca do jednomyślnego zarządzenia uroczystości, której pierwszy pomysł trysnął z serca krakowskiego, z Jagiellońskiej wyszedł wszechnicy. Godzi się Bochenek, który, acz na innem pracował polu, był poniekąd uosobieniem czci powszechnej dla wieszcza i wszystkie utwory umiał na pamięć. Spodziewano się połączyć ten obchód ustawieniem pomnika, wzniesionego ze składek całego narodu. Lecz gdy nieszczęśliwa rozterka, przypominająca, sejmowe liberum veto, opóźniła postawienie pomnika, wyprzedzono tę chwilę, aby zwłoki Mickiewicza dnia 4 lipca b. r., odnieść na Wawel.
Onorate l’altissimo poeta! [1] Chodziło o to, by hołd oddany, i uczucie, w jakiem go oddawano, były wysokością swoja godne przedmiotu. Wyznajemy, że pod tym względem niektóre szczegóły były nam bolesne. Pan Ernest Renan jest wielkim uczonym, wielkim pisarzem; College de France z pewnością chciało Mickiewicza uczcić jego przemówieniem, a uznajemy z wdzięcznością, że mowa jego nietylko była piękna, ale z wielkim rozumem i taktem umiała nie stać się drażliwą. Niemniej bolało nas, że najgłośniejszy dziś w świecie wróg i destruktor chrześciaństwa, mówił nad trumną Mickiewicza, bo pomiędzy tym zmarłym i jego narodem, a tym mówcą, zgody w duchu nie było. Że zaś znaleźli się Polacy, którzy wydobycie zwłok Mickiewicza wzięli za pretekst, by nad jego trumną głosić swoje frazesy o rewolucyi socyalnej, to było i wstydem dla nas wszystkich, i dowodem, jak u niektórych ludzi uczucie polskie zaciera się aż do uczucia prostej przyzwoitości. Było też wielkim błędem ze strony tych, co urządzali obchód w Montmorency, że nie postanowili naprzód, kto i co ma mówić, i że dopuścili do głosu takich, o których z góry wiedzieć mogli, że wydadzą głos fałszywy „jak zgrzyt żelaza po szkle.” Wszystko co płynęło z nienawiści i ilości, to źle czciło l’altissimo poeta. I tu na miejscu, podczas pogrzebu odezwał się jeden taki ton fałszywy: kropla goryczy w kielichu dobrych, szlachetnych uczuć i wrażeń. Złe się odezwało, jak żeby nas przestrzedz chciało, że jest, i że zapominać o niem, niestety, nie mamy prawa.
Już od dni kilku stary Kraków krzątał się i uprzątał swoje ulice i place, odmładzał się wieńcami zielenią, mnóstwem flag różnobarwny o narodowych i miejskich kolorach, więc czerwono białych lub białych z niebieskiem, nieraz i z przymieszką żałoby. Powstawały, jak pod zaklęciem różczki, pilony z urnami, pomniki, słupy, ozdoby różnokształtne. Nieszczęśliwe, choć nieuniknione trybuny dla widzów, jedynie szpeciły drogę, którą miał posuwać się pogrzebowy orszak — zwłaszcza widok rynku krakowskiego, jednego z piękniejszych placów na świecie. Świąteczność zaznaczyła się wszędzie, w ozdobie domów, w ruchu ulicznym, drgała poniekad w powietrzu samem, a grała niezawodnie w duszach prawdziwych mistrza czcicieli. Nareszcie zaświtał dzień, na uroczystość naznaczony, piękny jak owo święto z Pana Tadeusza, którego opis we wszystkich tkwi pamięciach: „Pogoda była prześliczna, czas ranny, niebo czyste....” Odświętnie przybrane tłumy spieszyły ku warszawskiej rogatce, szykowały się wzdłuż drogi, naznaczonej na przejście pochodu żałobnego. Pisma codzienne szczegółowo podały opisy porządku orszaku, powtórzyły mowy, przytoczyły napisy, wymieniły wieńce, szarfy, deputacye. Nie pokusimy się o wznowienie owych szczegółów, chwytając zaledwie ogólniejsze rysy tego wspaniałego obrzędu, któremu przewodniczyło trzech książąt Kościoła: kardynał książę-biskup krakowski Dunajewski, arcybiskup lwowski obrządku łacińskiego X. Morawski i arcybiskup ormiański X. Isakowicz, tudzież około pięciuset kapłanów zakonnych i świeckich, a w którym uczestniczyły wszystkie nasze instytucye i korporacye, wszystkie klasy społeczne, wszystko, co kraj ma wybitniejszego, świetniejszego, lepszego. Czy mamy przyjąć cyfrę ośmiu tysięcy osób kroczących w samym pogrzebowym orszaku, z wyłączeniem ciekawych i wzruszonych tłumów? możnaby zaiste bez przesady, ową liczbę przypuścić, zważywszy, iż czoło pochodu już wchodziło na rynek, gdy tymczasem rydwan z drogiemi szczątkami dopiero od stacyj kolejowej wyruszał.
