Bracia Zmartwychwstańcy/Tom II/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bracia Zmartwychwstańcy
Podtytuł Powieść z czasów Chrobrego
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
V.



Ks. Petrek niespokojnie trochę czekał powrotu opata, król dziwnie jakoś lekceważąc przyjął jego doniesienie, lękał się więc, by ono skutków jakich kłopotliwych nie pociągnęło za sobą.
Kość była rzucona, musiał już teraz popierać innemi środkami rozpoczętą sprawę; nie chciał sam pozostać z nią, wspólników mu było potrzeba. Nazajutrz więc po widzeniu się z królem, które się milczeniem skończyło i nie zbliżyło go do niego, korzystając z wieczornego obchodu niewieściego dworu, wcześniéj niż zwykle wcisnął się do markgrafównéj.
Znalazł ją zarumienioną mocno, niespokojną, na cichéj rozmowie ze starą niewiastą, która się wciskała wszędzie, nawet do króla, i niezrozumiałém jakiémś na dworze trudniła się rzemiosłem. Zwano ją starą Panichą. Nosiła ona na piersi ogromny krzyż cynowy, na znak widomy, że była ochrzczoną, siadywała dużo w kruchcie kościelnéj, gniewała się gdy ją posądzano o czary, zamawiania i praktyki bałwochwalskie, jednak leczyła różnemi sobie tylko znanemi ziołami, przy których i szepty i zażegnywania różne odprawiała. Ludzie się jéj lękali. Bojąc się, aby ją nie prześladowano o czarnoksięztwo, Panicha duchownym okazywała cześć nadzwyczajną, tak że na twarz padała przed niemi i kraj sukien ich całowała. W kościele jęczała i modliła się tak, aby ludzie słyszeli ją i widzieli. Mimo to wszystko, więcéj się jéj lękano, niż lubiono. Wcisnąć się umiała wszędzie, a czując, że obudzała pewną obawę, korzystała z tego wyłudzając od każdego co tylko mogła. Młodsze jéj życie mało znane było. Z dawien dawna wisiała przy dworze.
Niegdyś pewnie piękną być musiała, dziś stara już, z włosami siwemi, ale białemi jeszcze zębami i oczyma przenikającemi, postawę miała zręczną, chód rzeźki i zdala wydawać się mogła młodą, choć twarz jéj całą marszczki poorały.
Pokorna do zbytku, umiała być zuchwałą bez miary. We dworze nie było człowieka, któregoby życia tajemnic nie znała, wszystkich wad jego i słabości. Pomiędzy tumem a dworcem pańskim snuła się bezustannie... Niekiedy nikła na dni kilka i wracała niepostrzeżona.
Do jednéj królowéj Emnildy nie miała przystępu, odprawiano ją tu datkiem, ale ani jéj słuchać, ani przypuszczać do siebie nie dozwalała świątobliwa pani. Źli ludzie utrzymywali, że mimo okazywanéj pobożności, Panicha miała z poganami po lasach stosunki i gusła z niemi odprawiała.
Inni mówili, że stara czarownica między młodzieżą płci obojéj na dworze była chętną pośredniczką. Chociaż wydawała się ubogą, chodziła odarto, byli i tacy co się przysięgali, że miała już niemały skarb uzbierany i gdzieś zakopany na rozdrożu.
Panicha chadzała do ks. Petrka, lecz ten obawiał się czarów i posądzał ją o nie, wstręt miał do niéj, mimo że mu się narzucała.
Gdy wszedł do komnaty markgrafówny, widoczném było, iż się żywa rozmowa przerwała. Oda stała cała zarumieniona, Panicha u progu, zawinięta w płachty, ręką jeszcze coś wskazywać się zdawała, gdy ks. Petrek w progu się pokazał. Wnet stara ogarnęła się znowu, spuściła głowę i na widok księdza pospiesznie ku niemu podbiegłszy, upadła przed nim na ziemię, ręką chwyciła brzeg sukni, ucałowała, a potém obie dłonie ku niebu wzniosła. To uczyniwszy, podobnie pożegnała Odę i oddaliła się spiesznie.
Na twarzy ks. Petrka to spotkanie widocznie odbiło się chmurą, długo się nie odezwał słowa. Oda miała pałające oczy i twarz ożywioną, jakby jakąś nadzieją, z którą się nie spieszyła zwierzyć pisarzowi.
— Co ona tu robi ta czarownica? — szepnął ksiądz — po wszystkich kątach jéj pełno...
— A! mój ojcze! to biedna, uboga żebraczka, która się wysługuje jak może dla kawałka chleba... a pobożną jest bardzo...
— A szatan od niéj zdala cuchnie! — odezwał się ks. Petrek. — Wiedzą ludzie, co ona umie... Komu ona nieprzyjaciółką, temu się nic nie wiedzie... zna się ona ze — złém...
