<<< Dane tekstu >>>
Autor Leopold von Sacher-Masoch
Tytuł Asma
Pochodzenie Demoniczne kobiety
Wydawca Wydawnictwo »Kultura i Sztuka«
Data wyd. ca. 1920
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Asma.

Zdarzyło się to w jednym z krajów koronnych Austryi, w wielkiem, na poły słowiańskiem mieście, gdzie wówczas, jako młody oficer, należałem do załogi.
Dyrektor miejscowego teatru ogłosił sążnistymi plakatami, że zamieni swoją świątynię Melpomeny w olbrzymie orfeum, zatrudniając oczywiście cały personal teatralny, do którego zaliczała się niezwykła piękność, w osobie diwy Asmy Roganow.
Dyrektor, bawiąc nieraz w naszem towarzystwie w kasynie, opowiadał o niej niestworzone rzeczy. Z jakiej pochodziła narodowości, trudno byłoby dociec. Mówiono, że była Rosyanką. Były jednak czasy, kiedy w świecie artystycznym i teatralnym dominowały nazwiska wyłącznie francuskie lub włoskie, potem nastała moda angielszczyzny, dalej na pierwszy plan wysunęli się artyści i muzycy Polacy, nareszcie przyszła kolej na Rosyan. Autorowie niemieccy podpisywali się: Samarow, Szubin i t. p., a mistrzowie areny i trapezu szli za ich przykładem, przybierając słowiańskie, modne nazwiska.
Zawdzięczam to uprzejmemu dyrektorowi, który swoich przyjaciół i wielbicieli sztuki wtajemniczał w zakulisowe sprawy, że poznałem osobiście Asmę, nim jeszcze wystąpiła publicznie.
Już pierwsze moje wrażenie było pewnego rodzaju rozczarowaniem. Asma przedstawiała się jako silna, dobrze rozwinięta kobieta, otyła i podstarzała, ale mimo to jeszcze piękna. Co do właściwości zewnętrznego wyglądu, to z rysów sądząc, mogła ona pochodzić zarówno z Rosyi, jak i z któregokolwiek miasta północno-niemieckiego, ponieważ i nad morzem Północnem można spotkać podobne typy kobiece z okrągłą, pełną twarzą, małym, zadartym nieco noskiem i wspaniałą figurą. Uwagę moją zwróciły przedewszystkiem białe, potężne zęby, jak u drapieżnego zwierzęcia i duże, czarne oczy, które błyszczały jak dwa ogniki i posiadały moc prawie hypnotyczną, jaką odznaczają się naprzykład poskromiciele dzikich zwierząt w menażeryach.
Mąż jej, o nazwisku francuskiem, był nizkim, niepokaźnym, chudym człeczyną, prawdopodobnie mieszkaniec Południa. Mówił bardzo powoli, gestykulował przytem bardzo komicznie ale mimo to opowiadaniami swemi o rozmaitych smutnych i wesołych przygodach i awanturkach umiał wybornie bawić towarzystwo i był z tego powodu chętnie widziany.
Następnego dnia odbyło się pierwsze przedstawienie. Już podczas pierwszego występu Asmy Roganow można było się przekonać, że pompatyczne plakaty były może nawet za skromne wobec fenomenu, jakim była ta gwiazda cyrkowa. Przedewszystkiem była to kobieta, która nas wszystkich do żywego zainteresowała. Z nieforemnej gąsienicy wydobył się od jednego uderzenia wspaniały motyl. Kiedy mąż zdjął jej z ramienia futro i ukazała się w swoim kostyumie ćwiczebnym, mieliśmy przed oczyma idealnie piękną, postać, wobec której wszystkie marmurowe posążki bożków były marne.
Popis jej był oczywiście ogromnie interesujący i zachwyt publiczności potęgował się z każdą chwilą aż do kulminacyjnego punktu programu. Asma wspięła się po linie na trapez który zawieszony był wysoko u sufitu, podczas, gdy mąż jej prawie na drugim końcu sali, bo na galeryi, stanął na wystającej desce, gotów do skoku. Asma tymczasem chwyciła jeden trapez w zęby, dała znak... Na sali zaparły się wszystkie oddechy. Zdawało się nawet, że przestały bić serca. Oto mały Francuzik wykonał skok przez salę tak, że chwycił się rękami trapezu, który trzymała żona w zębach na lince i zawisł... Zerwała się w tej chwili istna burza oklasków, która prawie do końca przedstawienia nie ustawała, bo Francuzik wykonywał na trapezie karkołomne prawie sztuki, zdany na łaskę lub niełaskę żony, która trzymała trapez jedynie w swoich pięknych... ząbkach.
Na następne przedstawienie ogłoszono afiszami zapasy atletyczne. Mistrzynią była tu oczywiście Asma, wzywająca wszystkich czujących się na siłach do walki zapaśniczej. I oto w całem mieście znalazł się tylko jeden śmiałek, nauczyciel gimnastyki, mężczyzna bardzo silny i zwinny.
