Bankructwo małego Dżeka/XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Dżek był zmartwiony. Żal mu biednej małej Mary. Zaniedbał ją, zapomniał o jej istnieniu. W ostatniej chwili kupił parę arkuszy kolorowego papieru i zrobił łańcuchy na choinkę, koszyczki i inne rzeczy. Ale to przecie nie złoty deszcz i nie szklane kule. Kupił jej też za dwa centy małą laleczkę, ale Mary wiedziała, że Dżek dzieciom w szkole tyle rozdał prawdziwych lalek z włosami, fartuszkami, pantofelkami do zdejmowania i jedną nawet w rękawiczkach.
A tymczasem piękne rzeczy kooperatywy rozeszły się po mieszkaniach kolegów. I tam było naprawdę wesoło.
I czyja zasługa, że tego wieczora Drel, Gill, Karr, Sibley grali na organkach, że u Toddów cała rodzina gra w loteryjkę, że Edwin urządził na stole wojnę i strzelał z armatki, że mała siostra Shorta składa i rozkłada jajko i nawet z niem zasnęła. Cieszyła się Amelja, córeczka woźnego, cieszyło się jeszcze jedenaście innych dziewczynek, i nietylko one rozbierały i ubierały lalki, ale ich rodzeństwo, goście, sąsiedzi. Bywało, że z trojga dzieci jedno strzela z rewolweru, jedno układa łamigłówkę, a najstarsze gra z ojcem w warcaby.
I każdy opowiadał:
— W naszym oddziele jeden chłopiec...
Albo:
— Jest w naszej klasie Dżek Fulton. Przyniósł całą skrzynkę...
Albo:
— Myśmy urządzili kooperatywę. Piąty oddział mówi, że nie będziemy umieli, a tymczasem...
Rozumie się, że Dżek o tem nie wiedział wcale i nawet nie myślał. Przeciwnie, myśl jego więcej jeszcze była zajęta sprawą kooperatywy. Trzeba przecież rachunki doprowadzić do porządku. Tak miał wszystko dobrze obliczone, że nic mu nie brakowało. Często zaglądał do zeszytu, gdzie było zapisane, co leży w szafie — i sprawdzał, ile jest kajetów, ołówków, arkuszy papieru. A kiedy się zgadzało, było mu bardzo przyjemnie. A teraz co? Klaryssa wszystko poplątała: nie wie, od kogo i ile dostał pieniędzy, nie wie nawet, czy coś nie zginęło. Tak ładnie ułożył, że na jednej stronicy napisze: »lalki«, na drugiej »gwizdałki«, na trzeciej: »łańcuszki«. A pod tem będzie napisane, kto kupił. I chociaż nie może pamiętać, jak zajrzy, odrazu może powiedzieć:
— Ty masz kredki.
Albo:
— Ty masz organki.
Albo:
— Ty masz piłkę.
Dżek wie już, co znaczy komisja rewizyjna. Oto trzech chłopców razem z panią przejrzą rachunki, przeliczą pieniądze i dopiero powiedzą:
— Dżek dobrze gospodaruje.
No, a teraz co będzie?
Nie, przecież on niewinien. Klaryssa się obraziła. Powiedziała:
— Ja tam nie umiem. Już dosyć pisałam. Weź sobie kogoś innego.
Łatwo powiedzieć: »weź sobie«, jak każdy myśli tylko, żeby kupić dla siebie i jaknajprędzej iść do domu.
I co się z Nelly stało? Dlaczego nie przyszła do szkoły? Taki zawód i utrudnienie w ostatniej chwili. I Nelly nic nie kupiła. I właśnie ona. Właściwie Dżek bardzo chciał dać jej lalkę, którą dostała w prezencie mała Amelja, tylko się wstydził powiedzieć. Dlaczego Nelly nie przyszła, — pewnie zachorowała?
— Coś ty dziś smutny jakiś? — zapytał się ojciec. — Czy źle ci poszedł twój handel? Jak tam wasza kooperatywa?
Zdziwił się Dżek, bo ojciec pierwszy raz dopiero się pytał.
Rodzice Dżeka, rozumie się, wiedzieli; ale ojciec niechętnie słuchał, bo sam nie lubił kupować i nic nie sprzedawał. A mama była u mister Tafta, rozmówiła się i powiedziała:
— Nie rób nic, mój Dżeku, bez mister Tafta. To bardzo doświadczony człowiek i bardzo ci życzliwy.
Więc kiedy ojciec się zapytał, Dżek zaczął opowiadać.
— Mister Taft dał mi list do hurtowni. Dostałem całą skrzynkę. Tak i tak. Był kierownik i trzy panie z innych oddziałów. Tak było ładnie, kiedy ich oddział wychodził, a każdy trzyma torebkę. I na ulicy oglądają, co kto ma. I ludzie się patrzą, co się stało. A niektórzy na ulicy zaraz grają na organkach. Fil nawet ustawił pięć par chłopców, grał marsza wojennego, a oni tak szli przez korytarz i po schodach. A z innych oddziałów im zazdrościli. A przed bramą szkoły stała kupa dzieciaków. Bo już wiedzieli, co będzie, więc przyszli na spotkanie. A jeden mały braciszek Dżona zaraz zaczął dmuchać w balonik z gwizdałką, a Adams powiedział: »ty nie umiesz«. I tak mocno nadmuchał, że balonik pękł, i chłopiec zaczął płakać. Aż Adams obiecał Dżonowi, że odkupi. A teraz 31 grudnia znów wszyscy przyjdą do szkoły, Dżek wyda powinszowania na laurkach. Dżek kupi różową wstążeczkę, każdą laurkę zwinie w trąbkę i przewiąże różową wstążeczką, to będzie ładniej. Tak właśnie poradziła Edith. Właściwie nie poradziła, tylko powiedziała, że ich laurki nie będą przewiązane różową wstążeczką; ale ona się postara. Dżek postanowił zrobić niespodziankę i za darmo do każdej laurki doda wstążeczkę do przewiązania. Tylko czy dać i tym, którzy jeszcze za laurki nie zapłacili? Bo jedenaścioro (Dżek ma zapisane, kto) nie zwrócili po cencie. Jeżeli mieli pieniądze na fantową loterję i torebki, powinni byli zwrócić, jeżeli są winni.