— Ale nie! nie!.. — przebąknęła Oda.
Ksiądz zamilkł.
— Dobrzeby było jednak, abyście jéj unikali — dokończył pisarz.
To mówiąc przybliżył się ku pięknéj markgrafównie, która niespokojnie rękami coś na stole składała.
— Ja tu do waszéj miłości — rzekł zniżając głos — przychodzę w ważnéj sprawie... w sprawie tak ważnéj...
Oda rzuciła co miała w ręku i spojrzała nań oczyma chciwemi wieści.
— Nie ulega wątpliwości — mówił pisarz — że, nie wiem kto, ale najpewniéj królowa z Sieciechem ocaliła Jaksów, przeciwko woli króla!.. Tak! okłamano pana, sprzeciwiono mu się... wykradziono ich... Siedzieli ukryci w tumie, parę dni temu gdzieś ich do innéj kryjówki uprowadzono...
Oda słuchając ręce ścisnęła białe, a usta się jéj uśmiechały złośliwie.
— Ja tego doszedłem — mówił daléj ks. Petrek — a wam to oddaję, abyście wy z tego korzystali... Król już się pono zdrady domyśla... kogo posądza? nie wiem... Trzeba abyście wy, miłościwa pani, donieśli mu o tém, gdy można będzie, potajemnie... Lecz nie wyjawiajcie, zkąd to wiecie... Niech król zapyta tylko królowę, pod przysięgą... pobożna niewiasta fałszu nie powie... Naówczas...
— Naówczas... sądzicie? — spytała Oda — że na królowę gniew jego spadnie?..
Ksiądz spojrzał na nią bystro.
— Miłościwy pan nasz — rzekł — jest w sile wieku... bez niewiasty on żyć nie może. Jeżeli inną pod tę porę umiłuje gorąco, będzie mu na rękę rozstać się z córką Dobromira...
Oda się zarumieniła mocno.
Nie była ona zbyt wstydliwą niewiastą, a współcześni historycy dają to poznać mocno, iż się nawet wydawać nią nie starała. Wiek téż i obyczaj do otwartości większéj upoważniał; w słowach nie kryto myśli, ale ją wypowiadano jawnie. Późniejsze wieki dopiero nauczyły się najsromotniejsze sprawy gładkiemi omawiać wyrazy.
Oda znać miała już pełną głowę i pierś swéj przyszłości, którą na namiętności Bolesława oparła. Poczęła téż mówić szybko.
— Król we mnie rozmiłowany... ja to wiem! Ale mnie mieć nie będzie, tylko gdy z nim obok siąść na tronie prawo mi da... Inaczéj nie... nie... nie! Wiem, że dla mnie wszystkie mu zbrzydły!
Rozśmiała się.
— Królowa zna to dobrze, radaby mnie dawno do ojca odprawić! We dworze mnie czernią, jakobym jeszcze w domu miała kochanka... co mi tam!!. młoda i piękna jestem... niech mówią co chcą... król się o to nie spyta... Zechce mnie mieć, musi przed ołtarz prowadzić...
Ksiądz słuchał trochę oczy spuszczając.
— Wszystko to wiem... i wasza miłość wierzysz téż, że ja sługa wierny cesarza, życzę, aby się tak stało jak chcecie... A kto do tego dąży, trzeba by umiał drogi sobie znaleść.
— Jakie drogi? Ja go oczyma trzymam na uwięzi, byle mi się nawinął... — poczęła Oda — królowa się krzywi, Ryksa głowę odwraca... nie dbam o to... śmieję mu się przy nich... Wczoraj gdyśmy szły, zostałam ostatnia... umyślnie... Bolesław stał z boku... pochyliłam mu się tak, że mnie pocałował. Nie widział nikt...
— To wszystko nie pomoże — szepnął ks. Petrek — póki królowa nie zostanie odprawioną do klasztoru... Jéj tam lepiéj będzie...
— A mnie na jéj miejscu! — rozśmiała się Oda.
— Więc czyńcie, pomagajcie sobie, aby to miejsce otrzymać! — począł nagląc ks. Petrek. — Powiedzcie mu o Jaksach i o zdradzie królowéj. Jeżeli to nie jéj sprawa?.. ale któżby się ważył na nią?.. no... to się oczyści...
Ks. Petrek dodał jeszcze kilka słów i szybko się oddalił. Nadchodziła godzina wieczerzy. Dnia tego na dworze ludzi było wielu.
Z dwunastu panów radnych Bolesława, połowa z nim przybyła z Gniezna, byli posłowie różni; był z Danii goniec od króla i z Rusi dwu kneziów, którym rad był Bolesław, bo ich potrzebował.
