<<< Dane tekstu >>>
Autor Leopold von Sacher-Masoch
Tytuł Kobieta-Demon
Pochodzenie Demoniczne kobiety
Wydawca Wydawnictwo »Kultura i Sztuka«
Data wyd. ca. 1920
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Kobieta-Demon.
»Halb zog sie ihn, halb sank er hin,
Und ward nicht mehr gesehen...«
Goethe.

Było to w konserwatoryum berlińskiem. Słuchałem wykładów Kullacksa z dziedziny historyi muzyki. Profesor wymienił nam pomiędzy innymi także Teodora Döhlera, mówiąc o nim nader serdecznie, chwaląc niepospolite zdolności jako pianisty, wirtuoza i kompozytora. Szczególnie unosił się nad jego utworami salonowymi i dwunastoma etude’ami. Nakoniec dodał tajemniczo:
— I przepadł bez wieści równie prędko, jak prędko się pojawił. Nikt nie wie, co się z nim stało.
W tej chwili mogłem wykrzyknąć: Ja wiem! Brakło mi jednak odwagi ku temu, cofnąłem się więc do kąta, mimo, że obecni mogli się z mego oblicza domyślić, iż znam tę ciekawą tajemnicę.
W jaki sposób przyszedłem w posiadanie tej oryginalnej tajemnicy o fantastycznym artyście i jego tragicznych losach?
Otóż dowiedziałem się raz, że pewna rodzina włoska poszukuje guwernera, Niemca. Umiejąc po włosku jako tako, zgłosiłem się. Oddawna bowiem pragnąłem zwiedzić kraj, gdzie złotożółte pomarańcze błyszczą na tle jesieni, a mirty i cyprysy dumają poważnie o pięknie swego kraju. Tam więc w ojczyźnie Rafaela i Rossiniego, pod błękitnem, pogodnem niebem, nad sinem, spokojnem morzem włoskiem, usłyszałem romantyczną historyę o muzyku niemieckim, która wśród tamtejszego włościaństwa prawie w legendę urosła.

∗                    ∗

Było to w ostatnich dniach lata, kiedy pewien podróżny niemiecki, wedle ówczesnej mody artystycznej, nie koleją, nie nawet pocztą, lecz pieszo, z tłumokiem na plecach i kijem w ręku, wędrował pieszo przez Tyrol na południe. Przez jezioro Garda przeprawił się wędrowiec okrętem i dalej od Dasenzano szedł znowu pieszo drogą, wysadzoną białemi topolami do Werony, oglądając starożytny rzymski amfiteatr i grób Romea i Julii. Potem zwrócił się granicą Szwajcaryi a Włoch, przez prześliczne okolice, które łączyły z sobą romantyczne scenerye Północy z wdziękiem Południa.
Zatrzymał się nad brzegiem jeziora Como. Widok ogrodów włoskich wywierał na nim niesłychane wrażenie. Napatrzywszy się dowoli okolicy z pagórka, na którym przez dłuższy czas w cieniu cyprysów spoczywał, wszedł wreszcie do najbliższej osady i skierował swe kroki ku osteryi. Gospodarz, Giuseppe Skalza, widząc, że podróżny nie przybywa powozem z dziesięcioma kuframi, jak to czynią naprzykład Anglicy, ale pieszo, w dobrym humorze, przyjął go bardzo życzliwie i serdecznie.
Swobodny i wesoły podróżny usiadł na werandzie, ocienionej gęsto winogradem, jadł sardynki i śledzie z apetytem i, popijając mocne krajowe wino, przypatrywał się z lubością jeziorowi i jego okolicy.
Tuż pod jego stopami wiła się winna latorośl, błyszcząc dojrzałemi jagodami, jakby to były jakieś miluchne perełki, a dalej rozpościerało się wspaniałe jezioro, naokoło którego wznosiły się łagodne wzgórza, a na nich miła dla oka zieleń, tu i ówdzie lśniły w słońcu dachy domów, will i marmurowych pałacyków, w otoczeniu cyprysowych ogrodów i gajów. A ponad tem wszystkiem unosiło się czyste, pogodne sklepienie niebios, a złote promienie słońca słały się po widnokręgu jak jakaś światłość zaziemska.
Rozpakowawszy swoje manatki w przeznaczonym dla siebie przez gospodarza pokoju gościnnym, wybrał się pielgrzym, z kijem w ręku, w najbliższą okolicę na przechadzkę. Przecudowny krajobraz wywierał na jego duszy artystycznej niewysłowione wrażenie. Przyglądał się z rozkoszą nietylko kwiecistym ogrodom i parkom, ale i willom, powtarzając w myśli z tęsknotą zapamiętane poezye na temat miłości:

