<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Życzenie zmarłej
Wydawca Gazeta Urzędnicza
Data wyd. 1893
Druk Drukarnia Dziennika Polskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le voeu d'une morte
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Ostatnie promienie zachodzącego słońca rzucały do pokoju blade i niedostateczne światło. Na pół odsunięte firanki okna dozwalały widzieć za niem gałęzie drzew, ozłocone blaskiem zorzy wieczornej. Na dole, na Boulevard des Invalides, bawiły się ochoczo dzieci, a srebrny ich śmiech napełniał sobą całe powietrze.
Wiosna następująca po okropnych dniach lutego, była bardzo zimną, a tak ciepłe zazwyczaj majowe wieczory przypominały raczej mrozy, panujące w ciągu zimy. Chłodny wiatr podnosił ustawicznie firanki i wpędzał do pokoju oddalony odgłos turkotu wozów.
W samym pokoju zalegała ponura cisza. Niewyraźnie tylko zarysowujące się w zmroku meble odbijały czarno od jasnych ścian; niebieskie kwiaty, stanowiące tło dywanu, stawały się coraz niewyraźniejsze. Noc rozpostarła tu już swoje panowanie. Jeszcze tylko słaby odłam światła wpadał do pokoju przez jedno z okien i oświetlał łoże, na którem pani de Rion pasowała się ze śmiercią.
Podniesiona nieco, leżała Blanca de Rion na poduszkach, wielkie swe oczy utkwiwszy w przybierającą z każdą chwilą ciemność. Resztki światła dziennego, wpadające przez okno, oświetlały jej twarz wychudłą — obnażone ramiona spoczywały na kołdrze, a palce posuwały się bezmyślnie, gniotąc prześcieradło. Pogrążona w milczeniu, z otwartemi ustami, wstrząsana od czasu do czasu silnym dreszczem, oddała się w zupełności smutnym swym myślom, i oczekując śmierci, odwracała co chwila głowę z jednej strony na drugą, jak to zazwyczaj czynią umierający.
Mogła mieć lat najwyżej trzydzieści. Delikatna z natury, stała się skutkiem słabości jeszcze delikatniejszą i wątlejszą. Ta kobieta musiała posiadać rzadką inteligencję, nadziemską dobroć i łagodność. Śmierć jest doskonałym kamieniem probierczym i dopiero agonia pozwala wydać sąd o osobistej odwadze danej jednostki.
A mimo to można było zauważyć, że jej poddanie się nie było bezwzględnem. Czasami zaczynały jej usta drżeć, a jej ręce chwytały silnie części pościeli. Twarz jej przybierała wyraz pełen trwogi, a do ócz napływały wielkie łzy, które następnie gorączka febryczna osuszała na jej policzkach. Zdawała się nagłym wysiłkiem woli chcieć od siebie śmierć odstraszyć.
Pochyliła się naprzód i przeciągłe spojrzenie utkwiła w małem, około sześcioletniem dziewczęciu, które siedziało na dywanie i bawiło się frendzlami kapy, zwisającej z łóżka. Od czasu do czasu mała podnosiła główkę, i jak gdyby nagłą trwogą zdjęta, gotowa była płakać, sama nie wiedząc, dla czego; ale potem, zamiast płakać, poczynała się śmiać, widząc, że i matka się uśmiecha, i bawiła się dalej, prowadząc cichą rozmowę z rogiem kapy, służącym jej za lalkę.
Nie można było wyobrazić sobie coś smutniejszego, jak ten uśmiech umierającej. Chciała Jeannę zatrzymać przy sobie do ostatniej chwili i zmuszała się z nadludzką siłą woli ażeby tylko dziecka nie przestraszyć. Przypatrywała się jego zabawie, słuchała jego szczebiotu, pełnem miłości spojrzeniem obejmowała jasną główkę i zapominała zupełnie o tem, że musi umrzeć i opuścić tę ukochaną istotkę. Ale nagle przypomniała sobie znowu i dreszcz przerażenia przebiegł ją na myśl, że drogie to dziecię jej pozostanie osamotnione.
Choroba postąpiła z nią bezlitośnie. Pewnego wieczora, gdy udawała się na spoczynek, poczuła, że jest słabą, a już w czternaście dni potem stała nad grobem. Nie była już w stanie podnieść się i musiała umrzeć, nie mogąc zająć się przyszłością Jeanny. Mówiła sobie, że zostawia ją bez opieki i podpory, gdyż nie posiada żadnego innego doradcy, oprócz ojca, a na tę myśl jeszcze bardziej zadrżała, wiedząc dobrze, jakimby on był doradcą dla swej córki.