We wszystkich izbach stoły były pełno obsadzone, czeladź z pochodniami stała u ścian, gwar panował wesoły we dworcu. Pomiędzy panem a gośćmi i czeladzią, związek był jakiś żywy, tak, że ilekroć król Bolesław milczącym był i pochmurzonym, odbijało się to w otoczeniu — gdy wiedziano, że rubaszne swe odzyskał usposobienie, śmiało się wszystko, Zyg chodził inaczéj, pachołkowie i komornicy żywiéj się obracali. Wolne słowo, które się innego czasu nikomu z ust wyrywać nie śmiało, leciało aż do pańskich uszów...
Od powrotu z Gniezna raźniejszym był Bolesław, wszyscy téż za nim ochocze mieli twarze i po kątach gziła się czeladź i komornicy, a w podwórcach niebardzo téż było cicho. Rozlegały się niekiedy śmiechy bujne, z dziką siłą, niemal strachem mogącą nabawić.
Mówiono, że historyi łaziebnéj Mieszka z Bezprymem dowiedziawszy się król, gdy sądzono, że dla starszego syna okaże litość, a Mieszka zgromi, przeciwnie zdał się nią uradowany. Nie uwierzył jéj zrazu, powtarzać ją sobie kazał różnym i mruczał.
— Mieszko miałby taką dumę i dzielność!.. Zaprawdę, nie spodziewałem się po nim tego!..
I nietylko że nie zganił królewicza, lecz serdeczniejszym dlań być począł.
To mu przyczyniło dobréj myśli.
Zyg, który czytał w oczach, śmiało się teraz narażał z tłustemi i rubasznemi wybrykami swojemi. Nie marszczył się na nie pan wcale, witał je szerokim śmiechem.
Być może, iż oczy Ody przyczyniały się téż do ożywienia starego rycerza, który, jak ojciec, dla niewiast miał słabość do zgonu. Hamowała go pobożna królowa, przecie nigdy ustatkować się zupełnie nie mógł, a gorąca krew w nim grała do ostatka. Gdy opat Aron z obowiązku go czasem do pomiarkowania tych chuci nakłaniał, Bolesław milkł, korzył się, a widać było, iż do serca tego nie brał. Każdy wybryk natychmiast sowitym darem dla kościoła opłaciwszy, zdało mu się, iż już się oczyścił z niego.
Początek wieczerzy poważniejszym był, siedziała u stołu królowa, opat Aron, dwu obcych duchownych, panowie radni, posłowie. O rycerskich sprawach, orężu i wojnie mówiono: który naród najdzielniejszy, jakie miecze najlepsze, jakie hełmy najtwardsze i jak w polu się ścinać najrozumniéj. Król i jego wojewodowie mówili przypominając własne dzieje, gdzie się im i jak broń wysłużyła najskuteczniéj. Duńczyk swoich chwalił uzbrojenie, inni niemieckie, tamci włoskie, a byli tacy, co i węgierskie sławili.
Gdy tak rozprawiano, król, który rad pił i drugim nalewać kazał, wprędce się jeszcze bardziéj rozochocił. Gdy duchowieństwo dla modlitwy odeszło od stołów, a królowa téż ze starszemi się cofnęła, Bolesław młodszym niewiastom śpiewać i skakać kazał, dla oczów zabawy. Kubki chodziły gęste i śmiechy rozlegały się coraz głośniejsze, a białogłowy młodsze rade wesołości, słuchały wyrazistych oświadczeń, których im nie szczędzono.
Gdy się już tak w izbie rozochocili wszyscy, królowa Emnilda i Ryksa téż odeszła do swoich komnat.
Oda nie chciała widzieć, gdy inne szły, wmięszała się do tanecznic i przodowała im. A miło na nią było popatrzyć, gdy ciężki płaszcz zrzuciwszy, w opiętéj sukni popisywała się z kształtną swą i rozkwitłą bujno postacią.
Król téż z oczów jéj nie spuszczał, a ona, choć się zdawała zajęta zabawą, ani się zbyt od niego oddalała, ani się dała drugim zasłonić. Stała ciągle na widoku.
Mieszko rozmawiał z duńczykami, radni rozprawiali z posłami. Bolesław się zabawiał. Trwało to już długo, gdy ku markgrafównie skinął; podeszła do niego w skokach.
— Radują się wam oczy! — zawołał — cóż gdy tylko oczyma się wam radować można?
Oda ustami do góry podniesionemi coś mówiła niezrozumiałego. Po chwili rzuciła z niechcenia:
— Albo to wina moja?
— A czyjaż? — spytał król.
— Oczów, co się radują same... i na tém im dosyć — odparła Oda.
Król się zadumał patrząc na nią.
— Mnie bo was żal — poczęła jakby korzystając ze zbliżenia się markgrafówna i z tego, że nikt się nie przysłuchiwał rozmowie — mnie bo was żal...
— Jeżeli żałujecie, to pomiłujcie!.. — rozśmiał się Bolesław rozochocony.
— Choćbym i miłowała... cóż z tego? — poczęła Oda. — Ja wolna... wy niewolni...