Kto szepnie do mnie, z jakiego okienka
Twarz się ukaże tej, której daremnie
Szukam i szukam, a która się we mnie
Zakocha?... Żal mnie i tęsknota nęka,
A dzień tak po dniu zdradliwie ulata —
Ja sam — sam jeden wśród pięknego świata!

W rozmarzeniu, tęsknocie jakiejś wielkiej był pewny, że zdarzy mu się jakaś upragniona przygoda miłosna.
I zdawało mu się że istotnie szczęście sprzyjać mu musi. Czwartego dnia po przybyciu zabłądził w nieznaną jeszcze okolicę i znalazł się nagle przed domkiem, który żywo przypomniał mu ojczyznę. Nie była to willa włoska, nie żaden pałac, lecz zwyczajny, zupełnie na sposób niemiecki zbudowany domek, który razem z ogródkiem przypomniał mu rodzinne strony. Te same kwiaty, co w kraju, zdawały się przemawiać do niego w języku ojczystym. Naokoło nie drzewa południowe, lecz grusze, jabłonie, świerki i nawet dąb, szumiały poważnie i tajemniczo. Nie mógł się oprzeć pokusie i wszedł przez furtę do ogrodu aż do pawiloniku z barwnemi oknami, i o dziwo, nie spostrzegł żywej duszy, mimo, że drzwi były na oścież otwarte. Ku niesłychanej radości zobaczył wewnątrz skromnego pokoju fortepian.
Nie namyślając się wiele, wszedł do izdebki, usiadł przy fortepianie i począł improwizować fantazye. Był tak improwizacyą tą przejęty, tak się zagłębił w muzykę, jaka z pod palców jego wypływała fantastycznymi tonami, że nawet nie zauważył szmeru sukni, ani też nie mógł dojrzeć, stojącej poza nim prześlicznej postaci kobiecej. Grał w natchnieniu i dopiero, gdy ucichł ostatni akord, usłyszał słodko wypowiedziane słowa.
— Prześlicznie, mój panie. W pierwszej chwili poznać można, że jesteś pan znakomitym artystą.
Odwrócił głowę i powstał zmieszany niemało. Przed nim stała prześliczna, młoda blondynka, nie licząca więcej nad lat szesnaście. Uśmiechała się doń z naiwnem zdziwieniem.
— Przepraszam najmocniej — ozwał się artysta po niemiecku — że wszedłem tak bezceremonialnie — ale wszystko, co tu zobaczyłem, przypomniało mi kraj rodzinny...
I nie zdziwił się wcale, gdy młode dziewczę odrzekło mu w tym samym języku:
— Niech się pan zbytnio nie usprawiedliwia. Artystom wolno bardzo wiele tembardziej, jeśli ten artysta jest rodakiem. Dom ten należy do mego ojca, radcy W., moje imię jest Cecylia. Z kim mam przyjemność?
— Nazywam się Teodor Döhler, sądzę że pani słyszała to nazwisko.
Zamiast odpowiedzi dziewczyna zdjęła z fortepianu zeszyt nut i podała mu go. Były to jego kompozycye.
Maluchna Niemka poprowadziła następnie gościa przez dom i ogródek do ocienionej altanki i przedstawiła go znajdującemu się tam ojczulkowi.
I ten przyjął artystę życzliwie. Rozmawiano długo o Włoszech, o muzyce, o najnowszych książkach i przy pożegnaniu oboje zaprosili go na obiad na jutrzejszy wieczór. Cecylia odprowadziła go aż do furty i dodała na pożegnanie:
— Żyjemy tu w zupełnej samotności i jeżeli towarzystwo nasze sprawi panu przyjemność, w co zresztą nie wątpię, to może pan odwiedzać nas jak najczęściej.
— Obawiam się — odrzekł pianista, — aby wizyty moje nie były za częste.
Słowa te wywołały na twarzy Cecylii przelotny rumieniec.
— Moglibyśmy grywać na cztery ręce — napomknął młodzian.
— Mistrz z dyletantką — pochwyciła żywo i poczęła się śmiać. — O, nie, uciekałby pan niebawem, ażby się kurzyło. Możemy jednak wybrać się razem na jezioro i wtedy będę śpiewała. Sądzę, że się nie powstydzę.
— Zgadzam się na wszystko, co pani postanowi — odrzekł, ucałował jej ręce i pobiegł szybko ścieżką w dół, niknąc niebawem w gaju kasztanowym.

