<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bratanki
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1879
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X. Zwierz na polowaniu schwycony.

List od pani wojewodzinéj obszerny, pisany po francuzku, aby mógł być w oryginale przedstawionym królowi, zawierający najmocniejsze dowody i poparcie prawdziwości wypadków, z uczuciem gorącém i wymową jaką daje oburzenie przeciw niesprawiedliwości nadszedł wreszcie, a Niemira ani chwili nie stracił by z nim pobiedz do pałacu hrabiny Orzelskiéj. Nie zastał jéj raz i drugi, była z dworem i królem w Lipsku, potém w Hubertsburgu i Pilnitz, a dopiéro po trzech dniach wyczekiwania dobić się do niéj potrafił Niemira. Ale roztargnione dziewczę, przed któréj oczyma przesuwało się co chwila tylu coraz nowych ludzi, twarzy i wypadków, zajęte sobą, sercem swém, przyszłością, przyjęło Niemirę tak zrazu, iż widocznem było, że zapomniało nawet zupełnie o co chodziło, i kto on był.
Musiał Niemira w pomoc wezwać Wereszczakę, przypomnienie balu, opowiedziéć historyę, odżywić pamięć przyrzeczeń i dopiero nieco rozbudził Orzelskę, która jednakże biorąc list wojewodzinéj i potakując Niemirze, zdawała się raczéj chciéć być tylko grzeczną, a nie potrafiła być gorliwą. Sprawdziło się tu przysłowie, iż żelazo należy bić póki gorące, hrabina teraz zupełnie ostygła. Niemira, który szedł z największemi nadziejami, powrócił smutny ze zwątpieniem na duszy.
Poleciwszy wszakże przyjaciela łasce jéj i protekcyi, dodawszy po cichu, iż w téj sprawie i hrabia Brühl pomocnym być może, wysunął się kasztelan i powlókł do domu, mrucząc przysłowie, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ.
Zmiarkował tylko, iż być może czekać na wyrok przyjdzie długo, a doczekać, nic dobrego. Orzelska była roztargniona, nie zbyt obiecująca, obojętna.
Drugiego dnia chciał się widziéć z Brühlem, nie znalazł go w domu, poszedł parę razy, nigdy nie było, a raczéj nie wpuszczano go już jak dawniéj, co było bardzo złym znakiem. Czwartego dopiero dnia odebrał od hrabiego maluśki bilecik, cały ręką jego nakreślony.
„Najjaśniejszy pan, pisał Brühl, polecił mi zaprosić was, jako myśliwego, na polowanie do Moritzburga, kilku współziomków znajdziesz pan tam i spodziewam się, że zabawisz się dobrze. Żadna wymówka nie służy, należy być koniecznie na godzinę dziesiątą rano.“
Koniecznie było podkréślone, zatém Niemira domyślał się, iż polowanie to mogło być w związku ze sprawą, a domysł poparty został tém, iż hrabina Orzelska przysłała od siebie pazia ze dworu, który zaproszenie do Moritzburga ustnie i najpilniéj nalegając powtórzył.
Chociaż tego rodzaju myśliwstwa, jakie się tu zwykle w zwierzyńcu odbywało, pańskiego wprawdzie i wygodnego; ale wcale nie zabawnego, Niemira nie lubił, nie można się wymówić było. Strzelano tu do oswojonego niemal zwierza, nie mającego gdzie uciekać, ogrodzonego płotami, ale król i jego towarzysze celności strzałów dać mogli dowody. Aby do Moritzburga zdążyć, należało wstać dosyć rano, bo droga nie najlepsza była i kawał dobry, a na miejscu przebrać się należało jeszcze. Zrana deszczyk pokrapiał i pora była nie wesoła. Niemira ziewał, Panu Bogu ofiarował utrapienia swe, wzdychał do domu i myślał, rychło się téż od téj kaźni uwolni. Wreszcie otłukłszy nieco boki, przerznąwszy się przez lasy, ujrzał rząd domków i błyszczący staw, wśród którego wznosiły się wieże Moritzburga. Mieścina pełną była wozów dworskich, koni i ludzi, wszystkie gospody pozajmowano, o małą izdebkę do przebrania się trudno było, służba biegała zafrasowana, szczęściem podskarbi, który miał zawczasu zamówiony pokój, kasztelana do siebie zaprosił, w chwili, gdy ten już pozasuwawszy firanki w powozie, chciał w nim przystąpić do zmiany ubioru.