Naraz uczuła Blanka, że słabnie. Zdawało się jej, że to już śmierć wyciąga ku niej suche swe ramiona. Przerażona opuściła głowę na poduszki.
— Joanno — odezwała się — powiedz ojcu, że chcę z nim pomówić.
Gdy dziecko wyszło z pokoju, poczęła znowu obracać głowę na obie strony. Oczy jej były szeroko rozwarte, usta silnie zaciśnięte, i budziła się w niej dzika jakaś energja, by żyć dalej, by nie prędzej ustąpić z miejsca, aż uspokoi swe serce.
Nie było już słychać gwaru dzieci na bulwarze, a drzewa odbijały się już tylko jak jedna ciemna masa na błękitnem tle nieba. Odgłos świata zewnętrznego dochodził coraz to niewyraźniej. Ciszę głęboką przerywały już tylko westchnienia umierającej i przytłumione łkanie, dające się słyszeć pod jednem z okien.
Tutaj, prawie całkiem zakryty firankami, mały, około ośmnastoletni chłopak, nazwiskiem Daniel Raimbault, wylewał łzy gorące. Wszedł on przed chwilą do pokoju i nie miał odwagi przystąpić do łóżka. Dozorczyni chorej nie było w pokoju, mógł przeto bez przeszkody ukryć się w jednym z kątów i tam puścić wodze swej żałości.
Daniel był usposobienia trwożliwego; patrząc na niego, można go było wziąć za chłopca najwyżej piętnastoletniego. Nie był ułomnym, ale wychudłe jego i krótkie członki nie w zupełnej zostawały harmonji z korpusem. Włosy blond, prawie żółte, spadając w lokach, otaczały jego podłużną twarz na której usta były za wielkie, a kości policzkowe zanadto wysterczały. A jednak, po bliższem przypatrzeniu się, musiało się dlań uczuć sympatję, czoło jego bowiem było wysokie i szerokie, oczy zaś patrzyły łagodnie i poczciwie. Młode dziewczęta uśmiechały się, gdy obok nich przechodził. Wyglądał niezgrabnie i byłby chętnie schował się ze wstydu pod ziemię.
Pani de Rion była dobrym geniuszem jego życia. Wyrządziła mu wiele dobrego, a właśnie w dniu, w którym widział, że może jej już podziękować za wszystkie dobrodziejstwa, ona leżała na łożu śmiertelnem.
Skrył się tedy za firankami, a z głębi piersi wydobywały mu się ciche łkania, których nie był w stanie stłumić. Wśród głębokiej ciszy, zaległej do koła, nie mogły one nie zwrócić na siebie uwagi Blanki. Podniosła się nieco i starając się przebić wzrokiem ciemności, zapytała:
— Kto tu jest? Kto tu płacze?
Daniel padł przed łóżkiem na kolana, a Blanka poznała go natychmiast.
— To pan jesteś, Danielu — rzekła — powstań, przyjacielu mój i nie płacz.
Daniel zapomniał w tej chwili o całej swej trwożliwości i nieporadności i złożył ręce błagalnie.
— Oh, madame — zawołał drżącym głosem — pozwól mi pani tutaj zostać. Oprócz nas, nie ma nikogo w pokoju, a ja przyszedłem tu umyślnie, ażeby pani wypowiedzieć całą moją wdzięczność, całą moją miłość. Od lat dziesięciu przeszło czuję to, a nie mogłem nigdy tego wypowiedzieć. Ileż razy marzyłem o tej chwili... Nareszcie nadeszła, a ja zastaję panią w takim stanie... Nie wiedziałem, że dwa razy można zostać zupełnym sierotą!
Blanka spojrzała na niego rozjaśnionym wzrokiem. W ostatniej godzinie życia czuła się sowicie wynagrodzoną za spełnienie dobrego uczynku i zdawało się jej, że pod wpływem tego poczucia sił jej przybywa. Daniel ciągnął dalej:
— Mam pani do zawdzięczenia wszystko, a na okazanie mej wdzięczności nie mam nic, prócz łez. Marzyłem o tem, że życiem całem będę pani okazywał mą wdzięczność, że będziesz mogła z dumą patrzeć na swe dzieło, jakiem ja jestem. Cóż się teraz ze mną stanie, jeżeli Bóg nie zlituje się nad panią, a zarazem nademną?