Szmer podziwu przeszedł przez salę, gdy na arenie ukazała się wspaniała kobieta w trykotach, mająca zamiast fartucha skórę pantery, a tuż obok oczekiwał jej przeciwnik. Mimowoli przychodził na myśl obraz Brunhildy, królowej Islandyi, stojącej naprzeciw rycerza, niewiadomo tylko: Zygfryda czy Gunthera.
Zaczęła grać muzyka, jeden ze znanych sportowców, spełniający rolę jury dał znak i oboje przeciwnicy przystąpili do siebie. Asma ze swojemi błyszczącemi, jak ognie, oczyma, robiła wrażenie dzikiego zwierza, który znienacka zaczaja się na upatrzoną ofiarę. Nagle w okamgnieniu chwyciła zapaśnika i położyła go odrazu. To samo powtórzyło się jeszcze dwa razy.
Dziwne było u tej kobiety i zagadkowe to, że na arenie przed publicznością wyglądała jak istna lwica, jak demon jakiś potężny, a po przedstawieniu, podczas kolacyi, każdego razu była obojętna, zimna, prawie apatyczna i nie biorąca udziału w ogólnej zabawie. Wytworzył się wkrótce cały zastęp jej wielbicieli, lecz ona trzymała się zdaleka, pełna powagi i dumy, niedostępna dla nikogo. Raz tylko była trochę podniecona, gdy w towarzystwie ukazała się piękna śpiewaczka operetkowa, którą mąż jej począł kokietować. W spojrzeniach jej dostrzedz można było wówczas dziwny błysk, którym gotowa była zasztyletować kogokolwiek, ktoby godził na jej szczęście.
Pewnego wieczoru, gdy nie było przedstawienia, spotkałem przypadkowo Asmę, przechadzająca się w pobliżu teatru. Starannie zawelonowana i okryta długim płaszczem, przeszła obok mnie, jak anioł zemsty. Mimowoli zatrzymałem się, patrząc, jak skryła się za drzewo i utkwiła wzrok w kierunku alei. Poszedłem po chwili dalej i spotkałem niebawem jej męża. Prowadził pod ramię piękną diwę operetkową... I ci oboje nie poznali mnie. Wróciłem się i poszedłem powoli za gruchającą czule parką. Oboje nie przeczuwali niczego, nie widzieli, jak z za drzewa wysunęła się Asma i szła ich śladem w pewnem oddaleniu. Na widok tego przeszedł mnie dreszcz, taki sam, jak wówczas, gdy stała na trapezie i dawała znak mężowi do karkołomnego skoku.
Następnego dnia była niedziela.
Ogłoszono wielkie przedstawienie, na które zleciała się cała zgraja. W pierwszej części przedstawienia miały być zawody atletyczne, w drugiej olbrzymi skok. Tym razem Asma stawała do zapasów z pewnym zawodowym atletą, który umyślnie w tym celu przybył z Tryestu.
Spokojnie, jak zwykle, z miłym uśmieszkiem na ustach, wystąpiła Asma naprzeciw atlety i w chwili, gdy go chwyciła, w oczach jej błyszczał dziwny ogień, któremu nie mógłby się oprzeć może nawet sam dyabeł. Oczywiście i tym razem zwycięstwo było po jej stronie. Ilekroć kładła zapaśnika na obie łopatki, czyniła wrażenie dzikiego zwierza. Za ostatnim razem zaś nie omieszkała postawić stopy na piersi zwyciężonego, uśmiechając się przytem pół szyderczo, a pół... licho wie, jak to określić.
Tak samo spokojnie i poważnie wyszła za drugim razem na scenę w towarzystwie swego męża, który usługiwał jej przy zdjęciu futra. Potem wspięła się po linie na trapez i usiadłszy na nim, poczęła się uśmiechać do publiczności, rozentuzyazmowanej jej produkcyami i osobistym wdziękiem. W tej chwili mąż ukazał się po przeciwnej stronie na desce. Ozwały się tony muzyki... Asma uśmiechnęła się znowu, ale nie jak zwykle, lecz dziwnie dziko i groźnie... Nagle dała znak mężowi...
Cisza przerażająca przez moment, a potem jeden równobrzmiący okrzyk przerażenia z piersi tysięcy.
Bez żadnego wzruszenia spojrzała Asma na dół, gdzie leżał jej mąż zmiażdżony prawie odrazu, bez ducha... Spokojnie zesunęła się po linie na dół, zarzuciła futrzany płaszcz, gotowa do odejścia. W tej chwili wyszedł na scenę dyrektor i oznajmił jej nieszczęście.
— Wiedziałam, że tak będzie — odrzekła z zimną krwią, brwi nieco marszcząc — pił dzisiaj wiele i stracił sprawność umysłu. Powiedział mi to zresztą sam.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Leopold von Sacher-Masoch i tłumacza: Anonimowy.