Na to nie było odpowiedzi długo... popił Bolesław z kufla i wąsy otarł. Spojrzał na nią bystro i wyzywająco, odpowiedziała mu takim samym wzrokiem.
— Mnie bo was żal... — powtórzyła znowu — was tu nikt może tak jak ja nie miłuje, tak jak ja nie żałuje... a zdradzają wszyscy!..
— Wszyscy?! — zapytał Bolesław śmiejąc się — wszyscy?.. Ej!
— A tak! wszyscy! — mówiła Oda.
Zmarszczył się król nieco.
— Wszyscy?.. — spytał jeszcze raz.
— Wszyscy... — powtórzyła markgrafówna, — jam śmiała... ja kłamać nie umiem... Co mi tam! mogę jutro do ojca powrócić. Dawnoby czas... by i o mężu pomyśleli dla mnie... Pogniewacie się na mnie... to odeślijcie...
Z ciekawością król słuchał.
— Za cóż się ja mam gniewać?.. — zapytał.
— Za to, co powiem.
Tu zniżyła się do ucha królowi.
— Królowa nawet was zdradza! Tak!.. Skazaliście Jaksów na śmierć... ona sprawiła, że żyją...
Spojrzenie surowe Bolesława nie zmięszało ją.
— Ja wiem że tak jest.
Sądziła Oda, iż twarz króla, która łatwo gniewem się okrywała purpurowym, zmieni się i nasroży, gotową była do wybuchu i pytań.
Lecz Bolesław wyciągnął rękę do próżnego kubka, uderzył nim w stół, co znaczyło, by go podczaszy napełnił; twarz mu się nie zasępiła, owszem, uśmiech po niéj się przesunął.
— A!.. ty niemiecka dzierlatko! — rzekł — szpaczku ty, co tak szczebioczesz ładnie i żwawo, kto ci to takie baśnie przynosi?.. Wy we wszystko wierzycie?
Oda zarumieniona stała.
— Wierzę prawdzie... cały dwór o tém już prawi! — zawołała.
— A kto wam mówił o tém?
Oda zacięła usta; sama nie wiedziała, na kogo to złoży i czém się wytłumaczy.
— Mnie... a! niewiasty!.. Tylko o tém na dworze prawią... A kto miał uczynić? wiedzą wszyscy! Pobożna królowa... Myślicie — dodała — że ja, gdybym żoną była, uczyniłabym kiedy co przeciw pana woli? ani dla rodzonego brata!!.
Bolesław nie odpowiedział słowa.
Szpiegująca go oczyma markgrafówna zrozumieć już nie mogła, co myślał, ale mówić o królowéj nie chciał widocznie.
Zwróciła się więc w inną stronę.
— Królowa... ja nie wiem... a drudzy Sieciecha winią... Córkę miał za Jaksę zaswataną...
Białemi zębami rozśmiał się król i ramionami ruszył.
— Co więcéj?.. praw, sroczko różowa! choćbyś nic do rzeczy paplała, zawsze cię słuchać miło. Hej! młodość wionie od ciebie, jak na wiosnę od świeżych pączków brzeziny, gdy się rozwiną. Gdy przy mnie stoisz, zdaje mi się, że i mnie inne lata wracają. Praw... co chcesz... a zbliż się do ucha... Wszystko ci wolno.
Uraziła się nieco Oda, choć słowa były pochlebne.
— Nie takam ja krótko widząca jak myślicie! miłościwy panie! — zawołała żywo.
— Krótko widząca, łatwo wierząca! — rozśmiał się król. Wolno ci to, bo za to warkocz dziewiczy masz długi!
Co mi u niewiasty po rozumie, kiedy krasy nie ma... U niéj cały rozum w krasie, i póty rozumu co młodości.
Oda stała nadąsana.
— Praw, praw! mówił Bolesław! a no i to wiedz, że komu ja rzekłem, iż umrzeć ma, ten umarły i pogrzebiony... a ktoby mi go z ręki chciał wydrzeć, z nim téż pójdzie tam, z kąd nie wracają... Moja wola i o tysiąc mil sięga... Rozumiesz to...
— Było to niegdyś, miłościwy panie... było — a dziś... tyś już ciężki! tyś głuchy gdy nie chcesz słyszeć... i ślepy, gdy ci widzieć nie miło!!
Skinęła ręką i żywo odskoczyła, jakby odejść chciała. Król rad był ją powstrzymać, pierzchnęła. Zdało się jéj, że na ostatku trafiła mu w serce i strzała utkwiła...
A król siedział tak spokojny, jakby posłuchał piosenki, i wnet się obrócił do tych, co o wojnie prawili, zagadując ich o zbroje i młoty...
Późno w noc ruszył się wreście Bolesław, i dwór cały z nim, choć po izbach jeszcze niektórzy zostali u dzbanów, rozgadani. Sieciech i komornicy prowadzili go do sypialni.