Wypogodziło się wreszcie, jak to po chmurnych porankach najczęściéj się trafia, dzień się zrobił prześliczny i nasi panowie przekąsiwszy coś w gospodzie, aby na królewskie specyały nie czekać, ruszyli cienistą aleją ku zamkowi. Tu już cały dwór myśliwski się zbierał, odzywały trąbki, biegali jezdni i coraz nowy powóz, lub nowa kalwakata nadbiegała ku pałacowi. Przybyło i kobiét kilka ze dworu, nadjechała konno hrabina Orzelska, w amazonce żółtéj z czarnemi ozdoby, w toku z piórami czarnemi, różowa, wesoła i jakby odmłodzona. Kasztelan znalazł ją znowu piękniejszą i milszą, niż ostatnim razem. Mijając go, skłoniła mu się i uśmiechnęła jakoś tajemniczo, a wielce obiecująco. Musieli pośpieszać co żywo na dziedziniec zamkowy, gdyż, jak się okazało, polowanie odbyć się miało w lasach okolicznych, nie w zwierzyńcu. Powozy i konie królewskie czekały na zaproszonych. Gdy weszli w dziedziniec, trąby dawały już znak wyjazdu, król siedział na koniu, przy nim cały dwór młody, hrabina Orzelska, Rutowski, Vitztuhmy, Lagnasco, kilku cudzoziemców, para książątek niemieckich i świta liczna. Podskarbi z kasztelanem zabrali się, nie mając własnych koni, na myśliwski wóz króla, który prócz nich i jednego szlachcica z pod Altenburga, nikogo więcéj nie zabierał.
Ustawiono się porządkiem i orszak pański wyruszył. Okazały był i piękny, chociaż na łowy nie przystrajano się zbyt świetnie. Zwykle po nich dopiero następujący obiad, lub wieczerza w wielkiéj sali, mythologicznemi obrazy przystrojonéj, na który król i dwór nowe przywdziewali ubiory, z całą okazałością występować pozwolił. Pominąwszy ogród i ulice z dziwacznie w pyramidy strzyżonych drzew złożone, ruszył pochód w głąb lasów.
Na kasztelanie przykre dosyć uczyniło wrażenie, gdy mijając się na zawrocie z wielką częścią konnéj drużyny, spostrzegł na dzielnym wierzchowcu doganiającego dworzan rotmistrza, Wita Zagłobę, który ze swym koniem sztuki wyprawiał i zdumieniem najlepszych kalwakatorów napełniał.
Dosyć było jego przytomności i twarzy, aby popsuć wrażenie dnia tego. Spuścił głowę kasztelan i westchnął.
— Mieli mnie po co prosić, rzekł, żebym na jego dokazywania patrzał i na tryumfy łotra, który się swém szczęściem uczciwym ludziom urąga.
Po blisko godzinnéj jeździe niewygodną w lesie drogą, stanęli wszyscy, i jezdni z koni zsiadać, a jadący powozami wydobywać się z nich poczęli. Mistrze obrzędów, których i na łowach nie brakło, ustawiali wszystkich bardzo troskliwie i każdemu wyznaczali miejsca. Około króla stało osób kilka, nieopodal téż wyznaczono stanowiska kasztelanowi i podskarbiemu. Hr. Orzelska stała przy ojcu, oglądała się kilka razy, pozdrowiła Niemirę, uśmiechnęła mu się, spojrzała na Brühl’a... i zaczęła mówić z królem dosyć żywo. Skwasiło znowu humor dosyć dobry kasztelanowi, gdy ujrzał, iż nieopodal postawiono Wita, jakoś między królewskiemi łowczemi, a przynajmniéj niedaleko od nich. Król się kilka razy od niechcenia obejrzał w tę stronę, z dworu kilka osób także. Zdala zaczęło być słychać obławę i psy, a wszystko uciszyło się i nagle zamilkło.