Nie brakło chwil, potęgujących wzruszenie w tym dniu, w rzewne wrażenia bogatym. Najbardziej może przejmującą była ta, kiedy w skromnych drzwiach małego domu ukazała się niesiona od kolei trumna. Młodsze pokolenia, które Mickiewicza nigdy nie znały, wstrząsły się wrażeniem tego pierwszego, bezpośredniego z nim zbliżenia. Karawan był wspaniały i malowniczy, a między tą skromną, ołowianą trumną, a okazałością zgotowanego dla niej rydwanu był kontrast taki, jak między biednem życiem poety, a wielkością jego wpływu i sławy. Za trumną postępowała rodzina, przybyła z nad Sekwany i z nad Niemna, z Paryża i z Mińska, z ogniska tułactwa, naszego i z głównego środowiska najcięższego ucisku. Wzrok szukał przedewszystkiem dzieci wieszcza, w starszym synu ojcowską siwiznę i kształt głowy, w młodszym większe rysów podobieństwo, jak mówią świadkowie, w córkach najsłodszą pociechę najmroczniejszych lat poety, którego w przedziwnych wspomnieniach jedna z nich dała nam poznać ze strony najrzewniejszej i najzacniejszej. Ze wzruszeniem też widziało się wdowę i syna Tomasza Zana w gronie rodziny Mickiewicza.
Trumna spoczęła na posłaniu z polskich kwiatów, „z róż, lilij i tymianku,” z chabrów i maków ojczystych łanów. Pan Władysław Mickiewicz oddaje w ręce Marszałka krajowego skarb swój najdroższy; hr. Jan Tarnowski przyjmuje powierzony depozyt i w podniosłej mowie wita wracające do ojczyzny szczątki i wskazuje w nich zadatek i nawiązkę zgody i bratniej miłości, wspólnością posiadanych odtąd wśród nas relikwij. Otaczają trumnę członkowie Wydziału krajowego, posłowie na Sejm i do Rady państwa, Namiestnik hr. Badeni, a widok tych Stanów, uczestniczących w żałobnej uroczystości, zwraca myśl ku szlachetnemu Monarsze, który takie uczucie rozumie i szanować umie, takich obchodów bezpiecznie dozwalać może. Odczuwają to wrażenie mianowicie przybyli z innych dzielnic, przyrównywując własne opłakane położenie i ucisk, do tego wszystkiego, co się przed ich oczyma w tej chwili rozwija.
Uderza marsz Chopina, później bucha marsz Żeleńskiego i pochód powoli wyrusza w zdumiewającym porządku i ładzie. Przedsiębiorca żałobnych obrzędów, który odwiózł z Paryża zwłoki wieszcza, powtarzał w Krakowie, iż należał z kolei do urządzających pogrzeb Gambetty, później pogrzeb Wiktora Hugo, ale nigdy i nigdzie nie widział tego ładu i składu przy podobnym zapale. Przypominamy sobie przed pięciu laty ten pogrzeb Wiktora Hugo! a z pociechą świadczyć możemy, że pogrzeb Mickiewicza miał i lepszy charakter. Tam trumna poety stała przez dwa dni pod arkadą Łuku Tryumfalnego — (pod którym nic stać nigdy nie powinno, aż dopóki nie przejdzie pod nim zwycięzca, otoczony zdobytemi sztandarami i działami); — tu trumna przeszła przez małe, ciasne drzwi zwyklej kamienicy. Ale tam łumy, zalegające plac dniem i nocą, bawiły się wesoło a czasem rubasznie; zmarły poeta był pretekstem do demonstracyj dla myślących i rządzących, do spektaklu i festynu dla ludu; — tu było przejęcie w wzruszenie rzetelne i powszechne Tam pod pompą była obojętność, sceptycyzm, sarkazm ze wszystkiego, z Wiktora Hugo, z pogrzebu, z siebie samych. Widok był niezrównany; no z pogrzebu, pośród milionowego tłumu posuwający się wśród wspaniałej dekoracyi Pól Elizejskich orszak stu tysięcy ludzi, i tysięcy wozów z kwiatami: ale wrażenie było przykre, przygniatające. Naprzód, ten pogrzeb bez krzyża, bez księdza, bez modlitwy, jak żeby ten człowiek i poeta był bez duszy — zuchwała demonstracya bezbożności tryumfującej; potem ten karawan, idący prosto ku miejscu, gdzie były Tuillerye, a pozostała po nich ziejąca próżnia w głębi! Ceci tuera cela,[2] mówi Wiktor Hugo o drukowanej książce, i o wierze, która wzniosła kościół Panny Maryi w Paryżu. Ceci a tué cela,[3] myślało się, kiedy trumna tego poety urągała zwalonemu przybytkowi i pomnikowi tylu chwał Francyi. Te dążności, którym on pochlebiał na to, by pochlebiały mu wzajem, zabiły wielkość Francyj i jej stanowisko w świecie. I ludność to czuła instynktem, bo wobec tych zwłok była zimna, ironiczna, sceptyczna. Barbarzyńcę z północy raziło to i gorszyło: ale kiedy odezwał się z tem przed Francuzami, odrzekli mu, ruszając ramionami, że na całym świecie byłoby taksamo.