∗                    ∗

Giuseppe Skalza, jak przekonał się Döhler, był chodzącą encyklopedyą co do znajomości całej okolicy. Niestety, wiadomości te, specyalnie co do radcy W. i jego córki, były bardzo ograniczone. Wiedział tylko, że radca W. przebywał w tej okolicy ze względu na chorobę piersiową, że był wdowcem i miał jedynaczkę córkę, Cecylię, która prowadziła mu gospodarstwo i pielęgnowała w słabości. W takich warunkach młoda dziewczyna nabrała hartu i samodzielności i zachowywała się tak, jakby była poważną, zamężną kobietą.
Gospodarz informował dalej swego gościa o innych rodzinach, zamieszkałych w okolicy, które Döhler znał ledwie z nazwiska i nakoniec, przymrużywszy jedno oko, zaintrygował młodzieńca żartobliwie:
— Ale pan zna niezawodnie księżniczkę C...
— Bynajmniej.
— Musiałeś pan bodaj słyszeć coś o niej.
— Również nie.
— Niemożliwe — utrzymywał Skalza, wykonując rękoma energiczny giest. — Musi ją pan poznać koniecznie. Ona bardzo lubi artystów i jest nader miłą i dystyngowaną damą, pomimo, że młodość ma już poza sobą. Zamiast krwi ma... płynny ogień w żyłach.
Gospodarz opowiadał wiele o tej niezwykłej kobiecie, ale historye, przypisywane jej, nie budziły u gościa zbytniego zaciekawienia. Jego myśli ulatywały do cichego domku, do stóp czarującej, młodej blondynki, rodaczki.
Następnego wieczoru spieszył Döhler do cichego domku, pieszcząc w duszy najpiękniejsze nadzieje i marzenia. Przybył nieco wcześniej przed obiadem i zastał Cecylię przy fortepianie.
Ukończyła właśnie grać jedną z jego kompozycyi i nagle, jakby ją coś tknęło, wstała, podeszła do okna i spostrzegła nadchodzącego młodzieńca.
Döhler zauważył, że żywiła dla niego wielką cześć i podziw, co podnieciło jego próżność i zacieśniło jeszcze silniej węzły sympatyi dla uroczego dziewczęcia. Ona poprosiła go, by co zagrał — przystał na to chętnie, odtwarzając własną kompozycyę, tę samą, której ona dopiero co sama próbowała. Gdy ukończył, szepnęła z westchnieniem:
— Ależ to jest zupełnie coś innego, czego ja nigdy nie potrafię, a co, mimo wszystko, odczuwam w zupełności.
— Prawdopodobnie brakuje pani jeszcze należytej wprawy.
— Nie inaczej.
— A zatem może pani weźmie mnie na nauczyciela?
— Żartuje pan. Sprzykrzyłoby się panu wkrótce z taką kapryśną i nieposłuszną uczenicą.
— Właśnie dlatego obstaję przy swojem żądaniu. Będzie to dla mnie wielkiem zadowoleniem.
Cecylia patrzyła milcząco w ziemię.
— Doświadcza mnie pani?
— Ależ, nie!
— Kiedyż więc mam się jawić?
— To zależy wyłącznie od pana.
— W takim razie będę przychodził co dzień. Po obiedzie wyszli obaj panowie na terasę za domem, z której roztaczał się wspaniały widok na olśniewające jezioro i wspaniały wyżynny krajobraz w dali. Słońce kryło się właśnie za horyzontem, rzucając złocisto-krwawe blaski na całą okolicę. Stary palił fajkę, Döhler papierosa, a Cecylia krzątała się około sporządzenia czarnej kawy.
— Co to za budynek? — zapytał Döhler, wskazując na rodzaj templum, wznoszącego się na wysepce w środku niedużego jeziora.
— To rezydencya księżny Leonidy C. — odpowiedział mu radca.
— Niech się pan jej strzeże — zauważyła Cecylia. — Jest to dyablica, Wenus, która potrafi każdego Tannhäusera zakuć w łańcuchy.
Prawdopodobnie w łańcuchy złote...
— O nie, w zwykłe, żelazne kajdany niewolnicze.
Kiedy z poza kasztanowych i cytrynowych gajów wyszedł na niebo księżyc, przypomniał muzyk Cecylii obietnicę przejażdżki po jeziorze.
— Uprzedza mnie pan — odrzekła Cecylia — w tej chwili miałam zamiar zaproponować to panu.
— Rozumie się, ma pani zdolnego gondoliera, zresztą jest dosyć widno — zauważył Döhler.
— Oh, bynajmniej. Gondolierem jestem ja sama.
Radca pozostał w domu, podczas gdy oboje młodzi udali się przez ogród ku jezioru, gdzie chybotała się na łańcuchu nieduża łódka. Usiedli w niej wygodnie i Cecylia, chwyciwszy wiosła, pchnęła łódkę na fale. Mknęli szybko ku jasnej księżycowej mgle na pełne jezioro i gdy byli już spory kawał od brzegu, Cecylia poczęła śpiewać. Posiadała dźwięczny, srebrny, sopranowy głos, który drżącą kaskadą rozchodził się po falach w ciszę wieczoru. Pieśń była rzewna i piękna — »Łzy« Schuberta.
Przybijając niebawem z powrotem do brzegu, płynąc w cieniu, wzdłuż zwieszających się nad wodę wierzb i białych topoli, spostrzegli drugą łódkę, w której siedziała jakaś dama w fantastycznym kostyumie. Za jej zbliżeniem się spostrzegł Döhler bardzo piękną twarz nieznanej kobiety, o orlim nosie i czarnych, błyszczących oczach.
— Księżniczka C. — szepnęła Cecylia.
Gdy się rozminęli, zauważył Döhler.
— Była to zapewne kiedyś niezwykła piękność.
— Księżniczka posiada ją jeszcze i dzisiaj — odpowiedziała dziewczyna. — Kobiety przecie są piękne tak długo, dopóki mężczyzn podbijać potrafią.
— Dla mnie wydaje się ona czemś osobliwem.
— Właśnie ta osobliwość demoniczna tej kobiety sprawia, że mężczyźni szaleją za nią.
Döhler zmarszczył brwi i zamilkł. Słychać było tylko monotonny plusk wioseł.