Miejsce, na którém stał dwór i król, na zielonéj łączce, okolonéj lasem, było puste i dzikie. Wysoki bór otaczał w koło nizinę, przez którą zaledwie dostrzeżony płynął strumyczek.
Już byli wszyscy zebrani, gdy drogą od Moritzburga ukazało się kilku jeźdźców, jakby opóźnionych. Kasztelan zdala po strojach poznał ziomków, a po rzędach konie królewskie. Ciekawe oczy wlepił w tych tak nieprzyzwoicie przybywających na zaproszenie gości, gdy w miarę jak się zbliżać zaczęli..... w oczach mu się zamgliło. Przetarł je raz, i drugi, ale im uwierzyć nie mógł. Przodem jechał ogorzały, słusznego wzrostu mężczyzna, ubrany bardzo skromnie, czarno, przypominający twarzą i Wita Zagłobę i nieboszczyka Piotra. Kasztelanowi przywidziało się, że z nim jechał ktoś podobniuteńki do Wereszczaki.
Ale oczywiście to było tylko złudzenie. Sam się już z siebie miał śmiać kasztelan, gdy jeszcze kilka kroków, najwyraźniéj poznał Wojskiego Wereszczakę, zmizerowanego bardzo, chudego, żółtego, ale żywiuteńkiego. Omylić się nie było podobna. Kasztelan ręce podniósł do góry i o mało na głos nie krzyknął. Cicho było na stanowisku, przyjazd więc ten zwrócił oczy wszystkich. Sam król nawet obejrzał się — stał odwrócony i jakby czekał na cóś.
W chwili, gdy przybywający zsiadali już z koni, rotmistrz Wit dostrzegł ich. Oczy mu prawie z powiek zrazu wyskoczyć chciały, przerażenie odmalowało się straszliwe na twarzy zmienionéj, drgnął, potém chciał się jakby rzucić w bok, aby tego widoku uniknąć, czy od widma uciekać, lecz na pierwsze jego drgnięcie, stojący tuż hajducy, którym widać znak dano, pochwycili go z obu stron za ręce i choć się wyrywać usiłował jak oszalały, złamanego utrzymali.
Król oczyma całą tę scenę ścigał. Orzelska blada a wzruszona, patrzała z razu wylękła, późniéj rozradowana. Niemira rozpłakał się. Inni widzowie, dla których to było zagadką, spoglądali na rotmistrza, na przybyłych i na pana, ze zdziwieniem niewysłowioném.
Jedno przybycie uwolnionych z Koenigsteinu więźniów, rozstrzygało sprawę; dla tych co byli świadkami, jakie wrażenie wywarł widok zmartwychwstałego na zabójcy, innych dowodów występku nie było potrzeba...
Król ściągnął brwi i twarz jego majestatyczna, lecz spokojna i obojętna, nabrała wyrazu grozy i oburzenia, — szepnął coś do jednego z otaczających, głową skinął przybyłym i ująwszy broń z rąk strzelca, postąpił parę kroków naprzód. Obława się zbliżała.
W téj chwili wszakże nikogo ona i polowanie to nie obchodziło; dramat tajemniczy, niezrozumiały, rozwiązywał się w ich oczach. Niemira ściskał Piotra i Wereszczakę, a o trzy kroki rzucającego się rotmistrza pachołkowie wiązali sznurami i ciągnęli, aby co prędzéj od oblicza króla oderwać. W pierwszéj chwili kilka osób z otoczenia Augusta skoczyło, jakby chcąc stanąć w obronie Wita, lecz poszeptawszy z sobą, popatrzywszy na króla, cofnęli się zarumienieni.
Uprowadzonego więźnia nie było już widać; znikł za drzewy wśród służby i wojskowych, którzy tam znać nasadzeni wprzód byli.