— A co to, to nie! Jeżeli nam uda się kiedy chować Mickiewicza w Krakowie, przekonacie się, że będzie inaczej!
I było inaczej. Była wiara w wielkość tego, którego składało się do grobu; była prawda w czci i miłości dla niego; była powaga w postawach, a wzruszenie w duszach.
Płynie orszak żałobny wzdłuż Kleparza — tąsamą drogą szedł pogrzeb Kościuszki, dawniej pogrzeby królów! — zakręca się na prawo od Bramy Floryańskiej, zagłębia się w ulicę Sławkowską, jeszcze chwilę, a rozbije się w rynku. Choć dwie orkiestry znajdują się wśród pochodu, odstęp tak znaczny je dzieli, że niezwykła cisza panuje wśród pogrzebowej fali. Wietrzyk przeciwny odsuwa i oddała nawet dźwięki rozkołysanych dzwonów licznych krakowskich świątyń, i to uciszenie nadaje świetnemu orszakowi jakby zaczarowaną cechę widzenia zaziemskiego, snującego się sennie wśród płonących ogni. Wspaniały to zaiste poczet, łączący w sobie wszystko, cośmy ukochali. A więc na samym przodzie lud różnych okolic, w strojach krakowskich, huculskich góralskich, podolskich, wielkopolskich; myśl do nieb wciąż, dolicza tych, których niema: Żmudzinów, Kurpiów, Łotyszów, Ukraińców.... Ale za nich idą te wieńce z kłosów i zieleni od „ludu wszystkich ziem polskich.” Niema końca sukmanom, świadczącym, iż spełniło się marzenie poety, „by jego pieśni zbłądziły pod strzechy.” Widnieją dalej znaki cechowe z różnych miast polskich, deputacye poszczególnych związków, instytucyj, zakładów, stowarzyszeń. Delegacyi Przyjaciół Nauk poznańskich przewodniczy sędziwy August hr. Cieszkowski, bodaj ostatni druh plejady wieszczów i królewskich duchów z połowy bieżącego stulecia. Najróżniejsze dedykacye błyskają na szarfach, tu i owdzie Warszawa żałobą przysłania jasne wstęgi; są wieńce z zabranych krajów, z doliny kowieńskiej, z powiatu nowogrodzkiego; tu oko spoczywa na wieńcu z pod Smoleńska, tam z pruskich kresów z pod Grudziądza i Malborga, z okolic Wallenroda lub Grażyny; przyszły kwiaty ze Wschodu, z Anglii, z Węgier, z Ameryki, gdziekolwiek się bieda polska i polska zabłąkała mowa. Nie uchylił się nawet Izrael od hołdu, przypominając, że Jankiel Polskę poczciwie, jak ojczyznę, kochał. Od prasy, od młodzieży, od dzieci nawet wieńce; wspaniały jeden z Czech, niesiony przez serdecznie witane grono starszych, zasłużonych ludzi i młodzieńców. Tu i owdzie trwalsze od kwiatów srebrne liście w laurowych splątały się wieńcach. Rady powiatowe uderzają mnogością strojów polskich. Łączy się błysk karabel i hełmów strażackich, mienią się mundury Sokołów i „Harmonii” lwowskiej, wskrzeszając przed nami złudzenie rycerskiej przeszłości. Ale już ona przed nami staje w swem najpoważniejszem uosobieniu, w poczcie nauczycieli jagiellońskiej szkoły, którzy przybrani w średniowieczne togi, otaczają, swego rektora, a z uniwersytetem lwowskim składają temwięcej imponujący orszak. Między nimi rozbitki byłej Szkoły Głównej w Warszawie; w końcu Akademia Umiejętności. W oddali ukazuje się karawan, dzieło polskich artystów, wielkim smakiem i poetycznym nawet polotem stworzone. Sztandary zdobiące ulice chylą się i ścielą drogę nieśmiertelnemu, z okien sypią się kwiaty, cichość nie ustaje, wybuchając dopiero w progach kościoła Panny Maryi chórem pieśni, rozniesionej po całym, obszarze rynku, jakby przeciągłem wołaniem, że ten, którego prochy do ojczyzny powracają cudem,
szanował imię Najświętszej Rodzicielki
On kochał naród, on kochał wiele, on kochał wielu.
