Ze wspomnień weimarskich

<<< Dane tekstu >>>
Autor Włodzimierz Spasowicz
Tytuł Ze wspomnień weimarskich
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ZE WSPOMNIEŃ WEIMARSKICH.
Włodzimierz Spasowicz.jpg


Latem 1881 r. spełniły się moje dawne życzenia, znalazłem się w północno niemieckich Atenach. Zrana opuściwszy Eisenach, wstąpiłem na pyszny Wartburg, pełen wspomnień Minnesingerów i Lutra, zaś o zmroku plądrowałem po parku nad limem i kroczyłem po sennych i cichych ulicach małopaństewkowej stolicy. Zdziwiłem się, że więcej tam śladów Schillera, który niedługo tu mieszkał, aniżeli Goethego, który tu większą część długiego życia spędził. Obaj poeci apoteozowani są w wielkoksiężęcym pałacu w obrazach i posągach pomiędzy bogami poetycznego Olimpu, ale w muzeum mało zabytków po nich: rzymski domek Goethego w parku, niedostępny dla podróżnych, równie jak i obszerne, ciężkie, niekształtne domostwo na rynku, które było rezydencją Goethego. Tylko za progiem wita przechodnia marmurowy, siedzący, Goethe, w postaci Jowisza. Może zawód, któregom doświadczył, miał tę przyczynę, żem dnia poprzedzającego oglądał bogate, pamiątkowe muzeum Towarzystwa Goethego we Frankfurcie, mieszczące się w domu rodziców Goethego na Hirschgraben. Daleko potężniej działają w Weimarze na wyobraźnię zabytki po Schillerze i wązki a trzypiętrowy domek na Ludwigstrasse, gdzie w paru schludnych, ale bardzo ubogo ubranych pokoikach średniego piętra wszystko ustawione jak stało za życia poety, na górnem piętrze w sypialni nizkie wąziutkie łóżko, na którem skonał, a na ścianie smutna bolejąca pośmiertna maska wielkiego humanisty, z wyrazem zastygłej na wieki goryczy.
Po zgonie poety żona jego z boleści odchodziła prawie od zmysłów. Goethe ciężko i obłożnie chorował. Sprawiło pogrzeb religijno-cechowe bractwo cechu krawieckiego, (maj, 1805 r). Spuszczono trumnę na sznurach do sklepu po między dziesiątek już złożonych nieboszczyków, przybyło jeszcze potem ze dwa dziesiątki takichże trumien. Gdy w 1826 r. postanowiono dać zwłokom wieszcza przyzwoitsze pomieszczenie, burmistrz Schwabe był w wielkim kłopocie, jak wynaleść szkielet Schillera pomiędzy mnóstwem ludzkich kości w masie trumien piętrzących się w sklepie jedna na drugiej. Pracowano do późnej nocy, wreszcie wydobyto 23 czaszki, przywieziono je w worku do mieszkania burmistrza, i wybrano w końcu jedną, najbardziej pasującą do wymiarów i formy maski pośmiertnej. Czaszkę tę pomieszczono w postumencie pod popiersiem Schillera, wyrzeźbionem przez Danneckera, zanim z rozkazu W. Księcia połączono wątpliwą czaszkę z jeszcze wątpliwszym szkieletem i pochowano w dynastycznej kaplicy, w której sam Karol August spoczywa w dobrej kompanji pomiędzy Schillerem i Goethem.
Z głęboką czcią i pełen wzruszenia obszedłem dokoła świątynię sztuki, jedną z najsławniejszych w świecie, teatr wejmarski. Na placu przed nim postawiono w 1857 r. brązową grupę niemieckich braci Dioskurów roboty Rietschella. W haftowanym urzędowym dworskim fraku, wysokim halsztuku i z żabotem koronkowym podaje Goethe prawą ręką Schillerowi wieniec laurowy, a lewą zaś trzyma protekcjonalnie na jego ramieniu. Mocno ożywiony, deklamujący i gestykulujący Schiller z odłożonym kołnierzem, z obnażoną całkiem długą szyją i w długim surducie nakształt szlafroka, dotyka wahająco się wieńca, który wreszcie weźmie końcami swoich palców. Z takiego zestawienia obu, chcącego głównie uwydatnić różnice temperamentów, rodzi się mimowoli w duszy oglądającego pomnik pytanie: ja k wpłynęło umysłowe małżeństwo gienjuszów na ich twórczość poetycką? jak by się dały wyrazić skutki ich dość krótko (1795—1805), bo przez lat tylko dziesięć trwającego ściślejszego obcowania, czy jak a+b czy jak a×b? Kto z nich był w tym związku męskim, zapładniającym pierwiastkiem i kto pierwiastkiem żeńskim zapłodnionym? Powiadają znawcy krytycy (n. p. Grümm), że czynna rola w tym związku przypada, nie na Goethego, lecz na Schillera. W tym końcowym życia swego okresie nie był Schiller już burszem długim i niezgrabnym, a żenowanym w wyższem towarzystwie z zarodem śmierci w płucach, mimo schorowanie i krytyczny stan interesów pieniężnych: był Schiller głównym motorem życia literackiego w Niemczech, czułym na wszystkie potrzeby czasu, na wszystkie wzruszenia dreszczem przebiegające przez masy. Był on publicystą i dyplomatą, czynnym politykiem, porywającym przez swoją sardeczność. Jego natura sympatyzująca z każdem dobrem była tak czarującą, że kogo chciał, pociągnął, zdobył, nawrócił i służyć kazał, nie sobie, ale idei, ale dobru pospolitemu. W chwili kiedy się zbliżyli z Goethem był już Goethe po za prądem głównym, społecznym, powoli ostygała w swoich dawniejszych sym patjach ku niemu publiczność, w których to sympatjach Schiller czuł się niby w swoim żywiole. Coraz mniej pojmowano Goethego, całkiem już klasyka, zamiłowanego w antykach i mało zajmującego się resztą. Gdyby w Schillerze była odrobina zazdrości, rzuciłby kamieniem albo błotem w bożyszcza, które kopali nogami Kotzebue, a potem „Młode Niemcy“ i potrosze Heine. Ale Schiller porwał Goethego, owładnął nim i skrzesał w stygnącej jego duszy, uważanej za wygasłą, ogień twórczości. Braterstwo dusz trwało aż do śmierci Schillera, Goethe stał się popularniejszym, a i Schiller ogromnie skorzystał, czerpiąc z głębszego niż swój i o wiele gienjalniejszego umysłu. Po śmierci Schillera Goethe znów zamyka się w sobie, więcej zajmuje się nauką niż sztuką i przenosi się w kraj mistyczny symbolów i przenośni: tworzy drugą część Fausta. Kłaniają mu się wszyscy i kadzą, ale honorują go już tylko ceremonialnie. Przeszło od zejścia jednego z braci Dioskurów trzy ćwierci, od zejścia drugiego prawie pół wieku i doczekali się obaj, że ich łajano za to, iż byli zanadto ludźmi, a za mało Niemcami.

Petersburg.Włodzimierz Spasowicz.


Upominek - ozdobnik str. 525.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Włodzimierz Spasowicz.