<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Życie za życie
Podtytuł Powieść
Wydawca Redakcja „Mód Paryzkich“
Data wyd. 1822
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LIST XII.
ALBINA DO EDWARDA.

Nie, nie masz słuszności, Edwardzie, powtórzę ci to po tysiąc razy. Daremnie stroisz się w szaty rycerskości; lenistwo ducha przemawia przez ciebie. Ty lękasz się jej cierpienia, ty nie masz siły do walki. Ale to napróżno; daremnie odsuwać ją będziesz, nie potrafisz uniknąć jej nigdy. Dziś lub jutro przyjdzie niespodzianie stanowcza chwila; nie ustrzeżesz się jej.
Chcesz zostawić Idalii wolność sumienia i ducha, nie chcesz przetwarzać jej moralnej istoty, i miałbyś słuszność, gdybyś ją spotkał, spojrzał na nią i rozszedł się w przeciwną drogę nazawsze. Wówczas byłbyś w prawie działać tak jak działasz, mógłbyś uniknąć walki i jej cierpienia. Ale dzisiaj nie masz już pośredniej drogi przed sobą, a każda chwila zwłoki i słabości staje przeciwko tobie i trudniejszem tylko czyni zwycięztwo.
W głębi serca musisz przyznać mi słuszność. Ty wiesz iż dając się porwać ślepej logice namiętności, zgubę gotujesz jej i sobie zarazem. Ty wiesz że pomiędzy wami rozdźwięku być nie może, nie powinno być tajemnicy a lękasz się zapytać o przyczynę jej smutku. Edwardzie, kto się chroni przed cierpieniem, zwykle sroższem cierpieniem karanym bywa. Nikczemność nigdy nie wychodzi na dobre, nawet w obec najukochańszej istoty; w obec jej bólu niewolno być tchórzem, i nikczemnym.
Czemuż poznałeś i pokochałeś Idalią, jeśli miłość ta ma ci przynieść upadek tylko? Ty, którego znałam tak hardym, niezachwianym, tak pogodnie stawiającego czoło gromom i burzom, żelazną ręką łamiącego zapory, ty co z rozkoszą prawie chłonąłeś silną piersią atmosferę walki, ty dzisiaj lękasz się zdobyć szczęście i spokój, lękasz się, wahasz i dajesz unosić prądowi, który niesie cię na zgubne skały, zamiast rzucić się do steru i wyratować ją i siebie.
Nie, Edwardzie, ja dzisiaj nie poznaję ciebie, ja potępiam tę miłość, jeśli ona, zamiast umacniać ducha twego, jest ci upadkiem i słabością.




Z DZIENNIKA IDALII.

