<<< Dane tekstu >>>
Autor Kurt Matull, Matthias Blank
Tytuł Żółty proszek
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 17.8.1939
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Tytuł cyklu:
Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


W niebezpieczeństwie

Stali bez słowa, spoglądając na kamienną powierzchnię.
— Musimy za wszelką cenę przedostać się na drugą stronę! — zawołał Raffles.
— Może uda nam się otworzyć te drzwi z tej strony? — zapytał brygadier.
— Możliwe, ale my nie mamy czasu, aby bawić się w odszukiwanie mechanizmu poruszającego tę ścianę — odparł Raffles. — Wracajcie do domu, przynieście wszystko to, co mogłoby się nam przydać do wyważenia drzwi... Idźcie do kuchni, pokojów służbowych, wszędzie! Wracajcie szybko, bowiem każda chwila jest droga. Ja pozostanę tutaj na wypadek, gdyby szaleńcowi zachciało się otworzyć te drzwi po raz wtóry... Dałbym wam wówczas znać za pomocą umówionego sygnału.
Agenci rozbiegli się i wrócili po chwili, niosąc grube żelaza, kilofy, topory, świdry i młoty.
Rzucili się na drzwi, lecz Raffles powstrzymał ich.
— Przywołam tu jeszcze jednego pomocnika! Zaczekajcie...
Przebiegł całą długość korytarza, wrócił do hallu, zbliżył się do jednego z okien i gwizdnął przeciągle.
Nie minęły trzy sekundy, gdy przed dom zajechało auto. Raffles otworzył drzwi wejściowe. Ukazał się w nich Henderson w szoferskim stroju, scharakteryzowany na Murzyna.
— Znalazła się robota dla mnie, mylordzie? — zapytał, zamykając za sobą ostrożnie drzwi.
— Znalazła się i to dość trudna, James... — Panu Brandowi grozi wielkie niebezpieczeństwo. Chodźmy!
Hendersonowi nie trzeba było powtarzać słów zachęty. Szybko zbiegł ze schodów, minął korytarz i stanąwszy przed drzwiami obrzucił je uważnym spojrzeniem. Wzrostem przewyższał agentów o jakieś dwie głowy. Chwycił stalowy kilof i począł podważać nim drzwi. Rzucił go wkrótce i chwycił młot. Silne jego uderzenia rozlegały się głuchym echem w podziemiach. Granit odpadł w kilku miejscach. Po upływie kwadransa utworzyła się szczelina tak niewielka, że z trudem mógł w niej umieścić ostrze kilofa. Oparł kilof i naprężył muskuły. Kilof zgiął się jak dziecinna zabawka, ale drzwi nie drgnęły. Henderson wziął drugi kilof, który wkrótce uległ temu samemu losowi. Agenci policji z podziwem spoglądali na tego Herkulesa, w które go ręku stal gięta się jak miękki wosk.
— Obawiam się, że w ten sposób do niczego nie dojdziemy — rzekł wreszcie Henderson, prostując się. — Te drzwi muszą być z drugiej strony zamknięte na zasuwy. Musimy spróbować innej drogi.
Znów wziął do ręki młot i począł rąbać ścianę korytarza w tym miejscu, w którym osadzone były drzwi. Szło mu o wiele łatwiej... Błyszczące kafle padały z trzaskiem i wkrótce ukazały się potężne zawiasy, umocowane w ścianie. Henderson schwycił je i począł z całych sił ciągnąć je ku sobie. Zawiasy wygięły się, pozbawiając drzwi oparcia. Jeszcze jeden wysiłek, przy którym żyły Hendersona nabrzmiały jak liny okrętowe, i drugi zawias został wyrwany. Teraz kwestia otwarcia drzwi nie przedstawiała większych trudności. Henderson oparł się o nie plecami, napiął muskuły i drzwi ustąpiły. Gorąco buchnęło ku nim tak nieznośne, że zatrzymali się w miejscu, nie wiedząc co dalej czynić. Henderson tak był pochłonięty walką z drzwiami, że nie spostrzegł nawet iż na rękach porobiły mu się pęcherze. Drzwi bowiem, a zwłaszcza żelazne ich części, rozpalone były od gorąca. Mimo to, Raffles wiedział, że stalowa komnata znajduje się w odległości kilkudziesięciu metrów.