∗                    ∗

Döhler nie mylił się. Księżniczka wywarła na nim nieokreślone wrażenie. Mimowoli począł o niej myśleć, miał ciągle przed oczyma jej postać i czuł na sobie demoniczny jej wzrok. Odczuł go jeszcze potężniej następnego dnia, zobaczywszy się oko w oko z piękną boginią w lasku kasztanowym. Szedł, spoglądając od czasu do czasu z rozkoszą na kwieciste kobierce i igrające wśród liści jasne promienie słońca. Ona zdążała powoli konno, pogrążona w marzeniu i zapatrzona w słoneczną dal. Była w obcisłym, aksamitnym kostyumie sportowym, który uwydatniał linie jej postaci w całej okazałości. Na głowie miała aksamitną, lekką czapeczkę, z wystającem do góry strusiem piórem. Z postawy jej i ruchów przebijała prawdziwa królewskość.
Przejeżdżając obok Döhlera, ocknęła się nagle, rzuciła nań wzrokiem, który, jak się zdawało, przeszył artystę nawskróś. Po raz pierwszy w życiu poczuł młodzieniec podobny wzrok na sobie i uległ mu. Zdawało mu się, że sięgnął on do najskrytszych tajników jego duszy, że naprężył sieć nerwową, jak stroiciel fortepianów struny instrumentu, by na nim zagrać wedle woli i upodobania. Instynktownie odgadł grożące niebezpieczeństwo i przyspieszył kroku, by się czemprędzej oddalić. Nie zauważył wcale, że zatrzymała się na siodle i długo za nim patrzyła.
Później wstydził się sam przed sobą i czynił sobie wyrzuty, że jak sztubak dał się opanować w ten sposób bojaźni. Nie opowiedział więc nikomu, a tembardziej Cecylii. Przeczuwał bowiem, że wyśmiałaby go z pewnością. Jak gdyby wcale nic nie zaszło, odwiedzał on co dzień skromny domek rodaków, dawał Cecylii lekcye, wieczorem bawił się z nią w ogrodzie lub urządzał wycieczki na jezioro. Pewnego wieczora, gdy szybowali leciuchno i powoli daleko na jeziorze, Cecylia zapytała go:
— Pan nie jest szczery, panie Döhler.
— Ja? Ależ muszę temu zaprzeczyć...
— Spotkałeś się pan z księżniczką i nie powiedziałeś mi pan o tem ani słowa.
— Uważałem to za rzecz tak błahą, że nie warto wcale o tem wspominać.
— A jednak... widzi pan... księżniczka dopytywała się właśnie o pana...
— Zasięgała informacyi u pani?
— Pośrednio, przez pewną kobietę ze wsi, która jest podobno jej powiernicą. Niechże się pan ma na baczności. Rozpoczyna się bowiem dzikie polowanie na pana, a że myśliwa, jak dotychczas każdą zwierzynę upolowała, jest uzasadniona obawa, że skoro zagięła parol na pana, uda się jej zamiar z pewnością.
A z drugiej strony dorzucił do tych słów radca, uśmiechając się łagodnie:
— O! Pan ma szczęście u kobiet...
— Nie wiedziałem o tem wcale.
— Zwrócił pan na siebie uwagę księżniczki i to wystarczy ku temu, aby była nieunikniona awantura.
— Proszę państwa, ja wcale podobnych przygód nie szukam....
— Eh, bądź co bądź, jest to kobieta bardzo piękna i wielka pani. Widziała ona u swoich stóp wszystkich niemal najsławniejszych ludzi Europy, nie wyłączając Napoleona III.
— Podobne kobiety są mi zupełnie obojętne.
— W takim razie jest uzasadniona obawa, że jeżeli panu nic się nie stanie, to — tu zniżył głos aż do szeptu — stanie się coś złego osobie, która pana kocha, jeżeli tylko oczywiście księżniczka dowie się o tem.