Nie dziw, że i jego kochają, że i jemu za tę wielką płacą, miłość. Piękniejsza jest to chwila pogrzebu, gdy okrom postępującego zwolna orszaku, cały rynek napełnia się tłumem, niby olbrzymiego kościoła nawa — najpiękniejsza, gdy pochód zaczyna wstępować na stoki Wawelu, i stary Zygmunt jęczy przeciągle, żałobnie, a jednak gromko, hartownie i dźwięcznie. Dzwoń, stary dzwonie, dzwoń silnie i głośno, ażeby zgłuszyć jedyny ton fałszywy owego pogodnego dnia, ażeby stłumić jedyne cierpkie i nienawistne słowo, które (a podobno jeszcze wbrew przyjętemu zobowiązaniu) ozwało się w tej chwili. Na wzór Klucznika, zakryjmy ręką lica i idźmy dalej ku tym bramom, gdzie świeci napis: „A jeśli Bóg z nami; któż przeciwko nam?” Znalazła się moc wielka przeciwników, bo myśmy z Bogiem nie zostali, bo myśmy z Nim przymierze ojców zerwali. Wróćmyż do Niego, bądźmy z Nim, a żaden nieprzyjaciel nas nie zmoże.
Przed drzwiami kościoła trumna niesiona przez młodzież akademicką staje, i tu dwie mowy jeszcze, p. Asnyka i p. Stanisława Tarnowskiego. A podczas tego efekt dziwny, niespodziany i niezrównany. Rycerskim pogrzebom zwykło towarzyszyć ostrzeliwanie mogiły, salutowanie armat. Nie ozwały się milczące działa zamkowe; ale samoż niebo zdało się uczestniczyć w żałobnym obrzędzie. W chwili, gdy wnoszono trumnę na dziedziniec zamkowy, dały się słyszeć krótkie, urywane grzmoty, jakby zaziemskim odgłosem ziemskiego święta i niebo na chwilę ciemną zakryło się chmurą. Zda nam się zaprawdę, że

Śpiewowi jego niebo odegrzmiało,

a po czarnych chmurach, po wichrze i grzmotach błysło słońce i rozjaśniło się niebo. Starzy Rzymianie byliby w tem widzieli dobrą wróżbę.
Grzmoty i dzwony, pieśni i kwiaty, łzy i modlitwy, przeprowadzają wieszcza pod stropy katedralne, aż na katafalk wyniosły, z miłością przez artystów naszych własnoręcznie zbudowany i ozdobiony. Napełniła się świątynia wyborowym tłumem, a po nabożeństwie spłynęły ku obecnym słowa wskazujące, jaki nam obrok duchowny z całej tej wynieść uroczystości. X. prałat Chotkowski wzniosłą z pogrzebowego obchodu wysnuł naukę życia, czerpiąc obficie w księgach świętych i Mickiewiczowskiej spuściźnie. Własna, poprawa, wyprzedzać zwykła zbiorowe odrodzenie. Każdy ma w duszy ziarno przyszłych praw i przyszłych granic ojczystych. „O ile polepszycie i powiększycie duszę waszą,” odzywał się wieszcz do Pielgrzymstwa polskiego, — „o tyle powiększycie prawa wasze i powiększycie granice”. O to tedy chodzi, aby dusze rozszerzyć, podnieść, powiększyć, a tylko miłość owego cudu dokaże, nie waśnie, ani rozterka, jak dzisiejsza. Rozstępują się wreszcie tłumy, kończą się pobożne obrządki, i drogie zwłoki zniesione są do grobu, gdzie odtąd spoczną w oczekiwaniu zmartwychwstania. Piasek niemeński, nowogrodzka ziemia, ostatnie dla trumny wieszcza tworzą posłanie; nad sarkofagiem strzedz będzie snu pielgrzyma obraz „Panny Świętej, co w Ostrej świeci bramie,” dar hr. Konstantego Przezdzieckiego.
