Zmartwychwstanie (Tołstoj, 1900)/Część pierwsza/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Zmartwychwstanie
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1900
Druk Biblioteka Dzieł Wyborowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Gustaw Doliński
Tytuł orygin. Воскресение
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


E. S. Łukasz. Rozdział VI. Uczeń nie bywa lepszym od mistrza; a wydoskonaliwszy się, każdy, będzie jako nauczyciel jego.
Mat. 21. Wtedy Piotr przystąpił do Niego i rzekł: Panie, ile razy mam przebaczyć bratu memu, co zgrzeszył przeciwko mnie — do siedmiu razy?
Mat. 22. A Jezus odpowiedział mu — i nie mówię tobie 7 razy — ale siedem razy po siedemdziesiąt.
Mat. R. VII. A widzicie słomkę w oku bliźniego, a belki w swojem oku nie widzicie.
E. S. Jana. Rozdział VIII. Kto z was bez grzechu, niech pierwszy na nią rzuci kamieniem.




I.

Daremnie starali się ludzie, zbici w gromadę stotysięczną na jednem miejscu, aby zeszpecić tę ziemię, na której się cisnęli i gnietli. Napróżno brukowali ten szary proch granitem, aby nic na nim nie rosło. Napróżno wyrywali każdą trawę drobną, dymili węglem kamiennym i naftą, obcinali drzewa, wypłaszali zwierza i ptactwo. Wiosna była wiosną nawet w mieście. Grzało słońce, zieleniła się i rosła trawa, choć ją gracowano i tępiono. Rosła ona nietylko na trawnikach i bulwarach, ale w szczelinach płyt kamiennych. Topole, brzozy, czeremchy rozwijały swe lipkie i wonne liście, nabrzmiewały pąki lipowe, gołębie, kawki i wróble wiły radośnie gniazda, brzęczały muchy około ścian, nagrzanych słońcem. Weseliły się rośliny i ptaki, i owady i dzieci. Ale ludzie dojrzali, dorośli, nie przestali oszukiwać się i dręczyć wzajemnie. Ludzie byli przekonani, że świętem i ważnem, to nie ten ranek wiosenny, nie ta piękność Bożego świata, dana dla szczęścia wszechstworzenia, piękność darząca spokojem, miłością, zgodą, lecz świętem i ważnem to tylko to, co oni wymyślili, aby panować jedni nad drugimi. Więc nic dziwnego, że i w urzędzie gubernialnego więzienia, jako rzecz świętą i doniosłą uznawano nie to, że tak dla zwierząt, jak i dla ludzi płynie oto wesele i błogość wiosny, ale, że wczoraj przysłano opatrzone numerem, nagłówkiem i pieczęcią polecenie, aby dziś, t. j. dnia 28 kwietnia, o godzinie dziewiątej rano, dostawić do sądu troje znajdujących się w śledczem więzieniu aresztantów, a mianowicie dwie kobiety i jednego mężczyznę. Jedna z kobiet, jako najgłówniejsza winowajczyni, miała być dostawiona osobno. Przeto na zasadzie takiego polecenia, w dniu 28 kwietnia, w ciemnym i cuchnącym kurytarzu więziennego oddziału dla kobiet pojawił się starszy dozorca. Za nim weszła na korytarz siwa już, o bladej i zmęczonej twarzy kobieta, ubrana w kaftan z rękawami o szerokich wyłogach, podpasana pasem z niebieską wypustką. Była to dozorczyni.
— Potrzebujesz pan Masłowej — zapytała, podchodząc z dyżurnym dozorcą do jednej z cel, której drzwi otwierały się na korytarz.
Nadzorca, brząkając kluczami, odemknął zamek, i otworzywszy drzwi celi, z których buchnął jeszcze większy niż w korytarzu zaduch, zawołał: „Masłowa, do sądu!“ I znów przymknął drzwi i czekał.
Nawet w podwórzu więziennem było czyste, świeże powietrze pól, przywiane wiatrem do miasta. Zato w korytarzu czuć było dziegieć i zgniliznę. Powietrze duszne, działające przygnębiająco na każdego nowego przybysza. Dośwadczyła tego na sobie, nawet przywykła do zaduchu dozorczyni. Wszedłszy na korytarz, uczuła zmęczenie i senność. W celi więziennej słychać było krzątaninę, stąpanie bosych nóg, i kobiece głosy.
— Żywo! ruszaj się tam, Masłowa — krzyknął przezedrzwi starszy dozorca.