Pani de Rione ujęła dłoń Daniela.
— Wiem, mój przyjacielu, że nie jesteś niewdzięczny — odezwała się. — Słowa pańskie mię uspakajają, a twoje łzy łagodzą moje cierpienia. Miałam nadzieję, że będę mogła dopomagać panu w dalszych studjach i w ten sposób zapewnię ci przyszłość. Niestety, słabość nie pozwoliła mi doprowadzić do skutku moich planów. To jedno mię trochę pociesza, że udało mi się doprowadzić do tego, że dziś już jesteś pan w stanie starać się sam o swoje utrzymanie. Myśl czasem o mnie, kochaj mię i staraj się twem postępowaniem zadowolić mię po śmierci, tak, jak zadowalałeś mię za życia.
Wypowiedziała te słowa tonem tak ujmującym i serdecznym, że Daniel ponownym wybuchnął płaczem.
— Nie — zawołał — pani nie możesz tak rozstać się ze mną. Przez całe lat dziesięć nie miałem innej myśli, innego dążenia, jak tylko to, by się pani podobać, by spełniać najmniejsze twoje życzenia. Pani byłaś moim celem we wszystkiem. Jeśli teraz nie będę pracował dla pani, muszę się stać leniwym — czuję to. Pocóż żyć i walczyć? Daj mi pani jakiś cel, ażebym dążąc do jego spełnienia w mojem życiu, mógł zarazem tobie okazać przez to wdzięczność!
Podczas gdy Daniel mówił, twarz pani de Rionne rozjaśniła się, jakby pod wpływem nowej jakiejś myśli.
— Masz pan słuszność — odezwała się po chwili — mam dla pana misję. Sam Bóg zesłał mi tu pana. Powstań, mój przyjacielu i wysłuchaj mej prośby.
A gdy Daniel wstał z kolan i usiadł obok łóżka na krześle, ciągnęła dalej:
— Pozostaje mi już bardzo mało czasu, a muszę panu wszystko powiedzieć... Prowadziłam życie samotne i nieszczęśliwe... Muszę ci to wszystko opowiedzieć otwarcie mój przyjacielu, ażebyś mógł zrozumieć moje obawy. Znałeś mię tylko jako kobietę szczęśliwą, która — jak ci się zdawało, żyła w niebie, opływała w szczęściu. Niestety, było inaczej. Ze łzami przypominam sobie teraz szczęśliwe dni mojej młodości, które spędziłam w mej ojczyźnie, w Prowansji! Później byłam dumną, chciałam walczyć przeciwko życiu, a z walki tej wychodziłam z rozdartem, rozkrwawionem sercem...
Daniel słuchał jej, nie rozumiejąc; zdawało mu się, że to już agonja opanowuje umierającą.
— Wyszłam za człowieka — mówiła chora dalej — którego przez długi czas nie mogłam kochać, a któremu miałam do zawdzięczenia córkę. Od tej pory musiałam memu sercu nakazać milczenie. Pan de Rionne wrócił do dawnych zwyczajów życia kawalerskiego. Cofnęłam się z moją córeczką w jeden kąt domu i zamknęłam się tam, jak w klasztorze. Od czasu do czasu całe moje jestestwo wzdrygało się przeciwko takiemu trybowi życia i wiele mię to kosztowało, ażeby wobec świata okazywać się spokojną i wesołą.
..Opowiadam panu rzeczy smutne — ciągnęła po chwili, w której starała się skupić myśli, a zarazem nabrać sił do dalszego mówienia — i nie wiem, czy mię pan dobrze zrozumiesz. Usta otwarły mi się wbrew mojej woli, spodziewam się jednak, że mię to będzie przebaczone. Spowiadam się przed panem, jak przed kapłanem. Dzisiaj jesteś jeszcze dzieckiem i przerażają cię moje słowa; ale przypomnisz sobie je, gdy się staniesz mężczyzną.