Rodzice uważnie wysłuchali opowiadania Dżeka. A potem ojciec powiedział:
— Widzę, mój Dżeku, że rzemieślnikiem nie będziesz. To nie szkodzi. Bo ja od najmłodszych lat sprzedawałem jedno tylko: pracę. Co moje ręce zrobiły, inni już sprzedawali. Kupować też mało kupuję, więc się na tem nie znam. A ty chcesz, zostań sobie kupcem. Ale musisz dobrze się uczyć. Nauka do wszystkiego potrzebna. Gdybym umiał dobrze rysować, tobym mógł więcej zarabiać. Rzemieślnikowi bardzo potrzebne rysunki.
Ojciec westchnął, a Dżek oparł się o kolana ojca i głaskał go po twarzy.
— Dzisiaj ojciec wcale nie ma kolącej twarzy, — pomyślał Dżek — i pocałował rękę ojca.
A potem powiedział:
— Tatuś ma żyły na rękach, a ja nie.
Ale ojciec myślał o czemś i nie słyszał. Więc zgaszono świeczki na choince i poszli spać.
I teraz muszę opowiedzieć o jednym z dwunastu bąków drewnianych, zupełnie zwyczajnych i małych, które Dżek kupił na placu.
Więc Dżek nie wiedział, co z niemi robić, bo wśród tylu pięknych rzeczy co one znaczyły? Nawet Dżek z początku zupełnie zapomniał, bo leżały w szafie obok pudełka z ołówkami. No, więc wziął i już później włożył je na dodatek do dwunastu torebek po dwa centy. Może się na coś przydadzą?
I teraz o jednym z tych dwunastu bąków powiem.
Był jeden bąk w torebce za dwa centy; kupił ją Gray. Tak, kupił tylko jedną torebkę i nawet nie za własne, a za pożyczone od chłopca na podwórku dwa centy. Bo wszyscy w klasie wiedzieli, że Sanders jest bardzo biedny, bo u nich tyle dzieci i nie mają co jeść. Ale nikt nie wiedział, że Gray jest jeszcze biedniejszy. Ojciec Graya wyjechał daleko i co miesiąc przysyłał bardzo mało pieniędzy. A czasem nawet nic nie przysyłał. A Gray miał tylko małego braciszka i bardzo go kochał. Więc pożyczył od chłopca z podwórka dwa centy i powiedział, że mu odda wszystko, co jest w torebce, tylko żeby jakąś jedną rzecz sam wybrał i żeby co chce dał dla braciszka. W torebce było 5 lichtarzyków, ale nie dał. Była piłka, ale nie dał. Były różne ozdoby, rewolwer, łańcuszek i jeszcze, ale nic nie dał Grayowi, wszystko sobie zabrał. Dał tylko bąka.
— Masz: to będzie dla twego brata.
— Daj jeszcze coś, — powiedział Gray.
— Ooo, będę ci dawał. Żeby nie moje dwa centy, tobyś i bąka nie miał.
Gray tak długo chodził po ulicy, aż znalazł kijek i sznurek — i zrobił bacik do poganiania bąka.
Bawili się razem przez cały wieczór wigilijny. A potem Gray opowiedział matce, skąd ma bąka.
— To Dżek...
A mały był bardzo śpiący i zmówił wieczorną modlitwę. A modlitwę tak skończył:
— ... i daj zdrowie ojczulkowi, który wyjechał daleko.
A potem już od siebie dodał:
— ... i daj także zdrowie Dżekowi, który jest daleko i przysłał mi bąka.
I stała się nagle dziwna rzecz:
Dżek jakby to usłyszał. Rozumie się, że nie mógł słyszeć, bo to było w zupełnie innem mieszkaniu i zupełnie na innej ulicy. Więc nie mógł słyszeć, bo nawet telefonu nie miał ani Dżek, ani mały brat Graya. Więc nie słyszał zwyczajnie uchem, tylko jakoś inaczej. Dość, że w tej chwili zrozumiał, że przecież nie szkodzi, że Mary dostała tylko małą laleczkę, i choinka nie ma ani jednej kuli złoconej. I znów niewiadomo skąd przypomniały mu się słowa ojca:
— To trudno: jak człowiek ma obowiązki, na wiele rzeczy nie może sobie pozwolić.
A przed samem zaśnięciem przywołała go Mary i powiedziała:
— Mój kochany Dżeku, już nie gniewaj się na mnie. Już nigdy twojej skrzynki nie otworzę.
— A ty otwierałaś skrzynkę?
— Tylko jeden raz, ale już nigdy nie otworzę.
— A nie ruszałaś nic?
— Jak mamę kocham, że nic nie ruszałam. Tylko troszkę otworzyłam, ale się przestraszyłam i zaraz zamknęłam. Nawet nic nie widziałam.
Przestraszył się Dżek, bo w skrzynce leżały pieniądze.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.