Król z kilku osobami, wysunął się przodem, znaczniejsza część dworu pozostała ciekawością do miejsca przykuta. Orzelska z uśmiechem poskoczyła ku Wereszczace i podając mu rękę do pocałowania, szepnęła;
— Teraz już musisz mi przyjść choć podziękować.
To powiedziawszy, uciekła.
Niemira z Piotrem i Wojskim, wysunęli się po za ciżbę, aby być sami. Na twarzach ich łzawa i rozczulona malowała się radość; chcieliby byli jednéj godziny, minuty, ujść ztąd i szukać nieszczęśliwéj kobiety, która dotąd cierpiała, lecz należało wprzód podziękować królowi, a mistrz ceremonii zapowiedział, że Najjaśniejszy Pan wracając, do pocałowania ręki ichmościów dopuści.
Nikt z nich już na łowy nie zwracał uwagi. Napędzono rogacza ogromnego na króla, który go trafnym strzałem powalił i trąby zaraz odezwały się na znak zwycięztwa. Kilka innych strzałów padło daléj nad łąką. Polowanie było nader szczęśliwe i pomnożyło ten zbiór szacowny rogów olbrzymich, który zdobi pałac Moritzburgski.
Niemira ściskał to dłoń Wojskiego, to Piotra, którego twarzy schorzałéj przypatrywał się z rodzajem przerażenia i ciekawości nieopisanéj.
Szmer dał się słyszéć. Król wracał, wszyscy stanęli szeregiem. Piotr i Wojski i kasztelan razem. August zbliżył się do pierwszego z nich, stanął, wyciągnął doń rękę i rzekł po francuzku:
— Szczęśliwy to dzień, gdy się panującemu uda dopełnić sprawiedliwości, dzień Tytusowy, — zawdzięczam go panu.
A po chwili dodał:
— Wierz mi pan, iż nie łatwy jest wymiar tego, co każdemu słusznie należy, lecz gdy prawda dojdzie uszów naszych, posłuszni jesteśmy posłannictwu, zleconemu od Boga, z rozkoszą. Sprawiedliwość wymierzoną została i nic na świecie powstrzymać jéj nie jest w stanie.
To mówiąc, z promienistą twarzą, król minął ich i poszedł daléj.
Trzéj nasi panowie, czując się wolnemi, po oddaniu pokłonu i podzięki téj, która sama dzieła tego dokonała, rzucili się co najśpieszniéj do miasteczka, aby do Drezna powracać.
Tyle mieli do mówienia z sobą. Kasztelan płakał, Wereszczaka żartował, Piotr stał posępny, milczący, ale uśmiechem usiłował wtórować ich weselu.
W miasteczku zastali całą ludność wzburzoną, rozciekawioną, w ulicę wybiegła i nie mogącą pojąć, co się na polowaniu stało. Opowiadano najcudniejsze wymysły o kryminale, popełnionym przez jakiegoś nieznajomego, którego okutego, czarnym wozem pod strażą już wywieziono do Drezna. Widzieli ludzie jak się miotał, jak wyrwanym żołnierzowi orężem, chciał sobie życie odebrać. Dało to powód do domysłów, do plotek, do historyi, jakie rodzi każdy taki wypadek zagadkowy.
Co najprędzéj z tego tłumu wzburzonego, wyrwali się nasi panowie, zabierając do najętego powozu kasztelana i pośpieszyli z powrotem. W drodze, na chwilę nie zamknęły im się usta. Piotr i Wereszczaka opowiadali o swém uwięzieniu w Koenigsteinie, kasztelan o staraniach około ich sprawy i cudownych posiłkach Opatrzności, jakie mu w pomoc przychodziły.
— Cała wdzięczność należy się tobie, kasztelanie, zawołał Wereszczaka, gdyby nie wy, mogliśmy byli zgnić w tych murach, czekając wytoczenia procesu.