∗                    ∗

Tego samego wieczoru, gdy Döhler wrócił do osteryi i wszedł na werandę, ujrzał nagle wyniosłą, królewską postać, oczekującą na niego. Była to księżniczka. Poznał ją odrazu po układzie głowy. W tej chwili księżyc oświecał również, jak przy pierwszem spotkaniu, jej piękną, bladą twarz. Stanęła przed nim jak wryta i tylko z oczu jej sypały się iskry.
— Czemu pan mnie nie odwiedzi? — zapytała go wreszcie z pewnym odcieniem wyrzutu.
— Przepraszam, z kim mam zaszczyt?
— Komedya, mój panie. Zna mnie pan równie dobrze, jak ja pana. Wie pan również, że interesuję się artystami i sztuką. Zabieram więc pana z sobą. Proszę!
Chwyciła go pod ramię i uprowadziła, jak jakiego złoczyńcę. On szedł za nią bezwiednie, jak w śnie hypnotycznym, oczarowany zupełnie despotyzmem i magicznym wpływem tej osobliwej kobiety. Oboje milczeli, idąc. On tylko odczuwał przyspieszone bicie serca i drżał pod wpływem dotknięć jej ramienia, gdy się na nim oparła.
— Zdaje mi się, że pan się mnie boi — rzekła księżniczka z uśmiechem.
Döhler nie odpowiedział nic. Doszli tak nad brzeg jeziora, gdzie oczekiwała ich bogato udekorowana gondola. Gondolier, ubrany w liberyę, o barwach takich samych, jakie nosiła księżniczka, pomógł im wsiąść i odbił od brzegu.
— Nie jesteś szarmanckim, mój maestro — ozwała się księżniczka, gdy usiedli na miękkich, bogato tkanych poduszkach gondoli — prawdziwy niemiecki niedźwiedź.
— Daruje pani — wycedził zmieszany — czem zawiniłem?
— Obowiązkiem pańskim było wnieść mnie na rękach do gondoli.
— Nie mogłem przecież odważyć się na to.
— No, no, zaczekaj pan — zawołała — jesteś pan w mojej mocy. Zacznę pana tresować...
Döhler milczał. Ten typ kobiety imponował mu niemało. Wiedział o tem, że jest w jej ręku zabawką, a mimo to nie mógł zebrać sił, aby się oprzeć, ba nawet znajdował pewne upodobanie w tego rodzaju pozycyi, to jest w pozycyi niejako niewolnika zagadkowego sfinksa.
Wkrótce dobili do brzegu wysepki, na której z pośród drzew wyzierał marmurowy pałacyk, podobny do świątyni pogańskiej, wyglądający w świetle księżyca jakby był zbudowany z mgieł i oparów, a jakoby miał służyć za więzienie jakichś błędnych rycerzy i średniowiecznych trubadurów.
Tymczasem »niedźwiedź« okazał pierwsze symptomy rozpoczynającej się tresury, chwycił bowiem wpół uroczą księżniczkę i wyniósł ją z gondoli, a następnie sam podał jej ramię.
— Przekonuję się, że jesteś pan bardzo pojętny — zauważyła z uśmiechem, podczas gdy przechodzili przez ogród, dążąc nad brzeg malutkiego jeziora wewnątrz wysepki.
