<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1934
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLVII.

Kiedy w towarzystwie kolegów znalazłem się na ulicy, przekonałem się, że prawdą jest, że ziemia się kręci. Nietylko ziemia, ale cała ulica wraz z domami tańczyła mi w oczach. Byłem kompletnie pijany. Jednakże, by nie zdradzać się przed kolegami, że nie umiem pić, starałem się utrzymać na nogach. W pijanej głowie huczała mi wciąż jedna i ta sama myśl: by móc gdziebądź przespać się trochę. Dwaj koledzy trzymali mnie pod ramiona i ciągnęli za sobą do meliny. Wtem nagle puścili mnie, tak, że upadłem jak długi na bruk.
Oprzytomiałem dopiero po przespaniu się na pryczy w komisarjacie. Przypomniałem sobie kolegów i pijatykę, ale w jaki sposób tu się znalazłem — nie mogłem sobie ani rusz przypomnieć Dopiero kiedy postawiono mnie przed komisarzem policji dowiedziałem się, że koledzy byli poszukiwani przez policję. Gdy zauważyli zdaleka zbliżających się agentów, umknęli im przed samym nosem, pozostawiając mnie własnemu losowi.
W tej chwili przez drzwi gabinetu zajrzało dw u agentów, których odrazu poznałem. Jeden z nich, który za Niemców był agentem, teraz nosił mundur komisarza policji. Na jego twarzy pojawił się zwykły jego złośliwy uśmiech, gdy zawołał:
— Skąd się tu wziąłeś, stary przyjacielu?
— Sam nie wiem skąd, — odparłem.
— Jak tam skoki, jeszcze się robi?
— A jakże, robi się, — odparłem śmiejąc się.
— Dawno was zwolnili?
— Niedawno, dwa tygodnie temu.
— Co tu robicie u nas teraz? Znów zasypany, co?
— Nie jeszcze, — powiedział komisarz. — tylko podpił sobie razem z Frankiem Bucałem i Bułanem. Jego aresztowano, a tamci, którzy byli mi potrzebni, zwiali.
— To też znany ptaszek, — zawołał mój znajomy. — Myślę, że teraz już nie będzie więcej operował w naszych stronach. Przeniesie się, gdzie go nie znają. Prawda, Nachalniku?
— Nie mam więcej zamiaru broić. Przyjechałem tu, by odnaleźć adwokata, który mnie nabrał w więzieniu i wymanił spadek po ojcu. — Tu opowiedziałem im zajście z adwokatem.
— To znany oszust, — zawołał komisarz. — Dziwię się tylko, żeście się dali nabrać.
— Co miałem robić? Głód był w więzieniu, a on obiecał mi dostarczyć pożywienie, więc zgodziłem się.
— Co zamierzacie teraz robić? — zapytał komisarz wskazując mi krzesło.
— Sam jeszcze nie wiem dobrze, co począć ze sobą. Będę wszelkiemi siłami dążył do tego, by więcej do więzienia nie wpaść.
— Bardzo ładnie. Fach złodziejski nie opłaca się wcale. Radzę wam zastrejkować. Jesteście młodym, silnym mężczyzną, weźcie się do pracy, do handlu, aby tylko nie kraść. Radzę wam to jak przyjaciel.
— Dziękuję panu komisarzowi za dobrą radę i postaram się tak uczynić. Czy mogę już iść? Bo chcę jeszcze dziś odjechać do Białegostoku. Mówiono mi, że ten adwokat tam się wyprowadził.
Komisarz spojrzał na swoich podwładnych porozumiewawczo i zawołał:
— Wszystko dobrze, przyjacielu. Jednakże chcemy cię sfotografować teraz i wziąć palce, zanim stąd pójdziecie.
— A to poco? Moja fotografja chyba znajduje się u was oddawna. Zresztą nie zostałem teraz aresztowany za przestępstwo, więc poco fotografja?
— Tylko bez nerwów, mój przyjacielu, — zawołał mój znajomy. — To było dawno, teraz wyglądacie zupełnie inaczej. Spoważnieliście, zestarzeliście się trochę. Z resztą macie zamiar teraz, jak sami mówicie, zabrać się do uczciwej pracy, więc chcemy mieć waszą fotografję, żeby można było was widzieć w albumach policyjnych jako porządnego człowieka, — zakończył z ironją.
— Ja się nie dam sfotografować, — zawołałem.
— Nie będziesz taki. Jedno z dwojga: albo daj się sfotografować, albo zpowrotem do kozy.