Szaleńca nie było widać, ale od czasu do czasu do uszu obecnych dochodziły jego dzikie krzyki i nieprzytomny śmiech....
— Naprzód, ciągle naprzód — wołał Raffles, choć zdawał sobie sprawę, że każdy krok zwiększa czyhające na nich niebezpieczeństwo.
Począł szybko biec naprzód korytarzem, z którego buchało gorąco. Hendersonowi, który chciał iść za nim, dał znak, aby zatrzymał się w miejscu.
Informacje otrzymane od Branda okazały się tak ściśle, że Raffles nie stracił ani chwili cennego czasu na szukanie drogi. Szybko znalazł drzwi, prowadzące do wyżej położonych korytarzy. Czepiając się poręczy, z trudem wdrapał się na kręte schody. Przez chwilę zatrzymał się na niewielkim występie, który znał z opisu Branda. Mimo, że ściana w tym miejscu parzyła, oparł się o nią, aby odpocząć. Nagle doszedł do jego uszu przeciągły, nieprzytomny śmiech.
Otworzył ostatnie drzwi i, jak oniemiały, zatrzymał się w progu. Przed nim roztaczał się dziwny widok. Drzwi prowadziły do pokoju, przypominającego jakąś rupieciarnię na strychu... Na jednej ze ścian umieszczona była marmurowa tablica z guziczkami i kontaktami. W podłodze widniało coś w rodzaju peryskopu. Nad peryskopem stał pochylony człowiek w jednej tylko koszuli... Był tak pochłonięty obserwowaniem tego, co działo się na dole, że nie zauważył nawet pojawienia się Rafflesa. Oparłszy podbródek na ręku, spoglądał przez otwór, wybuchając od czasu do czasu nieprzytomnym śmiechem. Raffles ostrożnie zbliżył się do niego od tylu i spojrzał w dół:
Widział, jak obicia skręcały się w wąskie sznurki i strzępami zwisały ze ścian... W samym środku stalowej komnaty leżała jakaś bezkształtna masa... Tylko resztki odzienia i obuwia nasuwały przypuszczenie, że leżącym był mężczyzna odziany we frak.
Był to Bernard Fowler.
Raffles drgnął... Widocznie jakiś nieostrożny ruch ściągnął nań uwagę wariata, gdyż w tej samej chwili Derrick Ransom zerwał się i rzucił na Rafflesa. Atak był tak nieoczekiwany i szybki, że Tajemniczy Nieznajomy omal nie stracił równowagi. Wywiązała się walka. Raffles zdawał sobie doskonale sprawę z zagrażającego mu niebezpieczeństwa. Derrick należał do ludzi niezwykle silnych a szaleństwo czyniło z niego jeszcze groźniejszego przeciwnika. W chwilę po tym, obaj mężczyźni leżeli na ziemi.
Rafflesowi udało się w pewnym momencie klęknąć. Ransom leżał pod nim. Raffles wymierzył mu silny cios pięścią w podbródek. Szaleniec jęknął i zamknął oczy. Raffles podniósł się i drżąc z podniecenia zbliżył się do ściany, na której znajdowała się tablica rozdzielcza.
Przekręcił główny kontakt... Instalacja działała bez zarzutu. W tej samej chwili zostały puszczone w ruch aparaty chłodzące... Temperatura z każdą chwilą stawała się znośniejsza. Ale napróżno Raffles rozglądał się za czymś, co mogłoby stanowić część mechanizmu wodnego. Tymczasem woda z coraz większą siłą wypełniała podziemia pałacu... Jej głuchy szum aż tutaj dochodził do uszu Rafflesa... Raffles z rozpaczą myślał o losie tych, którzy znajdowali się w niżej położonych korytarzach. Raz jeszcze spojrzał przez peryskop w dół: Bernard Fowler nie żył.
Nie troszcząc się o los zemdlonego szaleńca, Raffles szybko opuścił izbę i zbiegł ze schodów. Chciał jak najprędzej przedostać się do hallu i połączyć się telefonicznie z główną komendą policji.
Nagle pod jego stopami rozległ się podziemny huk, jak gdyby wystrzał potężnych baterii. Dom zatrząsł się w posadach.
Na dole waliły się ściany pod naporem olbrzymich mas wodnych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Matthias Blank, Kurt Matull i tłumacza: anonimowy.