Zyg téż szedł probując czy mu się jeszcze raz rozśmieszyć nie uda.
— Miłościwy panie — mówił — Sieciechowi staruszkowi dać było spocząć, a zamiast ochmistrza Markgrafiankę dziś było ochmistrzynią mianować...
Król go ręką po głowie klapnął bez gniewu.
— Onaby pewnie bardzo nie była markotną — dodał Zyg.
Widząc uśmieszek na twarzy, błazen daléj ciągnął.
— Tylko z ks. Aronem bieda... bo oni o wszystkiem na dworze muszą wiedzieć, a mało co im do smaku...
— Milcz — nicponiu! — groźno ofuknął król i silnie go uderzył. — Na księży nie śmiéj rwać się z językiem... bo ci go oberznąć każę.
Zyg skulił się wpół, syknął i wysunął rękę pocierając miejsce, w które został uderzony.
Prowadzący króla z pochodniami do sypialni, doszli do jéj drzwi tylko; tu postawiono straż, a dwaj komornicy i Sieciech tylko towarzyszyli Bolesławowi do łoża, na które rozebrany, legł natychmiast.
Sieciech stary odchodzić miał, gdy go król znakiem, który zrozumiał, zatrzymał. Często bardzo dawał mu na dzień następny rozkazy, czekał więc na nie sługa, ale Bolesław nie odezwał się, aż wyszli służebni.
Ręką skinął, aby się doń Sieciech przybliżył.
— Słuchaj ty — stary — rzekł — co mi tu trutnie do uszu przynoszą, na królowę i na was, o tych nieszczęsnych Jaksach. Nie dośćem się niemi namęczył póki żyli, nie dość ich śmierć odżałował, jeszcze z grobu mnię prześladują. Kto tu zmyśla baśni, że królowa i wy, dla córki waszéj, z pod moich rąk ich wyrwaliście i żywicie! Kto to mówić śmie, i powtarzać. Ja o tém dwakroć już słyszę, a nie radbym trzeci raz téj wieści!! Ogłoście mi po dworze, kto będzie śmiał się z tém nosić i mówić o tém... nie jak psu odszczekiwać mu każę pod ławą, ale jak psa go nę lub ubić każę.
Sieciech słuchał zbladły i osłupiały; gdyby nie mrok w izbie oświeconéj tylko ogniem komina, którego blask do łoża nie sięgał, Bolesław poznałby był na twarzy sługi przerażenie i niemal znanie[1] się do winy. Starzec drżał — potrzebował zebrać myśli, nimby się zdobył na słowo.
Król mówić już przestał — czekał na odpowiedź, Sieciech stał oniemiały...
— Słyszeliście i wy pewnie o tém? — dodał król — lub może wam w oczy nie śmiano tego rzec, boć was winią. Winią królowę. Bezecne języki jadowite, śmią na świętą porywać się niewiastę. Któraż już na świecie bezpieczną będzie, gdy ta nie jest poszanowaną, co nikomu nigdy nie uczyniła zła, a tyle robiła dobrego? Słyszeliście wy o tém?
Sieciech coś mruczał tak niezrozumiałego, iż król pewnie niedosłyszał słów jego, ale mu nie szło o odpowiedź.
— Nie wytrąbiać tego... bo nie warto — dodał — ale powiedzieć starszyznie, kto mi to nosić będzie śmiał, tego ukarzę jak psa.
To rzekłszy król się kożuchem osłonił, byłto znak odejścia, Sieciech posunął się ku drzwiom, niepewnym krokiem, pełen jeszcze niepokoju i trwogi. W pierwszéj chwili wyszedłszy z komnaty, chciał natychmiast o radę biedz do opata, i z przestrogą do królowéj — lecz północne koguty piały, nie pora była.
Oprócz współbiesiadników króla, we dworze spało wszystko.
Starzec, który się nigdy do żadnych knowań nie mieszał, widział przecie jasno co się tu działo, rozumiał więc dobrze, iż królowi donieść mogli tylko ci źli ludzie, co pobożną Emnildę zgubić pragnęli, a dla swych widoków, w jéj miejscu, młodą Odę postawić. Nie śmiałby był badać króla od kogo to miał, lecz z rozmowy cichéj z markgrafówną, na którą patrzał z ubocza, odgadywał, że ona to Bolesławowi przynieść musiała. Ona jedna.
Któż drugi? Kto był ten skryty nieprzyjaciel, tego odgadnąć nie umiał.
Ze zwieszoną na piersi głową wysunął się Sieciech do mieszkania swego, nazajutrz zamierzając o tém uprzedzić opata naprzód, potém oznajmić królowéj.
Sen go téż prawie do brzasku nie wziął, i gdy się dwór ruszać począł dodnia, wstał z łoża niespokojny. Opat Aron zwykle rano odprawiał w tumie mszę świętą, tak by późniéj być na króla zawołanie.