Oczy moje spotkały się w nienawistnem spojrzeniu z oczyma znajomego podkomisarza. Znałem go i wiedziałem, że postawi na swojem napewno, więc z rezygnacją poddałem się i po chwili, po sfotografowaniu mnie i zdjęciu odcisków palców, kazano mi się wynosić.
Tego wieczora pojechałem do Białegostoku. Tu nazajutrz dowiedziałem się ku mojemu utrapieniu, że ów adwokat mieszka już w Wilnie. Nie namyślając się długo, pojechałem do Wilna. W Wilnie jednak w biurze meldunkowem poinformowano mnie, że przed kilkoma miesiącami adwokat wyprowadził się do Warszawy.
Gdy wyszedłem z biura meldunkowego, stanąłem bezradny na ulicy. Co zrobić? Zapasy pieniężne były na wyczerpaniu, nie wystarczało już nawet na bilet kolejowy do Warszawy. Przypomniałem też sobie, że od tego miasta dawno już temu zaczęły się moje nieszczęścia. Z Wilna pojechałem w tedy na wieś, gdzie przez głupotę czy też przez nieszczęśliwą miłość, popełniłem pierwszą kradzież. Po dłuższem smutnem rozmyślaniu, postanowiłem wziąć bilet do Grodna; później będzie, co Bóg da. Tak też zrobiłem. Wieczorem siedziałem już przygnębiony i niewyspany w przedziale wagonu. Jedyną moją towarzyszką podróży była jakaś kobieta w balzakowskim wieku. Była bardzo przystojna i sama nawiązała ze mną rozmowę. Opowiedziała mi, że była przez dziesięć lat w Argentynie z mężem, z którym się rozwiodła. Przyjechała do Polski, by odwiedzić krewnych i znajomych. Teraz jedzie do Warszawy, gdzie zabawi kilka dni, poczem zpowrotem pojedzie do Argentyny, gdzie czekają na nią rozległe interesy.
Rozmowa nasza, jak to bywa, z początku nie kleiła się; później jednak, gdy przekonałem się z kim mam do czynienia, starałem się jej nawet przypodobać. W głowie błysnęła mi natrętna myśl: sam Bóg ci ją zesłał. Skorzystaj z okazji i staraj się ją obrobić. W wyobraźni, która teraz pracowała z natężeniem, widziałem już paczkę banknotów dolarowych w mojem posiadaniu.
W czasie rozm owy, kiedy nie szczędziłem jej komplementów, zachwycając się jej urodą, zawołała śmiejąc się:
— Doprawdy nie wiem wcale, dlaczego się pana zupek nie nie obawiam. Opowiadano mi jeszcze w domu, że w Polsce trzeba być bardzo ostrożną w podróży. Złodziei i bandytów tu nie brak i w każdej chwili można być ograbioną. Tyle mi nagadano o tem, że początkowo obawiałam się wyjechać do Europy. Jednakże postanowiłam się przekonać, czy to jest prawda. Już przeszło sześć miesięcy podróżuję i nikt mnie jeszcze nie okradł. Coprawda w Berlinie zauważyłam jakieś podejrzane typy kręcące się koło mnie, jednakże nikt mi nic złego nie uczynił. Przyjaciele radzili mi, żebym jechała trzecią klasą, gdyż złodzieje przeważnie polują na pasażerów pierwszej i drugiej klasy. Dziś jakoś mało jest pasażerów i jak widzę przyjdzie mi z panem jechać tak do samej Warszawy. Czy pan jedzie bezpośrednio do Warszawy?
— Tak, do Warszawy, — powiedziałem, starając się nie zdradzić radości, jakiej doznałem, usłyszawszy jej szczere czy udane wyznanie. Była chwila, że mi się zdawało, że wie kim jestem i czyta z mojej twarzy myśli, jakie mam w głowie. Jednakże po chwili nabrałem pewności siebie, przekonany, że jedynie z gadatliwości tak się wynurza przede mną.
— Tak, musi pani być ostrożna. Złodziei nie brak; a jak poznają jeszcze w pani cudzoziemkę, będzie jeszcze gorzej. Ale jedzie pani ze mną, niema obawy.
Wstałem na chwilę, udając, że wyglądam oknem, by zaprezentować jej moją muskularną postawę, poczem znów usiadłem już bliżej niej.