....Cierpię jak zawsze, jak zwykle, ale czemuż cierpię? Cierpienie było mi niejako nieodstępne od chwili gdy myśleć zaczęłam; nauczono mnie wierzyć, że to konieczny warunek ziemskiego życia, że świat ten jest padołem płaczu i że niewarto troskać się o nędze jego. A jednak, w dziwnej sprzeczności z tem zdaniem, wszyscy szukają szczęścia. Czemu ja sama przywyknąć nie mogę do tego co być ma nieodzownem, czemu buntuję się w duchu, jeśli inaczej być nie może? Czemu ta sprzeczność wieczna pomiędzy pojęciem a uczuciem? Jedno z nich fałszem być musi. A jednak ja zaznałam chwilę szczęścia choć znikomą, i myśl odwróciła się od niebieskiej ojczyzny, serce przestało utęskniać za zmarłemi, i pomimo bólów i męczarni, przylgnęło do ziemi, do ziemi którą gardzę. I zostałam rozłamana duchem, oddałam skarby serca człowiekowi, a jednak serce moje pozostało próżne i łaknące. Czego pragnę? czegoż mi zbrakło? czemu pomiędzy nim a mną niema harmonii? czemu cierpię, patrząc na jego dumne czoło, na usta nakazujące, na oczy płomienne, — cierpię i zrozumieć nie mogę ich blasku i kocham go gdy jest daleko, i lękam się jego wzroku, lękam się słów gwałtownych, i tęsknię kiedy go niema, i drżę kiedy jest przy mnie? Więc nawet miłość sama jednej chwili szczęścia dać nie może?...
A przecież ja wierzę iż on mnie kocha, choć miłość jego tak różną jest od mojej. W duchu jego zdają się być otchłanie niepojęte dla mnie, myśli jego nie spotykają się z mojemi. Czemuż kochając się, nie możemy się wzajem zrozumieć? Kto mi wytłómaczy serce jego? Czy przyszłość? To słowo samo przeszłość jego przejmuje mnie zimnym dreszczem trwogi. Czem zapełniał on minione lata? Czy też mój obraz snuł się przed jego oczami w przeczuciach niewyraźnych, jak ja życie całe marzyłam o nim?
Czemu Herakliusz uśmiecha się tak niemiłosiernie, tak szyderczo, kiedy mówię mu o tem? Czemu Herakliusz tak często powtarza, iż miłość to tylko chwila burzy? Czy to prawda? Czy to być może? Czyż miłość taka jak moja przemija kiedy? Czy on mógłby mnie przestać kochać? Czy kochał już... Tę myśl wyczytałam wyraźnie w oczach Herakliusza. On kochał może już nieraz, a mnie dostaną się resztki jego serca, lub gorzej: zajmę je z kolei, będę jednym obrazkiem więcej w kalejdoskopie życia...
Nie, nie, to być nie może! Musiałabym nim pogardzić. Pogardzić!?... ale czy dla tego przestałabym kochać? Co to znaczy przestać kochać? Ja słowa tego nawet zrozumieć nie mogę. Widziałem umarłe ciała, nie widziałam umarłych uczuć, one wieczne być muszą, jak nieśmiertelny duch w którym powstają.
Serce moje tęskne, przelękłe, cofa się przed tym chaosem myśli. Gdzie ma znaleźć odpowiedź?
A gdybym zapytała jego... On nigdy nie mówił o przeszłości swojej, on mówił tylko że mnie kocha i mówić nie potrzebował, czytałam to bez słów w oczach jego, w drżeniu głosu. Po co mi pytać o więcej?
Przyjdzie jednak chwila, w której wszystkiego dowiedzieć się muszę, gdy związek nasz stanie się zupełnie nierozdzielny. Ta chwila przyjdzie, ale czemuż myśl o niej sama jest mi nieznośną? Odsuwam ją z drżeniem w przyszłość daleką, a przecież czuję, że jej uniknąć nie mogę. Jak określona czarem, muszę pełnić wolę jego; daremnie walczę i bronię się.
Czemuż kochając, lękam się tej chwili w której zniknie wszystko co nas rozdziela? Czy mu nie ufam? Ja nie wiem sama, ale się lękam, lękam się, by codzienne życie nie padło jak pył brudny na kwiat uczucia.
Pamiętam, że matka moja mówiła nieraz, iż żadna miłość tej próby nie wytrwa. A jednak ona sama upoważniła mnie uroczyście iść za głosem serca, chociażby wbrew woli rodziny całej. Dlaczegóż jednak szukać miłości w małżeństwie, jeśli ono samo zabijać ją musi?
Wszędzie sprzeczność, gdzie rzucę okiem; gdzie myśl zwrócę, otacza mnie chaos sprzeczności. Lękam się życia, bo go nie pojmuję, bo pośród tych wód nieznanych, nie umiem sterować swej łodzi i unoszą mnie fale. Czyż zawsze myśl moja pytać będzie? gdzież znajdę odpowiedź? Czy są ludzie, którzy ją znaleźli.




ZNOWU Z DZIENNIKA IDALII.

