Zwycięstwo (Conrad)/Część IV/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Zwycięstwo
Wydawca Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Data wyd. 1931
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. Victory
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



X

Lena przeszła obok Heysta jakby oblepiona dosłownie jakimś tajemniczym, posępnym i niszczącym blaskiem, w który się miała pogrążyć. Kotara w drzwiach sypialni opadła za nią sztywnemi fałdami. Bezmyślny wzrok Ricarda zdawał się śledzić muchę pląsającą przed nim w powietrzu.
— Prawda jak ciemno na dworze? — mruknął.
— Jednak dość jasno, abym mógł widzieć jak ten pański człowiek tam się kręci — rzekł Heyst powściągliwym tonem.
— Niby Pedro? Z trudem można go nazwać człowiekiem; gdyby nie to, nie lubiłbym go tak jak go lubię.
— Bardzo pięknie. Więc nazwijmy go pańskim szacownym wspólnikiem.
— Aha! Szacowny to on jest — sprawia się dobrze. W bójce można mieć z Piotra wielką pociechę. Jak nie warknie, jak się nie rzuci z zębami — o rety! Więc pan nie życzy sobie żeby się tu kręcił?
— Nie życzę sobie.
— Chce pan żeby stąd poszedł? — dopytywał Ricardo z przesadną naiwnością, którą Heyst przyjmował spokojnie; ale powietrze w pokoju wydawało się cięższe z każdem wymówionem słowem.
— Waśnie. Chcę żeby stąd poszedł. — Heyst zmuszał się do spokojnego tonu.
— E, to nic wielkiego. Możemy się obejść bez Pedra. Interes mojego szefa da się załatwić w ciągu dziesięciu minut rozmowy z... z drugim prawdziwym panem. Przez spokojną rozmowę!
Podniósł nagle złe, fosforyzujące oczy. Twarz Heysta ani drgnęła. Ricardo powinszował sobie że nie wziął rewolweru. Taki był rozjątrzony, że nie wiedział na co mógłby się ważyć. Rzekł wreszcie:
— Więc pan chce aby biedny, niewinny Piotr poszedł sobie precz nim zaprowadzę pana do szefa — o to panu chodzi?
— Tak, właśnie o to.
— Hm! Widać odrazu że pan jest prawdziwym panem — ciągnął Ricardo z ukrytym jadem — ale wszystkie te pańskie fanaberje mogłyby stanąć kością w gardle zwykłemu człowiekowi. Zresztą — niech tam. Wybaczy pan...
Wsadził palce do ust i wydał gwizd, który ugodził w bębenek Heysta jak cienka, ostra strzała powietrza. Ricardo ucieszył się bardzo z mimowolnego grymasu Szweda i czekał w niewzruszonym spokoju na skutek swego wezwania.
Pedro wpadł z gwałtownym, nieokrzesanym, pierwotnym impetem. Drzwi otworzyły się z trzaskiem i ukazała się w nich dzika postać, gotowa rzucić się i w kilku skokach spustoszyć cały pokój; ale Ricardo podniósł otwartą dłoń i potwór wszedł spokojnie. Olbrzymie jego, nawpół otwarte łapy kołysały się przed pochylonym torsem. Ricardo spojrzał na niego z wściekłością.
— Marsz do łodzi — zrozumiane? Natychmiast!
Małe, czerwone oczki oswojonego potwora mrugały z wytężoną uwagą w gąszczu kudłów.
— No? Czemu nie idziesz? Zapomniałeś ludzkiej mowy, co? Nie wiesz co znaczy łódź?
Si, łódź — wybełkotał niepewnie potwór.
— No więc ruszaj tam — do łodzi u pomostu. Marsz! Siedź tam, albo leż, albo rób co ci się podoba byleś nie zasnął — póki nie usłyszysz że cię wzywam; wtedy biegnij tutaj. Rozkaz! Precz! wynoś się — vamos! Nie, nie tędy — przez frontowe drzwi. Bez fochów!
Pedro usłuchał z niezgrabnym pośpiechem. Gdy wyszedł, błysk bezlitosnej dzikości zagasł w żółtych oczach Ricarda i fizjognomja jego przybrała — pierwszy raz tego wieczoru — wyraz domowego kota, który czuje że się nim zajmują.
— Jeśli pan chce, może pan sprawdzić, czy nie idzie prosto w stronę krzaków. Za ciemno, co? Więc może pan pójdzie z nim aż do łodzi.
Heyst uczynił niewyraźny ruch przeczący.
— Nie wątpię że pójdzie do łodzi; ale skąd pewność że tam zostanie? Na to nie ma żadnej gwarancji.
— Tum cię czekał! — Ricardo wzruszył ramionami z filozoficznym spokojem. — Nic na to nie poradzę. Nikt nie może zaręczyć, że nasz Pedro zostanie w jakiemś miejscu dłużej niż mu się będzie chciało, chyba że mu się w łeb palnie; ale mówię panu: on ma święty respekt przede mną. Przybieram zawsze taką wściekłą minę, kiedy do niego mówię. A jednak nie chciałbym go za nic zastrzelić, broń Boże! — chyba w takim napadzie wściekłości, kiedy człowiek strzela do ulubionego psa. Niechże pan słucha. To jasne jak na dłoni. Nie dałem mu przecież żadnego znaku żeby zrobił co innego. Nie ruszy się z pomostu. No więc pójdzie pan teraz?