Tu przedstawił się oczom muzyka zachwycający, nigdy niewidziany obraz, pełen niewysłowionej poezyi. W pośrodku, z srebrzystej tafli jeziorka, z pomiędzy drzew egzotycznych wznosił się nieduży budynek w formie pogańskiej świątyni, zbudowany z białego marmuru. Było to jakieś uroczysko poezyi z mitologii greckiej, zaklęte w rzeczywistość.
Na skinienie księżniczki wsiadł z nią Döhler do małego czółenka i za chwilę znaleźli się w czarownem ustroniu, wchodząc po kilku stopniach, ocienionych drzewami pomarańczowemi i cyprysami, na górę, gdzie wejścia strzegł posąg Apollina w otoczeniu Muz. Wnętrze czarownej tej świątyni składało się z jednej tylko ubikacyi, przydzielone na dwie połowy zasłoną i dywanami perskimi.
W pierwszej znajdował się na środku wspaniały fortepian. Przy ścianie był kominek, w którym żarzyła się cała kłoda drzewa, obok stałą otomana z kilkoma fotelami wokół. Ubikacya była oświetloną jedynie promieniami księżyca, które padały z góry i posrebrzały przedmioty, czyniąc je podobnemi do mar jakichś fantastycznych, a blask kłody gorejącej dodawał tej poświacie groźnego zabarwienia.
Księżniczka odłożyła płaszcz i welon, wyciągnęła się na otomanie i ozwała się do muzyka tonem władcy:
— Graj pan!
I mistrz usiadł przy fortepianie i począł grać.

∗                    ∗

Na drugi dzień udał się Döhler na lekcyę jak zwykle, ale nie szło mu jakoś. Był smutny i roztargniony. Po ukończeniu lekcyi, usiadł bezwiednie do fortepianu i począł improwizować, zapomniawszy się zupełnie, jakby we śnie jakimś będąc. Cecylia, usunąwszy się w kąt, słuchała improwizacyi z potęgującą się uwagą. Zdawało jej się, że słyszy wspaniałe pieśni Heinego, współbrzmiące z tonami skrzypiec Paganiniego. Z gry Döhlera przebijała się pewnego rodzaju spowiedź, czy skarga, jakiś smutny epos cierpiącej, ludzkiej duszy, zawieszonej między niebem a ziemią.
Była to jakaś osobliwa podróż samotnego wygnańca po dzikich niedostępnych górach i edeńskich polach. W przepięknym zakątku świata, słodka jakaś sielanka Pastusza, która wyradzała się nagle w piekielny szum skrzydeł, wstającego z płomieni demona. Nieszczęśliwy broni się jeszcze, lecz wpada bezsilny w wir dzikiej namiętności i w końcu zwycięża przeznaczenie. Jakaś silna, brutalna ręka chwyta go wreszcie i rzuca w morze ognia i płomieni.
Ucichły tony. Oboje milczeli chwilę, poczem ozwała się Cecylia:
— Pan był u księżniczki.
Milczenie.
— Niech się pan nie wypiera. Ona wciągnęła już pana w swoje sieci, broni się pan jeszcze, ale siły panu już brak.
Döhler potrząsnął głową, jakby chciał temu zaprzeczyć.
— Tak, tak przyjacielu — mówiła dalej cicho i smutno — jesteś zgubiony bezpowrotnie.
Muzyk zerwał się z krzesła, chwycił kapelusz i laskę i wybiegł. Biedna dziewczyna patrzyła za nim długo, potem ukryła twarz w dłoniach i poczęła cicho płakać.