Znowu przerwała na chwilę, a następnie głosem przyciszonym, jak gdyby się obawiała, by jej kto nie podsłuchał, poczęła mówić dalej:
— Widziałeś pan moją małą córeczkę, biedną moją Joannę, która tu przed chwilą się bawiła. Ma dopiero sześć lat, a ja muszę ją opuścić, nie wiedząc, czy ona nosi w sobie zaród szczęścia, czy nieszczęścia. Niepewność ta podwaja moje cierpienia i dlatego jedynie obawiam się śmierci. Chwilami przychodzi mi na myśl, że ona, tak samo jak ja, przejdzie przez życie złamaną i upokorzoną, nie posiadając jednak tej siły ducha, jaka moim była udziałem... Zdawało mi się, że zawsze będę mogła być przy jej boku, kształcić jej serce i umysł i że potrafię w ten sposób zabezpieczyć jej szczęście. Gdym spostrzegła, że śmierć się zbliża, z trwogą oglądałam się za kimś, któryby zastąpił moje miejsce, to znaczy, stał się dla niej wierną, oddaną matką — i nie znalazłam nikogo. Rodzice moi nie żyją, ja sama prowadziłam życie klasztorne i nie mam żadnych przyjaciółek. Pan de Rionne posiada jedyną siostrę, ale ta nie mogłaby być dla mojej Joanny dobrym przykładem. Co się zaś tyczy mojego męża to napełnia mię on wstrętem. Niechaj to, co powiedziałam, służy panu za wyjaśnienie, dlaczego trwoga zdejmuje mię na myśl, że dziecię moje znowu dostać się może w jego ręce. I przed nim to chcę ochronić moją córkę...
Zakryła twarz rękami i na krótką chwilę pogrążyła się w zadumie.
— Rozumiesz teraz, mój przyjacielu — poczęła znowu — jakiej natury będzie twoja misja. Pańskiem zadaniem będzie czuwać nad moją córką. Jest to mojem życzeniem, abyś stał przy jej boku, jak anioł-stróż.
Daniel znowu padł na kolana. Drżał z wzruszenia. Nie mógł mówić i zamiast jakiejkolwiek odpowiedzi, całował tylko ręce pani de Rionne.
— Ciężkie to zadanie, które na pana wkładam — mówiła dalej umierająca. — Śmierć zbliża się ku mnie i muszę się pospieszyć z udzieleniem ci wskazówek, w jaki sposób masz je przeprowadzić. Nieba dobrotliwe sprowadziły pana tutaj i dały mi przez to ostatnią pociechę... Duma moja nie pozwoliła mi na obronę mego majątku przed chuciami mego męża, oddawałam mu wszystko czego tylko zażądał. Dziś nie wiem nawet, jak daleko zaszliśmy. Moja córka będzie prawdopodobnie biedną i ta myśl prawie mię raduje. Jednego tylko mi żal, że nie mogę panu zostawić żadnych pieniędzy...
— Nie żałuj pani tego — przerwał jej Daniel — ja będę pracował, a Bóg nie odmówi mi swego błogosławieństwa.
Umierająca coraz bardziej spadała ze sił. Głowa jej osunęła się na poduszki, ale ciężkim głosem, z widocznym wysiłkiem mówiła dalej:
— Tak tedy wszystko jest w porządku. Ulżyłam memu sercu, czuję się spokojną i mogę już umierać. Pan będziesz czuwał nad Joanną, będziesz jej oddanym przyjacielem i będziesz ją chronił przed zakusami świata. Chodź za nią krok w krok, tak blisko, jak to tylko możliwe, odwracaj od niej wszelkie niebezpieczeństwa, wzbudzaj w jej sercu wszelkie cnoty. Ale przedewszystkiem wydaj ją pan za mąż za człowieka, który jej będzie godnym, a zadanie twoje będzie spełnione. Cokolwiek bądź jednak się stanie, nie opuszczaj jej! Przysięgnij mi na to!
— Przysięgam pani — wyszeptał Daniel głosem, dławionym przez łzy.
Blanka przymknęła oczy, jak małe dziecię, które zasypia. Ale prawie w tejże chwili znowu je otworzyła.
— Wszystko to jest straszne, mój przyjacielu — zaszeptała — Nie wiem, co panu przyszłość przyniesie; przeczuwam jednak ciężkie walki... Ale niebo będzie czuwało nad wami.. uściśnij mię...
Złamany boleścią, pochylił się Daniel nad panią de Rionne i drżące swe usta przycisnął do jej czoła.
Noc już zupełnie zapadła; na niebieskiem tle nieba iskrzyły się miliardy gwiazd. Wtem dał się słyszeć odgłos kroków i do pokoju weszła służąca, niosąc lampę. Podeszła ku łożu umierającej.
— Mąż pani zaraz przyjdzie, madame — rzekła.
Daniel ukrył się znowu w niszy okna, a w chwilę potem zjawił się w pokoju przerażony otrzymaną wiadomością p. de Rionne.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.