Nastało krótkie milczenie. Szczęki Ricarda ruszały się złowrogo pod skórą. Jego senne, okrutne oczy błądziły z lubością po pokoju. Heyst pohamował nagły ruch, zastanowił się chwilę i powiedział:
— Musi pan trochę poczekać.
— Poczekać trochę! poczekać! Za co on ma człowieka — za drewnianą figurę? — mruknął półgłosem Ricardo.
Znalazłszy się w sypialni, Heyst zamknął z trzaskiem drzwi za sobą. Ponieważ wyszedł z oświetlonego pokoju, nie mógł z początku nic zobaczyć, doznał jednak wrażenia że Lena wstaje z podłogi. Na jaśniejszem nieco tle otwartego okna głowa jej zarysowała się nagle bardzo niewyraźnie — jako nieuchwytna sylwetka ciemna i okrągła, bez twarzy.
— Leno, ja już idę. Idę zmierzyć się z tymi łajdakami. — Zdziwił się, czując dwoje ramion opadających mu na barki. — Myślałem że ty...
— Tak, tak! — szepnęła pośpiesznie.
Nie przytuliła się do niego, ani też nie usiłowała przyciągnąć go do siebie. Ręce jej leżały na barkach Heysta; zdawało mu się że Lena patrzy w ciemności w jego twarz. Zaczął teraz rozróżniać i jej twarz — owal bez żadnych rysów — i zobaczył wreszcie ją całą: czarną postać o nieokreślonych konturach.
— Ty masz czarną suknię, prawda, Leno? — zapytał prędko i tak cicho, że ledwie go mogła usłyszeć.
— Tak; stary gałgan.
— To dobrze. Włóż ją zaraz.
— Ależ dlaczego?
— Nie dla żałoby! — W jego zlekka ironicznym głosie zabrzmiał ton nie znoszący sprzeciwu. — Czy możesz ją wyszukać i ubrać się pociemku?
Odpowiedziała że tak; postara się to zrobić. Czekał nieruchomo. Wyobrażał sobie jej ruchy w odległym końcu pokoju; ale oczy jego, choć przyzwyczajone teraz do mroku, przestały zupełnie ją widzieć. Gdy zaczęła mówić, zadziwił się, słysząc jej głos tak blisko. Wypełniła jego rozkaz i zbliżyła się niewidzialna.
— Dobrze. Gdzie jest ten fjoletowy woal, który tu gdzieś widziałem? — zapytał.
Nie usłyszał odpowiedzi tylko lekki szelest.
— Gdzież ten woal? — powtórzył niecierpliwie.
Poczuł nagle na policzku jej oddech.
— Mam go w ręku.
— Doskonale! Słuchaj, Leno. W chwili gdy wyjdę z domu z tym łotrem, wymkniesz się przez tylne drzwi — natychmiast, nie tracąc ani chwili! — i pobiegniesz prosto do lasu. Moment naszego odejścia, to jedyna okazja do ucieczki; jestem pewien że ten człowiek nie wymknie mi się po drodze. Leć do lasu i ukryj się za zasłoną z zarośli między wielkiemi drzewami. Potrafisz z pewnością umieścić się naprzeciw frontowych drzwi. Boję się o ciebie; ale nikt tam ciebie nie znajdzie przed świtem — w tej czarnej sukni i z twarzą zasłoniętą ciemnym woalem. Czekaj w lesie póki nie wysunę stołu nawprost drzwi, i póki nie zobaczysz że gaszę trzy świece i zapalam jedną z powrotem; albo gdyby światła pogasły nim wrócę, czekaj aż zapalę trzy świece a później dwie z nich zgaszę. Gdy zobaczysz jeden z tych dwóch sygnałów, leć z powrotem ze wszystkich sił, bo to będzie znaczyło że czekam tu na ciebie.
Kiedy to mówił, Lena wyszukała i pochwyciła jego rękę. Nie ścisnęła jej; trzymała ją lekko, jakby nieśmiało, pieszczotliwie. To nie był uścisk, to było tylko nawiązanie kontaktu, jak gdyby się chciała upewnić że on jest przy niej i że jest czemś realnem, nietylko ciemniejszą plamą wśród mroku. Ciepło jej ręki udzieliło Heystowi dziwnego, poufnego odczucia jej całej istoty. Musiał pokonać wzruszenie, którego nigdy dotąd nie zaznał, a które omal że nie pozbawiło go odwagi. Ciągnął dalej, szepcąc poważnie:
— Ale jeśli tych sygnałów nie zobaczysz, niechaj ciebie nic nie znęci z powrotem do tego domu — trwoga, ciekawość, rozpacz czy nadzieja; — z pierwszym błyskiem świtu przekradnij się skrajem polanki póki nie trafisz na ścieżkę. Nie czekaj dłużej, bo prawdopodobnie nie będę żył już wtedy.