∗                    ∗

Gdy o zachodzie słońca Döhler przybył do księżniczki, zastał ją oczekującą przed pałacykiem na marmurowej ławce.
— Byłeś pan u młodej dziewczyny, Niemki — ozwała się na powitanie, rzucając nań piorunujące spojrzenie.
— Tak jest, byłem.
— Pan więcej już tam nie pójdzie.
— Dlaczego?
— Dlatego, że ja nie chcę, że ja tak panu rozkazuję.
Döhler milczał. Wszystko się w nim burzyło na tego rodzaju absolutną tyranię, o której niedawno pojęcia nawet nie miał. Bronił się więc wszelkiemi siłami przed tą demoniczną kobietą, ale ona była silniejszą od niego i przyzwyczajona do zwyciężania.
— Pan jeszcze gryzie wędzidła — ozwała się po krótkiem milczeniu, z ironicznym uśmiechem — ale to panu nic nie pomoże. Mam pana w swojej mocy i gdyby szło o zwrócenie panu wolności, długo musiałabym się namyślać.
— Widocznie nie miała pani nigdy nic do czynienia z mężczyzną — odparł na to. Była to ostatnia próba oporu.
— Przeciwnie, mój panie, nigdy nie miałam przyjemności ujarzmiać słabeuszów, tak samo, jak przy spokojnem morzu nie lubię wsiąść do łódki, albo na łagodnego konia. Ja lubuję się w niebezpieczeństwach, w burzy i przeciwnościach. Jestem w swoim żywiole, jeśli wchodzę w kolizyę z obcą mi nieokiełzaną naturą. I strzeż się pan tylko poddać się zawcześnie. Przyniosłoby to ujmę memu zwycięstwu.
— Co panią popycha tak gwałtownie do wtargnięcia w moje życie?
— I pan się jeszcze o to pyta? Miłość, namiętność; świadomość, że pan jest genialnie uczuciową pokrewną mi naturą, wreszcie przeświadczenie, że pragnę tylko twojego szczęścia, że talent pański przepadłby wśród gawiedzi, podczas gdy ja pana jeszcze nie rozumiem i wyniosę pana własną siłą ponad tłum szary na wyżyny nieśmiertelności.
— Pani jest istotnie dyablicą.
— Możliwe, ale czy pan mnie wcale nie kocha?
— Tego nie wiem.
— Pan mnie kocha.
— Może nienawidzę panią, jak nikogo na świecie.
Księżniczka wybuchnęła śmiechem.
— Oczywiście, tak jest, pan mnie nienawidzi, ale dlatego tylko, że mnie kocha i że ta miłość oplątała pana zupełnie i oddała w moje ręce.
— Co do tego, to myli się pani trochę.
— Dosyć już tego — wybuchnęła księżniczka, marszcząc brwi — ja rozkazuję, a pan musi słuchać. A więc przedewszystkiem wsiądź pan natychmiast do mojej gondoli, jedź do G. Skalza, wyrównaj rachunek, zabierz manatki i wracaj z nimi tutaj. Mam tu właśnie domek, który zamieszkasz. Muszę pana mieć blizko siebie.
Döhler wahał się.
— Naprzód! — zerwała się księżniczka — czy pan spełni mój rozkaz natychmiast?
Spojrzał na nią z wyrazem głębokiej nienawiści, ale nie wytrzymał jej wzroku. Opuścił bezwładnie głowę i udał się na brzeg, gdzie oczekiwał go już gondolier.
Znalazłszy się w swojej izdebce w osteryi, walczył z sobą chwilę raz jeszcze, w rezultacie spakował manatki i napisał list do księżniczki, który miał zamiar wręczyć gondolierowi. Postanowił bowiem uciec natychmiast do Medyolanu i dalej na południe, ale — z oddali patrzyły nań ogniste, dyabelskie oczy i zmuszały do uległości i posłuszeństwa. Podarł więc list w kawałki, napisał drugi, podarł i ten i wrzucił do pieca, a nakoniec wyszedł i skierował kroki w kierunku jeziora, gdzie oczekiwał go gondolier, nucąc miłosną pieśń ludową.
Wpół godziny później przybił gondolier do schodów marmurowego pałacyku. Z nastaniem wieczoru spoczywała księżniczka na otomanie w oświeconej z góry światłem księżycowem świątnicy, co przypominało malowidła pompejskie, a mistrz czołgał się u jej stóp. Demon zwyciężył...