Tu naprzód pospieszył stary, swoje obowiązki dworskie zwierzywszy zastępcy. Opat się modlił już w zakrystyi gdy do niéj wszedł Sieciech, na którego twarzy pomięszanie widać było. Sama jego przytomność tu niezwykła, już opatowi dawała do myślenia. Lękał się, aby coś królowi się nie przytrafiło.
Wyszli wnet razem nie do izby, bo się ścian lękał stary, lecz w podwórze katedry. W krótkich słowach opowiedział Sieciech powód przybycia.
Opat Aron ręce załamał — lecz gdy doszedł do końca powieści, uspokoił się znacznie...
— Król dzięki Bogu — rzekł — żadnéj do tego nie przykłada wiary... lecz — kto i jak odkrył tak pilno strzeżoną tajemnicę? kto ją zdradził złośliwie?
O tém próżno myśleli oba, odgadnąć było trudno... Opat wrócił wnet do księży przy tumie, a ochmistrza nazad odprawił, aby wcześnie a oględnie królowę ostrzegł. Tu nie potrzebował śledzić długo, by dojść, że biedny stary stróż dał się na słowo jakieś wyciągnąć ks. Petrkowi.
W ten sposób wszystko się tłomaczyło. Ks. protonotaryusz pochlebiał sobie od dawna, iż umiał się wkraść w łaski i posiadł zupełne zaufanie opata.
Nie znał jednak — opata Arona, którego kroniści niemieccy zowią: „z sukni duchownym, z natury lisem;“ był on nierównie przebieglejszym, niżeli się wydawał. W obejściu się pełen prostoty, na pozór otwarty... ostrożnym był i bacznym.
Wiedział dobrze, iż cesarscy przyjaciele, niemieckie duchowieństwo, które sobie do zwierzchnictwa nad kościołem polskim prawa rościło, mieć będą na dworze Bolesława swych ludzi i donosicieli; znał stosunki ks. Petrka z Dziewinem, i dla tego trzymał się go, iż przezeń dowiadywał się Henryk cesarz i arcybiskup o tém tylko, co opatowi dogodnie było im dać wiedzieć. Zdrada protonotaryusza nie była dlań tajemnicą, używał jéj jako narzędzia — nie dając poznać po sobie, iż świadomym jest wszystkiego.
Tak samo jak cesarz na dworze Bolesława miał swe sługi, Bolesław sowicie opłacanych ludzi trzymał w Dziewinie i gdziekolwiek cesarz przebywał... Miał ich w Rzymie, a gdy ostatni raz papież Benedykt zjeżdżał do niemiec, skorzystano z tego, by w jego otoczeniu zjednać sobie przyjaciół.
Chytry ks. Petrek wcale nie posądzał opata o grę tak mądrą...
Z tumu wprost ks. Aron poszedł do protonotaryusza. Znalazł go na modlitwie. Widzieliśmy, że byłto człowiek, mimo swéj zdrady, pobożny, bo nawet gorliwość religijna pobudką dlań do niéj była...
— Mój ojcze — odezwał się wchodząc — gdy tamten modlitwę dokończył. Możecie mi oddać usługę wielką.
Zaniepokojono króla plotką nie do wiary o jakiemś ocaleniu i wykradzeniu Jaksów, król jest w wielkim gniewie na tych co to wymyślili. Kazał Sieciechowi ogłosić we dworze, że jak psa ukarze, kto będzie śmiał powtarzać tę baśń.
Nie słyszeliście wy o tém? nie wiecie kto może być jéj sprawcą?
Ks. Petrek udał wybornie zadziwionego, przejętego i począł dopytywać, czy uchowaj Boże, nie zaszkodziło to „świętéj pani“ lub „czcigodnemu Sieciechowi?“
Uspokoił go opat odpowiedzią, że złośliwa baśń, na to była stworzoną zapewne, aby pomiędzy królem a królową zasiać nieufność i obudzić niechęć, lecz wielki rozum i serce pańskie odgadło cel, i sprawca tylko mógł ucierpieć na tém.
Ks. Petrek stał widocznie pomięszany, starając się niepokój ten pokryć troskliwością o świętą panią i czcigodnego starca. Nie wiedział co począć, bo się lękał, aby król na zapytanie Arona, nie wyjawił mu, że od niego to słyszał. Przyznać się nie chciał i nie widział sposobu, którego właśnie szukał w głowie, aby z siebie winę kłamstwa i zatajenia zrzucić.
Nie pozostawało mu nic innego, jak fałszem nowym — obałamucić opata, w którego zaufanie dla siebie miał wiarę. Po chwili milczenia i namysłu, skłonił głowę i boleściwie ręce rozkładając — odezwał się cicho.