W parę minut wyszła rzeźko z celi i, obróciwszy się szybko, stanęła obok dozorcy średniego wzrostu, o wydatnej, pełnej piersi młoda kobieta w szarym więziennym płaszczu, przywdzianym na biały kaftan i białą spódnicę. Na nogach miała płócienne pończochy i więzienne trzewiki. Głowę obwiązała białą chustką, z pod której widocznie umyślnie wymykały się loki kręconych czarnych włosów. Twarz kobiety była nadzwyczajnej białości, tej białości właściwej u ludzi długo pozostających w zamknięciu, a przypominającej kiełki kartofla, w wilgotnej piwnicy wyrosłe. Białe były drobne i szerokie ręce, białą pełna szyja, widniejąca z pod szerokiego kołnierza płaszcza. Przy matowej bladości cery, tem żywszą zwracały uwagę czarne, błyszczące oczy, nieco obrzmiałe — ale żywe. Jedno oko nieco zezowało.
Trzymała się nadzwyczaj prosto, podając pełną pierś naprzód. Wyszedłszy na korytarz z nieco zadartą głową, spojrzała wprost w oczy dozorcy i stanęła jakby gotowa spełnić wszystko, co jej polecą. Dozorca chciał już zamknąć drzwi, gdy wtem wychyliła się z nich blada, surowa i pomarszczona twarz gładko uczesanej starej kobiety. Staruszka zaczęła coś mówić do Masłowej. Ale dozorca nacisnął drzwiami na głowę starej, i głowa znikła. W celi zachychotal śmiech kobiecy, Masłowa także się uśmiechnęła i podeszła do małego, zakratowanego we drzwiach okienka.
Staruszka przycisnęła twarz z drugiej strony okna i zawołała ochrypłym głosem:
— Nie mów, co niepotrzeba, trzymaj się przy swojem i koniec.
— Niech się raz skończy, gorzej nie będzie — odpowiedziała Masłowa.
— Wiadomo, że raz, a nie dwa — rzekł starszy nadzorca — przeświadczony urzędownie o swoim dowcipie. — No, marsz za mną!
Oko staruszki zniknęło z otworu zakratowanego. Masłowa wyszła na środek korytarza i drobnym, szybkim krokiem podążyła za starszym dozorcą. Zeszli nadół po schodach kamiennych, minęli jeszcze więcej niż w żeńskim oddziale cuchnące i hałaśliwe cele męzkie, z których przez okienka w drzwiach umieszczone, patrzały ciekawie oczy, i weszli do kancelaryi, gdzie już czekało dwóch żołnierzy z karabinami. Pisarz wręczył jednemu żołnierzowi przesiąkły dymem tytoniowym papier i wskazawszy na aresztantkę, rzekł: „Zabierz!“ Żołnierz, chłop nowogrodzki, z czerwoną i ospowatą twarzą, włożył papier za wyłóg rękawa od szynela, i uśmiechnąwszy się, dał znak koledze, Czuwaszowi o wydatnych szczękach, wskazując oczyma na aresztantkę. Żołnierze z aresztantką zeszli ze schodów, kierując się do głównego wyjścia.
W drzwiach bramy otworzyła się furtka. Żołnierze, przestąpiwszy z aresztantką próg, wyszli na podwórze więzienne, a następnie podążyli przez miasto środkiem brukowanych ulic.
Dorożkarze, kucharki, sklepikarze, robotnicy, urzędnicy zatrzymywali się, patrząc ciekawie na aresztantkę. Niektórzy kiwali głowami myśląc: „Oto do czego prowadzi złe i nie takie, jak nasze, postępowanie.” Dzieci spoglądały z przestrachem na zbrodniarkę, uspokajając się tem tylko, że za nią idą żołnierze i nic złego zrobić im nie potrafi.
Chłop wiejski, sprzedający węgiel, napiwszy się herbaty w garkuchni, podszedł do aresztantki, przeżegnał się, i dał jej kopiejkę. Konwojowana zarumieniła się, skłoniła głowę i coś rzekła. Widząc zwrócone na siebie spojrzenia, nieznacznie, głowy nie zwracając, spoglądała ukosem na patrzących — i weseliło ją owo zainteresowanie.
Cieszyło ją także czyste, w porównaniu z więziennem, powietrze wiosenne, ale źle było iść po kamieniach nogami, co od chodzenia odwykły, a przeszkadzały także niezgrabne, ciężkie ciżmy więzienne. Patrzała przeto pod nogi i starała się stąpać o ile można lekko. Przechodząc koło sklepu z mąką, przed którym spacerowały, kołysząc się z boku na bok, gołębie, tylko co nie nastąpiła nogą na jednego siwka. Gołąb porwał się i trzepocząc skrzydłami, przeleciał jej koło samego ucha. Pęd wiatru wionął na jej twarz. Uśmiechnęła się, a potem westchnęła cicho, wspomniawszy dolę swoją.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Gustaw Doliński, Lew Tołstoj.