I oto król-duch został sam w królewskich podziemiach, sam z przeszłością, którą czarem słowa nawiązał z przyszłością, wszystkie skarby jednej przekazując drugiej, mocą słowa, na skrzydłach pieśni, pieśni, co nigdy nie zniżała lotu, lecz brzmiała wieczną w górę pobudką i wołaniem: Sursum Corda[4]. Temu-to hasłu, związanemu z pamięcią i wpływem wieszcza, zawdzięczamy niezamąconą niemal pogodę uroczystości pogrzebowej, dostrojenie różnych żywiołów do jednej miary i harmonii. Żałobne to było, lecz zarazem i pogodne święto; nie smuciliśmy się jak ci, co nadziei nie mają; owszem, w posłannictwie Mickiewicza, w uczczeniu i umiłowaniu jego pamięci, widzieliśmy dodatni objaw, pokrzepiającą rękojmię. Z podniesionem czołem, mogliśmy stanąć wokoło tej trumny, nie rumieniąc się za żadne przeniewierstwa, ani odstępstwa. Pewne rozradowanie towarzyszyło żałobnym obrzędom. Nie płynęły łzy jak po świeżej stracie, żywiej tylko biły tętna serc, od półwieku głosem Mickiewicza poruszanych ku wszystkiemu, co piękne, i wzniosłe, i bolesne i prawdziwe. – Niezwykłym pogrzebowego dnia uzupełnieniem, rzęsistą illuminacyą wieczorem, zajaśniał gród Jagielloński, najuboższe okna błysnęły światłem, w urnach dopalały się niwygasłe podczas pochodu ognie, roiły się ulice od barwnych tłumów. Przelotne było to ożywienie cichej stolicy; już nazajutrz każdy powrócił do trosk i trudów powszednich, wynosząc tylko w duszy pamięć dnia pięknego, może jedynego, którego odbicie sięgnie daleko, rozwidniając smutną teraźniejszość nieśmiertelnemi nadziejami, związanemi z imieniem tego, który do każdej polskiej duszy umiał właściwem przemówić słowem, aby ją podnieść, pocieszyć i uszlachetnić. Gdyby tak każdy z nas przyszedł do osobistego obrachunku co zawdzięcza Mickiewiczowi, co mu jest winien od lat młodości i dzieciństwa, i choć garstką zasług mu się wypłacił, urosłaby z tego nie mogiła, przerastająca spiżowe czy kamienne pomniki, ale fundament pod gmach życia i przybytek chwały. Przy nim nie potrzeba sztucznego bałwochwalstwa; wystarcza prosta wdzięczność i proste też ocenienie wielkiego dobrodziejstwa, udzielonego narodowi, gdy w ciężkich dniach próby, takiego otrzymał wieszcza, na takiego sobie zasłużył piewcę.
Mroczy się dziś i mąci na Zachodzie; niewiele się ustało z tej Francyi, którą Mickiewicz tak kochał i której pomocy wyglądał. Lepiej tedy i jemu wśród nas i nam z nim, bo taki grób wymownie powinien do nas się odzywać, nie dopuszczając nam żadnych fałszywych, ani błędnych nauk, żadnego zaprzeczenia ni zaparcia. Nawykły do królewskich pogrzebów stary Kraków, lubuje się w żałobnych obrzędach. Nie pospolitujmy już teraz pośmiertnych hołdów, kiedyśmy je tak wspaniale oddali najlepszemu i najdroższemu z naszych miłych i wielkich. Nie gaśmy szczerego zapału sztucznemi onego wybuchami, nie obnośmy po rynkach naszej miłości Ojczyzny i nie róbmy z niej peryodycznych wystaw. „Nie rozsypujmy szeroko prochu, robiącego błysk bez mocy i huk bez skutku.” Ale zakopmy za radą Mickiewicza i ziarno zasługi i proch uczucia w ziemię, ażeby tam jedno kiełkowało, a drugie ze skutkiem działało, na przyszłe lata, na życie przyszłe narodu.





Przypisy

  1.   „onorate l’altissimo poeta“ z włoskiego „uczcijcie największego poetę“ za: Dante Alighieri Boska Komedia.
  2. Ceci tuera cela — To zabije to.
  3. Ceci a tué cela — To zabił to.
  4. Sursum corda — w górę serca.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Tarnowski.