— No, mnie jak mnie, ale mojéj babie, to pewna, odparł wesoło Niemira, bo bym bez niéj z domu nie ruszył, a potém wypadkowi, który kamerdynera postawił w progu, gdym z Brühlem mówił, a wreszcie Orzelskiéj, z którąbym się nie poznał, gdybym jéj głupstwa nie powiedział.
O wszystkiém tém obszerną zdał relacyę Niemira, płacząc, śmiejąc się i ściskając obu.
— Bogu niech będą dzięki, odezwał się Piotr, największa część już dokonana, jam wszystko Wereszczace winien, lecz znając Wita, jeszcze się obawiać należy niespodziewanego, a daj Boże, by niedokonanego nieszczęścia. Co się dzieje z Maryą? co z dziecięciem? gdzie oni są!
— Nic się im stać nie mogło, rzekł kasztelan, bo Wit nie spodziewał się takiego rozwiązania. To jednak pewna, że kędyś skrył ich, bo w mieście dopytać nie było można. Czy w jakiéj ustronnéj kamienicy, czy na wsi, dobadać się przecież z niego muszą, choćby go na męki brać przyszło, wszak i tak głową nałoży.
Całą noc po powrocie, spędzili na nieprzerwanéj rozmowie, bo Piotr na nowo całą swą historyę opowiadać musiał; całując się i płacząc, dosiedzieli do rana, a gdy sen ich na chwilę zmorzył, już się trzeba było przeodziać i biedz, a szukać dróg, któremi by do Wita dostać się i z niego najważniejsze zeznanie, co uczynił z Maryą i dziecięciem, wydobyć można.
Nie poszło to z razu łatwo, bo tysiące drobnych formalności było do spełnienia, wszakże wola królewska, aby sprawiedliwość surowo i prędko domierzoną została, wiele przeszkód usunęła.
Wszyscy urzędnicy, od których to zależało, z chętną śpieszyli pomocą, a gdy Piotr wytłómaczył im, dla czego widziéć się musiał z uwięzionym, przyrzeczono mu, iż nazajutrz zaprowadzonym zostanie do więzienia, w którym był osadzony, nim go pod strażą do Warszawy odesłać miano.
Nazajutrz Piotr się stawił do sędziego, który mu oświadczył, że już tegoż dnia próbowano wymódz zeznanie na więźniu, ale ten na żadne pytania odpowiedzi dawać nie chciał. Nie wzbroniono przecież przy świadkach pójść Piotrowi samemu, aby mówił z obwinionym.
Nie bez wstrętu i obrzydzenia, pod wrażeniem dziwnego smutku i niepokoju, wszedł Piotr do sklepionéj izby, w któréj Wita osadzono. Okuty był w kajdany, gdyż kilkakroć porwał się na broń straży i życie sobie usiłował odebrać. Musiano więc ręce związać i strzedz go nieustannie.
Siedział na tapczanie przy oknie kraciastém, z twarzą rozwściekloną gniewem bezsilnym, prawie do szaleństwa. Wzrok, którym w progu spotkał Piotra, dreszczem go przejął.
Stanąwszy w progu słowa zrazu z ust dobyć nie mógł przybyły, i tarł czoło, a łamał ręce, nim się na przemówienie zdobył.
— Późno, ale przyszła pomsty Bożéj godzina, więcéj Bóg niż ludzie ją sprowadzili. Wicie, nie gub swéj duszy, jak zgubiłeś ciało; opamiętaj się, żałuj i pokutuj.
— Wczas! wczas! mruknął Wit, daj mi pokój! Urągać się przyszedłeś! nasycać! patrz, zdepcz swoją ofiarę.
— Ofiarę, rzekł Piotr, któż z nas ofiarą? Bóg z tobą! Gdzie jest Marya i Urszulka? więcéj od ciebie nic nie chcę, powiedz mi gdzie są, powiedz czy żyją, a uczynię co mogę, aby twemu losowi ulżyć.
— Zapłacisz kata aby mi od razu łeb zciął chyba, zaśmiał się Wit, cóż ty mi dziś możesz uczynić? pójdź precz, przynajmniéj cię na oczach miéć nie będę.