Szept słowa: „Nigdy!“ wpłynął mu do ucha, jakby ukształtował się sam w powietrzu.
— Znasz dobrze tę ścieżkę — ciągnął dalej. — Dojdź aż do barykady. Idź do Wanga — tak, do Wanga. Niech ciebie nic nie zatrzyma.
Wydało mu się że ręka Leny drgnęła zlekka.
— Najgorsze co cię może spotkać, to śmierć; ale on nie strzeli do ciebie. Nie, nie strzeli, jeśli mnie tam nie będzie. Zostań z krajowcami, z tymi dzikimi ludźmi, i nie bój się niczego. Będziesz budziła w nich większy strach niż oni w tobie. Davidson powinien prędko się zjawić. Wyglądaj wciąż przejeżdżającego parowca. Obmyśl jakim sygnałem go przywołasz.
Nie odpowiadała mu wcale. Zdawało się że ponure milczenie ciążące nad światem przeniknęło z zewnątrz i wypełniło pokój — gnębiący bezmiar milczenia bez światła i bez powietrza. Rzekłbyś że serce serc bić przestało i że kres przyszedł na wszystko.
— Zrozumiałaś? Masz wybiec w tej chwili z domu — szepnął Heyst z naciskiem.
Podniosła jego rękę do ust i puściła zaraz. Zaniepokoił się.
— Leno! — zawołał szeptem.
Już jej przy nim nie było. Nie śmiał sobie zaufać — nie odważył się nawet wyszeptać tkliwego słowa.
Zwracając się ku drzwiom, posłyszał głuchy jakiś łoskot gdzieś w domu. Aby otworzyć drzwi musiał podnieść kotarę, przyczem spojrzał poza siebie. Światło, sączące się cienkiemi strugami przez dziurkę od klucza i jedną czy dwie szpary, pozwoliło mu dostrzec wyraźnie Lenę całą w czerni, klęczącą przy łóżku i wspartą o nie głową i ramionami — w rozpaczliwej postawie pokutującej grzesznicy. Cóż to mogło oznaczać? Heystowi mignęło podejrzenie, że dzieje się naokoło niego wiele rzeczy, których nie jest w stanie zrozumieć. Ramię Leny oderwało się od łóżka, dając mu znak aby odszedł. Usłuchał pełen niepokoju.
Kotara spuszczona za nim jeszcze nie przestała się kołysać, gdy Lena zerwała się i przypadła do drzwi, nasłuchując dźwięków i słów w pochylonej, tragicznej postawie pełnej skupionej uwagi, z ręką przyciśniętą do piersi — jakby chciała stłumić bicie serca.
Heyst zastał sekretarza pana Jonesa w kontemplacji przed zamkniętem biurkiem. Można było przypuszczać, że Ricardo rozmyśla jakby się do niego włamać, ale odwrócił się nagle z twarzą tak zmienioną iż Heyst stanął w zdumieniu na widok wywróconych białek oczu, które mrugały w okropny sposób; zdawało się że Ricardo cierpi na jakieś kurcze.
— Myślałem że pan już nie przyjdzie — mruknął przez zęby.
— Nie wiedziałem że panu się śpieszy. Nawet gdyby wasz wyjazd zależał od tej rozmowy — jak pan mówi, — wątpię abyście się zdecydowali puścić się na morze w taką noc jak dzisiejsza — rzekł Heyst, ruchem ręki wskazując Ricardowi drogę.
Sekretarz opuścił pokój natychmiast, wyginając biodra i barki kociemi ruchami. W głuchej nocnej ciszy było coś okrutnego. Wielka chmura zasłaniająca pół nieba wisiała tuż nad ziemią, jak olbrzymia kurtyna kryjąca przygotowania do groźnego napadu. Gdy obaj mężczyźni zeszli z werandy, rozległ się za chmurą łoskot poprzedzony przez szybki, tajemniczy błysk światła na wodach zatoki.
— Oho! — rzekł Ricardo. — zaczyna się.
— To się może jeszcze skończyć na niczem — zauważył Heyst, idąc spokojnie naprzód.
— Nie! Niech przyjdzie burza! — rzekł z pasją Ricardo. — W to mi graj!
Gdy zbliżali się do drugiego domku, oddalony, głuchy grzmot warczał bezustanku a blade błyskawice, jedna za drugą, przelewały się przez wyspę falami zimnego ognia. Ricardo rzucił się nagle naprzód, wbiegł po schodach i wetknął głowę przez drzwi.
— Mam go tu, proszę pana! Niech go pan trzyma tak długo jak tylko się da — póki pan nie usłyszy mego gwizdu. Jestem na tropie.
Rzucił te słowa na pokój z niesłychaną szybkością i usunął się na bok aby przepuścić gościa, ale musiał czekać dość długą chwilę, ponieważ Heyst, zrozumiawszy o co mu chodzi, zwolnił pogardliwie kroku. Gdy Heyst wchodził do pokoju, zwykły jego, heystowski uśmiech igrał pod marsowemi wąsami.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.