— Muszę się przyznać, że mnie o tém już wieści doszły, iż królowi coś podobnego doniesiono. Ogarnęła mnie trwoga wielka, a że waszéj przewielebności nie było naówczas, probowałem sam umysł króla odwrócić od podejrzeń. Mówiłem z nim o tém.
— Jakże przyjął? — zapytał chłodno opat.
— Z oburzeniem — zawołał ks. Petrek.
Milczenie krótkie przerwało rozmowę, protonotaryuszowi brakło wyrazów, mięszał się, widocznie był nie swój. Przebiegły opat zdawał się tego nie widzieć i nierozumieć.
— Jak sądzicie? — zapytał — kto mógł być sprawcą?
— Cóż ja o tém sądzić mogę! — z pokorą wielką począł pisarz — ja, który tu siedzę zamknięty, do niczego się nie mięszając, czas pędząc na modlitwie i pracy? Obcy jestem temu, co się tu dzieje — przypadkiem chyba wieść mnie jaka dolecieć może... Wasza przewielebność znacie lepiéj i ludzi i sprawy, które jakby siecią opasują miłościwego pana naszego!! Wszędzie złych pełno.
Podniósł oczy ku niebu i zamilkł.
Opat patrzył nań z rodzajem chłodnéj ciekawości, po twarzy przebiegały jakby strumienie jakieś wstrząsające jéj rysami, hamował się jednak — Petrek był mu potrzebny.
Protonotaryusz miał czas ochłonąć i uspokoić się nieco.
— Mówmy więc o czém inném — siadając w krzesło u stołu — począł opat zwolna.
Nie tajno to wam, miły bracie, że król korony od Ojca świętego pragnął, jako potwierdzenie tytułu i wieńca, który od świętego przyjaciela swojego cesarza Ottona otrzymał. Życzył sobie pan miłościwy wprost się udać do ojca świętego, aleśmy go przekonać zdołali, iż cesarza ominąć i bez jego woli nic się uczynić nie da. Drogi mamy do stolicy apostolskiéj zamknięte. Cesarz wszechwładnym jest od granic naszych począwszy do Rzymu, ani posłyby nie doszły do niego, ani powrócić do nas mogły z koroną...
Petrkowi oczy pobłyskiwały — głową potwierdzał w milczeniu. Nie spodziewał się takiego zwrotu i choć nie okazywał zdziwienia, w duszy wielce był zdumionym. Mówił sobie słuchając.
— Zaprawdę, jeżeli pozwolenie[2] cesarskiego czekać będziecie — poczekacie na nie długo!!
Opat zwolna ciągnął dalej.
— Cesarz właśnie na przyszłe święta wielkanocne do niemiec ma zjechać, potrzebujemy męża rozumnego, życzliwego, sprzyjającego królowi i jego sprawie, któryby na dwór arcybiskupi z tém jechał, i sprawę o koronę opiece jego powierzył...
Padło oko królewskie i moje na was, mój ojcze...
Ks. Petrek spojrzał i drgnął.
Chlubno mu było zostać posłańcem króla, dogodnie mu się zdawało w ten sposób zapobiedz aby Bolesław upragnionéj nie otrzymał korony; lecz zarazem niepokój go przejmował, kto tu w jego miejscu stanie na straży?
Pochylił nizko głowę z dziękczynieniem pokorném.
— Miłościwiście nadto dla mizernego sługi waszego — odezwał się słowa cedząc powoli — ani śmiem pochlebiać sobie, bym dostojeństwa był godzien i podołał wielkiemu celowi. Słabe ramiona, wątłe siły moje!
— Król was wysłać pragnie! — dodał opat — nie możecie się woli jego opierać. Dane wam będzie na podróż co potrzeba, byście godnie przedstawiali u dworu, wielkiego króla naszego... Wezwijcie w pomoc ducha świętego, i sposóbcie się do drogi.
To mówiąc i wymówek nie słuchając wstał opat, ks. Petrek milczał rad i zafrasowany razem. Odprowadził go do drzwi, nie pewien jeszcze, czy go spotkało szczęście, czy się gotowało niebezpieczeństwo.
— Lecz — odezwał się nieśmiało, do odchodzącego już — któż mnie tu wam zastąpi, jeśliby pismo jakie sporządzać przyszło?
— O téj potrzebie wątpię — rzekł opat — w pilnym razie, ojciec Paweł wezwanym być może z Trzemeszna.
Opat szedł już daléj, gdy protonotaryusz o drzwiach otwartych zapomniawszy, stał w nich jeszcze rozmyślając nad sobą. Zwolna potém przymknął je wracając do izdebki. Stanął u ognia zapatrzony w żar czerwony.
— Miałżeby opat być tak przebiegłym, by mnie chciał zwieść i okłamać? — rzekł w duchu. — On? mnie! miałżeby posądzać! chcieć się pozbyć!
Uśmiech mu skrzywił usta.