— Pójdę, ale mów gdzie są, mów!
— Nie powiem, ofuknął rotmistrz, niech mnie zabiją, nie powiem.
— Cóż ci z tego uporu.
Wit zmilczał; po chwili rzekł szydersko:
— Nie ma ich na świecie. Marya umarła. Urszula z tęsknoty za nią zachorzała i nie żyje.
Przyskoczył doń z krzykiem Piotr, ręce łamiąc.
— To nie może być! człowiecze! ty kłamiesz.
— No, to kłamię! obojętnie zawołał Wit, chciałeś przecie wiedziéć co się stało z niemi! Idź na cmentarz.
— Marya! Marya umarła! ja nie mam dziecka! Nie, ty się mścisz niegodziwie na mnie za swoją własną zbrodnię, nie...
— To idź i szukaj! mruknął niecierpliwie rwąc kajdany Wit, a idź mi z oczów! z oczów mi precz, widmo szkaradne.
Na chwilę zamilkł Piotr, łzy mu zamknęły mowę.
— Człowiecze, bez serca, bez litości, bez sumienia, ulituj się choć teraz nademną! Mów, ocalę ci życie, jeśli mi je oddasz!
— Ty! mnie życie ocalisz! kłamiesz, to nie może być. Moje życie się skończyło, ja żyć nie chcę. Daj mi śmierć inną, nie z ręki kata, nie na placu, gdzie mnie tysiące oczów ścigać będzie, daj mi śmierć.
— Ja ci dam życie i czas do pokuty, wybłagam miłosierdzie, wypuszczę z więzienia, przekupię strażników, ale mów...
Wit milczał długo z głową spuszczoną w dół, dumał i zębami zgrzytał, zapominając się jakby, iż miał przed sobą Piotra, którego widoku unikał. Naostatek podniósł czoło pofałdowane.
— Daj mi śmierć! powtórzył, ja nie chcę żyć, ja niepotrafię pokutować. Chcesz bym hańbę rodzinie przyniósł? daj mnie na ręce kata. Chcesz ocalić cześć domu? daj mi truciznę. Przynieś mi truciznę, powiem ci gdzie są.
— Więc żyją! zawołał Piotr z wybuchem radości, przyskakując ku niemu, żyją!
— Żyją i mogą nie żyć, jeśli ja umrę. Ty możesz je ocalić lub zgubić, ja nic nie powiem, dopóki nie przyniesiesz mi trucizny.
W wielkiéj walce z samym sobą, przybyły załamał ręce, nie wiedział co począć, nie czuł się spokojnym na sumieniu, kupując tą ceną żonę i córkę, o których przecież gdyby żywe były, zawsze się prędzéj lub późniéj mógł dowiedziéć. Z drugiéj strony, uniknąć hańby procesu i rusztowania, byłoby szczęściem. Wachał się Piotr, a winowajca znać z milczenia domyślał się téj walki wewnętrznéj, bo głosem chwilowo mniéj namiętnym, suchym, szyderskim niemal, począł nalegać.
— Mam umrzéć, wszystko ci jedno jak... dostałem się w ręce oprawców, zginąć muszę. Chcesz mi uczynić dobrze w godzinie ostatniéj, chcesz bym ciebie i was nie przeklinał, przynieś mi truciznę.
Piotr ukląkł przed nim.
— Wicie, zawołał, jeżeli w twém sercu została uczucia iskierka, jedno słowo, czy one żyją?
Więzień potrząsł tylko głową.
Napróżno ponawiał błaganie i pytanie Piotr, nieodpowiedział już mu więcéj, obrócił się twarzą do ściany i milczał.
Zeszło pół godziny, i stróż więzienia szepnął Piotrowi, by go sam na sam zostawił. Nie było już środka dobyć zeń słowa, tylko gdy usłyszał wychodzącego bratanka, zwrócił nań oczy i zawołał gwałtownie podniesionym głosem:
— Trucizny!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.