Dziś już nie potrzebuję pytać czemu cierpiałam, sprawdziły się złe przeczucia moje, dziś wiem już z pewnością to, co myśl sama lękała się przypuszczać, wiem i mimo to żyję, i kocham jak kochałam. Herakliusz w końcu zmuszony był powiedzieć mi wszystko. Wiem wszystko, a jednak żałować nie mogę tego com uczyniła, nikczemne serce moje nie umie się cofnąć, tylko zranione, krwawo cierpi, lecz niemniej silnie uderza i obrazu jego stracić nie może.
Oddawna już uważałam spojrzenie Herakliusza trwożne, niespokojne, oddawna kropla po kropli wsączał w myśl moję jad nieufności. Bolało go szczęście moje, bo wiedział że było znikome, oparte na złudzeniu tylko. Uważałam że z niechęcią źle utajoną przyjmował Edwarda, ale nie chciałam tego widzieć, wmawiałam w siebie iż to dlatego, że wybór mój zrobionym był wbrew jego myśli. Zaślepiona, odsuwałam się coraz bardziej od niego, unikałam go nieledwie. On rozumiał to i znosił cierpliwie. Opieka jego rozciągała się nademną niewidzialna: czułam się przedmiotem jego niepokoju, jego troski i z dumą niewdzięczności odwracałam oczy. On smutny, niezrozumiany, nie zrażał się jednak. Nieraz spotykałam go w żywej z Du Barlette rozmowie, która cichła za mojem zbliżeniem się. Aż dzisiaj niespodzianie, przechodząc przez ogród, usłyszałam kilkakrotnie wymówione imię Edwarda, złączone z jakiemś kobiecem imieniem. Zbliżyłam się, tknięta dziwnem uczuciem, z postanowieniem dowiedzenia się raz tego, co wyraźnie skrywano przedemną.
— Co mówiliście o nim? zapytałam, stając niespodzianie pomiędzy niemi.
Du Barlette westchnęła, odwracając oczy; opiekun mój próbował uśmiechnąć się, ale uśmiech skonał mu na ustach, gdy spojrzał na mnie.
— Chcę wiedzieć wszystko, wyrzekłam, zdobywając się na stanowczość, wszystko co wiecie o nim.
— Idaljo, wyrzekł Herakliusz, biorąc rękę moję i ściskając ją ze współczuciem, — Idaljo, sama wybrałaś go, ukochałaś i zaręczyłaś z nim życie. Nie pytaj mnie o nic dzisiaj; odebrałaś mi prawo odpowiedzi.
W głosie jego i słowach czytałam wyraźnie nieszczęście moje.
On posadził mnie na ławce obok siebie, obie moje dłonie wziął w swoje i wyszeptał cicho:
— Biedne dziecię!
Domyśliłam się tych słów, więcej niżelim je usłyszała.
— Dlaczego? pochwyciłam, powiedz mi dla czego nazywasz mnie biedną? dlaczego ja sama tak biedną się czuję?
I mówiąc to, nie mogłam ukryć łez.
— Więc i ty także, Idaljo, zawołał ze zdumieniem prawie, czujesz, wiesz, że nie jesteś szczęśliwą?
— Cierpię od dawna, wyrzekłam, a nie mogę zdać sobie sprawy z cierpienia. Przez litość, jeżeli możesz, wytłómacz mnie samej sobie!...
Herakliusz powstał niespokojny, niepewny, wahający się, i nierównym krokiem przechadzał się wszerz i wzdłuż szpaleru, jakby rozmyślając co ma uczynić.
Ja pozostałam na ławce, bez tchu prawie; serce ściskała mi w piersi dłoń lodowata.
Wreszcie Herakliusz zbliżył się i stanął przedemną, z dziwnie smutną powagą.
— Idalio, wyrzekł, powiedz mi szczerze że żądasz prawdy odemnie, daj mi słowo że cokolwiek ci powiem, przebaczysz mi ból sprawiony, przebaczysz mi iż szczęście twoje stawiam ponad wszystko na świecie. To nie jest tylko obowiązek sumienia, to obowiązek serca. Od dziecka kochałem cię, Idaljo!...
— A więc, w imię obowiązku i serca, w imię litości żądam prawdy, wyrzekłam, podając mu rękę.
— I przebaczysz mi? zapytał pochylając się nademną i patrząc mi w oczy dziwnym wzrokiem.
— Będziesz miał wdzięczność moję.
Milczał jeszcze chwilę, jakby zbierając myśli, jakby dając mi czas cofnięcia słów niebacznych. Byłam jakby skamieniała.
— Posłuchaj, wyrzekł, siadając przy mnie. Kiedy z ufnością dziecka, z szaleństwem niewiadomości oddałaś serce pierwszemu co po nie sięgnął, czy zapytałaś kto jest ten człowiek, czy wart był skarbu jaki dostawał, czy umiał ocenić go przynajmniej? Czy zapytałaś o życie całe, o przeszłość jego?
— Nigdy, on nigdy nie mówił o przeszłości swojej.
— Wierzę, odparł opiekun mój z gorzkim uśmiechem. Ja poznałem tę przeszłość zapóźno.
I tutaj począł długą powieść, której każde słowo wyryło się w pamięci mojej ognistemi głoskami, powieść której pióro moje powtórzyć nie zdoła, przed którą myśl sama się cofa.
Ileż kobiet przeszło przez serce jego, ileż szaleństw, ileż miłości! Miłości!... czyż można nawet podobnie przelotne uczucia nazywać tem świętem imieniem!?..
Słuchałam nieruchoma, płomienie przechodziły mi po twarzy, a zimno ściskało serce, aż wszystkie uczucia wstrętu, oburzenia, zazdrości stopiły się w jednę nieskończoną boleść. Nie mogłam spojrzeć na Herakliusza, na świat otaczający, nie mogłam spojrzeć w samą siebie.
On mówił ciągle, aż słowa jego zmieszały się dla mnie w jakiś szmer niewyraźny. Świat cały zamroczył mi się w oczach, straciłam przytomność.
Gdym powróciła do zmysłów, byłam u siebie na sofie; Du Barlette trzeźwiła mnie przestraszona, a Herakliusz, klęcząc przy mnie, rozcierał mi dłonie. Spojrzałam w twarz jego: była białą jak płótno, a oczy, jakby lękając się widoku mego cierpienia, spuszczały się ku ziemi, odwracały odemnie.
Nie mogłam wymówić słowa; ścisnęłam tylko rękę jego, zalewając się łzami, bo w tej chwili wróciło mi wszystko do pamięci z przerażającą jasnością i zrozumiałam nieszczęśliwa, że rozpacz, pogarda nawet nic nie zmniejszy miłości mojej: pomimo wszystko — kocham Edwarda, a twarz jego dumna, smutna, szlachetna, stoi niezachwianie w myśli mojej i zdaje się patrzeć z wyrzutem, ognistemi, głębokiemi oczyma.
Próżno, ja nie odnajdę już szczęścia nigdy, nigdy! ale jego nie zapomnę także!...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.