— Nie — nie może to być — odrzucić nie mogę poselstwa, będzie ono i mnie służyło...
Dumał długo chytry zwolennik cesarski, lecz widział, iż musiał być posłusznym. Żal mu tylko było w chwili, jak mu się zdało, stanowczéj i ważnéj, dwór opuszczać; trapiło go to, iż cichą swą robotę podziemną, na czas porzucić będzie musiał...
Opat śpieszył już do króla, aby go schwycić wprzód nim wrzawa dworska otoczy.
Bolesław zobaczywszy ulubieńca swojego, pośpieszył go powitać pocałowaniem ręki... a na widok jego starszyzna, którą był przywołał dla narady, natychmiast pierzchnęła. Zostali sami.
— Miłościwy panie — szepnął opat — ks. Petrka się nam pozbyć ze dworu potrzeba, inaczéj to co przedsiębierzemy dla otrzymania korony z Rzymu, nigdyby się nam nie powiodło. Ze swéj celi ma on oko i ucho wytężone na wszystko...
Dałem mu wiedzieć, że się już wcale u papieża, omijając cesarza Henryka, starać o nią nie myślemy. To ich uspokoi. Wyprawiam protonotaryusza do cesarza... choć wiemy dobrze, iż nam odmowną odpowiedź przyniesie. To nam da czas dróg innych probować. Zbyć się go ztąd na teraz jest nieuchronném. Oznajmiłem mu już o podróży...
Król się uśmiechnął.
— Czyńcie jako się wam zda najlepiéj — rzekł — jam przy was, gdy o mądre chodzi sprawy — prostaczkiem, Petrek nam przydatny — ale z nim igramy jako z ogniem... który i strawę zgotować pomoże i strzechę zażegnąć.
— A najlepiéjby może było, napisać na dwór cesarski, do tych co nam sprzyjają — dodał opat — aby naszego posła tak gościnnie przyjmowano — by się rychło oddalić i wracać do nas nie mógł.
Opat głową potrząsł znacząco.
— Dla niepoznaki — rzekł w końcu — miłość wasza odprawi go obdarowanym i z pilném zachęceniem do wiernéj usługi, z obietnicą nagrody.
Bolesław, który oczy miał z poszanowaniem wlepione w mówiącego, był przy nim niemal pokornym i posłusznym. W tych sprawach czuł najlepiéj wyższość jego.
— Uczynię jak mi powiecie — rzekł — lecz któż nam listy do Rzymu ułoży? kto powiecie?
— Z Trzemeszna i Tyńca sprowadzimy wiernych ludzi — mówił opat — a ci tajemnicy nie zdradzą. Nie jedno lecz trzy różnemi drogi wyślemy poselstwa do Rzymu, a daj Boże aby chociaż z nich jedno dostało do apostolskich progów, i do nas wróciło. Wiedzą cesarscy dobrze, iż się o koronę staramy, nie złudzi ich to, iż się do Henryka udamy o nią! Na wszystkich gościńcach czatować będą, podróżnych chwytać i listów szukać, na wszystkich drogach zabiegać.
Westchnął opat Aron.
— Kogoż wyślecie? — zapytał król.
— Dobierzemy duchownych, dodamy im dzielnych rycerzy ku obronie — mówił opat.
— Stoigniew stary do jednego z poselstw zdatny — przerwał Bolesław.
— Znajdziemy i innych — dodał zamyślony opat Aron. — Zostaw mi to miłościwy panie... rozmyślać i modlić się będę, ani chcę byście wiedzieli co i jak uczynię — bym niepokoju nie przymnażał... Biorę to na barki moje, a Bóg miłościwy wesprzeć zechce sługę swojego.
Radosném, błyszczącém okiem spojrzał Bolesław na Arona.
— Ojcze mój — zawołał — nie dla téj już siwiejącéj głowy korony mi potrzeba... dopóki ona oczu nie zamknie, królem będę i bez niéj — trzeba mi jéj, abym nią pokrył kraj od Dunaju do Bałtyku i rozpaść mu się nie dał, trzeba mi jéj, aby na skroń Mieszka przyniosła błogosławieństwo i duchem ją bożym oświeciła. Nie dla siebie jéj pragnę... Ten sam ojciec nasz rzymski, co wchodzącemu do Rzymu cesarzowi złotą kulę ziemską na znak panowania dał w ręce, i błogosławił zwycięztwom nad Saracenami, niech mi koronę pobłogostawi[3], ażeby dzieło ojca i moje w niwecz się nie rozsypało. Nie sobie ale synowi łaski jego pragnę... a potém — umrę spokojny!
Opat Aron ręką krzyż zakreślił w powietrzu, i król wiodąc go wyszedł do stołów, przy których nań goście i dwór oczekiwali.









  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przyznanie.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być pozwolenia.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pobłogosławi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.