— Dziś zresztą — zawołałem, — żaden podróżny nie wozi ze sobą większych sum. Najlepiej mieć w kieszeni książeczkę czekową na jakiś bank i sprawa załatwiona. Ja nigdy nie wożę większych pieniędzy.
— Czy można wiedzieć w jakiej branży pan pracuje? — zapytała kobieta.
— Owszem. Mamy kilka młynów, pracuję u ojca w biurze.
Kobieta była już zupełnie pod moim wpływem, a nawet zaproponowała, bym usiadł przy niej.
Przy sprawdzaniu biletów, konduktor zwrócił mi uwagę, że jestem w kobiecym przedziale i że miejsc w innych przedziałach nie brak. Ona jednak powiedziała: — Ten pan jest moim znajomym i jedzie ze mną razem. Proszę go pozostawić.
Konduktor zmierzył mnie podejrzliwie od stóp do głowy, poczem przeprosił i opuścił przedział.
Spostrzegłem, że moja nowa znajoma pieszczotliwie strzeże swej torebki, nie wypuszczając jej z rąk. Domyślałem się, że zapewne tam ma swą forsę i biżuterję. Głowa pracowała teraz z wielkiem natężeniem w jednym kierunku: w jaki sposób ją obrobić? Zdenerwowany tą natrętną i niebezpieczną myślą, starałem się usunąć trochę w cień, aby nie spostrzegła co się ze mną dzieje. Ona zauważyła to i tłumacząc sobie inaczej moje zdenerwowanie, zawołała śmiejąc się:
— Proszę się mnie nie obawiać i przysunąć się bliżej. Tak mi się oczy kleją, że chętnie przespałabym się trochę. Niech pan mi opowie coś zabawnego. Dlaczego pan nic nie mówi? — nalegała.
— Nie umiem opowiadać, proszę pani.
— Zapewne pan umie lepiej działać niż mówić. Wygląda pan na energicznego człowieka.
— O, tak. Tylko zależy... — odparłem dwuznacznie.
Spojrzała mi bystro w oczy, poczem odwróciła się.
Myśl, że należy wykorzystać sytuację wzięła teraz górę nad poprzednią myślą obrabowania tej kobiety. Zmysły okazały się silniejsze od poczucia praktyczności. Cywilnej odwagi w takich wypadkach nigdy mi nie brakło. Więc nie namyślając się długo, ująłem ją pieszczotliwie i z wielkiem poszanowaniem za paluszki i zawołałem nie bez wzruszenia:
— Jaka pani jest piękna! Chciałbym tak całe życie podróżować obok pani. Bóg nas tu zapoznał, a nie przypadek.
— Tak pan myśli? — odparła śmiejąc się i zamiast spodziewanej burzy, poczułem, że palce jej posuwają się coraz dalej, a wreszcie nerwowo ściskają moją dłoń. To dodało mi odwagi i już nie pytając o nic wstałem i zgasiłem światło w przedziale.
— Co pan chce robić? Zwarjował pan, czy co? Będę krzyczała!
— Nie zrobi pani tego, — odparłem chwytając ją w objęcia. Jak przewidywałem, tak się też stało. Nietylko się nie broniła, ale ledwie wydarłem się z jej rąk. Całą energję kobiety niebezpiecznego balzakowskiego wieku chciała wyładować na mnie. W czasie przyjemnej zabawy, podczas której zupełnie straciła głowę, nerwowo lewą ręką poszukiwała torebki porzuconej na podłodze. Myśl o obrabowaniu wróciła teraz znowu z jeszcze większą siłą. Już otworzyłem torebkę. Palce moje nerwowo przebierały jej zawartość. Kobieta naw pół przytomnie szeptała ledwie dosłyszalne słowa miłości. Wtem głos sumienia odezwał się we mnie tak mocno, jak jeszcze nigdy w życiu. Torebka wypadła mi z rąk, a ona zerwała się nagle, wołając rozpaczliwie:
— Gdzie moja torebka? Boże mój, gdzie moja torebka?
— Tu leży, proszę, — i wręczyłem jej nietkniętą torebkę.
Chciałem znów zapalić światło, ale ona prosiła:
— Jeszcze nie, jeszcze nie! Zrozumiałem dobrze, że teraz wstydzi się mnie. Biedna kobieta naw et nie przypuszczała, z kim miała do czynienia. Nie zastanowiła się ani na chwilę, że wraz ze swoją cnotą, której zapewne nie miała już dawno, mogła teraz pozbawić się rzeczy o wiele praktyczniejszych i namacalniejszych...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.