∗                    ∗

Minęła zima i nadeszła wiosna, a Döhler nie spotkał się wcale z uroczą Cecylią. Księżniczka zawojowała go w zupełności. Tylko w jej towarzystwie wyjeżdżał konno na przejazdżkę po gajach cyprysowych, albo wypływał w gondoli na jezioro.
Ludzie opowiadali, że księżniczka poślubiła go potajemnie i było to zupełnie możliwe, albowiem wszystko, co słyszano o tej ciekawej parze, potwierdzało tę pogłoskę. Udzieliła mu też więcej wolności, niż niektórym poprzednikom. Świadczyło to, że miała do niego pewne zaufanie. Widywano go więc często następnej jesieni błądzącego wśród winnic i gajów, a czasem nawet zabłądził do osteryi.
Pewnego posępnego wieczoru, gdy wracał przez gaj, spotkali się nagle oboje: Döhler i Cecylia. Cofnąć się obojgu było już zapóźno. Dziewczyna pobladła i jedną rękę złożyła na sercu, obawiając się zapewne o nie; z niebieskich dużych oczu trysnęły łzy. Döhler ujął jej rękę i stali tak długą chwilę, patrząc na siebie w milczeniu i smutku, poczem rozeszli się nie zamieniając ze sobą ani jednego słowa.
Wieczorem puścił Döhler wodze swojej fantazyi i począł improwizować na fortepianie, podczas gdy księżniczka przechadzała się po pokoju zwolna, bez szelestu, na miękkich perskich dywanach. Nagle przystanęła, skrzyżowała ręce na piersiach i odezwała się:
— Co się tobie stało? Nie jesteś szczęśliwy. Nie chcę więc być twoim katem i jeżeli życie na wolności jest ci milsze, niż u mego boku, to możesz odejść w tej chwili.
— Leonido? Co ty mówisz?
— Ależ jestem pewna, że mnie opuścisz. Uczyń więc to zaraz, natychmiast.
— Natychmiast?
— Tak.
Opadła na fotel i obróciła się doń plecyma, ale on nie miał wcale zamiaru jej pożegnać. Padł przed nią na kolana, objął jej stopy i począł błagać, jakby skazaniec o ułaskawienie, aż wreszcie pozwoliła mu dźwigać dalej kajdany niewoli.
Minęły lata. Oboje wyjechali nagle na Wschód. Przez długi czas pałac stał pustką. Wreszcie widziano znowu księżniczkę wiosłującą po jeziorze w towarzystwie maestra, który schudł, postarzał się i stracił blask w oczach.
W parku była grupa cyprysów. Tu lubiał Döhler przesiadywać godzinami i marzyć.
— Pragnąłbym tu być pochowanym — ozwał się pewnego razu do księżniczki.
Życzeniu jego stało się zadość następnej wiosny. Iskra życia zgasła i duch jego genialny uleciał w lepsze światy, a powłoka ziemska spoczęła na wieczny sen w cieniu cyprysów nad błękitnem jeziorem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Leopold von Sacher-Masoch i tłumacza: Anonimowy.