<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Cudze Grzechy
Podtytuł Przypowieść
Pochodzenie Poezye
Data wyd. 1874
Druk Drukarnia Gazety Lekarskiej
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
CUDZE GRZECHY,

PRZYPOWIEŚĆ.



Pobożny kapłan spowiadał rzesze,
I sam w pokorze i skrusze,
Ku chwale Boga, a ich pociesze,
Prostował serca i dusze.

Wtém blada, drżąca, z obłędem w oku,
Wpół po pielgrzymsku ubrana,
Z śród penitentek wybiegłszy tłoku,
Ugięła przed nim kolana.

„Wszelki duch!“ — kapłan rzekł mimowoli,
Patrząc w jéj dzikie źrenice;
I pewien ciężkiéj grzechu niedoli.
Jął uspakajać grzesznicę.

— „O! nie téj, ojcze! szukam pociechy,
Nie pod tą myślą się trudzę:
Nie własne moje trapią mię grzechy,
Lecz ach! tém gorzéj — że cudze.

„Wiém bowiem sama drogę do Nieba,
Lecz by i drugich prowadzić,
Co? jak? i kiedy czynić mi trzeba?
Ciebie się przyszłam poradzić.

„Choć to grzech może, że mię tak boli
Ta myśl, że moi kochani,
Gdy Bóg mnie saméj być z Nim dozwoli,
Muszą pozostać w otchłani?“—

— „Hm!“ — mruknął kapłan — i kiedy oko
Badawcze na wskroś ją śledzi,
Znać po nim, że się z myślą głęboką
Do dłuższéj zabrał spowiedzi.

„Piękna chęć, córko! chcieć bliźnich zbawiać,
Komu Bóg na to sił doda.
Lecz któż są, których masz tak poprawiać,
Ty sama jeszcze tak młoda?“ —

— „Papa i mama, siostra i bracia,
Krewni i wszyscy domowi.
Dla których świętość i kontemplacja
Przedmiot zgorszenia stanowi.“ —

— „Tak?“ — rzekł znów kapłan. —„Lecz, moja droga!
Gdy oni tacy bezbożni,
Któż wlał w twą duszę tę miłość Boga,
Co cię dziś od nich tak różni?“ —

— „O! powiém wszystko! — bo to tak błogo,
To tak podnosi mi ducha,

Gdy przecież w świecie napotkam kogo,
Co mię pojmuje i słucha! —

„Zasady piérwsze, jak zwykle dziecku,
Rodzice dali mi w wierze.
Dom cały codzień, po staroświecku,
Razem odmawiał pacierze.

„Lecz cóż ztąd? Byłam, jak wszystkie inne,
Które świat kusi i nęci.
Zabawy, tańce, fraszki dziecinne,
To był cel wszystkich mych chęci.

„Rodzice wszystko czynili dla mnie,
Mogliby zrobić mię próżną.
Lecz miłosierny Bóg wejrzał na mnie,
Zesłał w dom ciotkę nabożną.

„Jéj winnam naprzód, żem czuć zaczęła
Duchowny cel i pożytek;
Aż mię na Wielki Tydzień raz wzięła
Z sobą do Panien Wizytek.

„Tam obaczyłam prawdziwą Świętą,
Ujrzałam, jaką cześć budzi;
I ztąd poczułam chęć, snać natchniętą,
Jak ona wpływać na ludzi.“ —

Kapłan wstrząsł głową: —„Chęci chwalebne!
Lecz czy téż u niéj spytałaś,
Jakie są naprzód cnoty potrzebne.
Aby módz stać się, czem chciałaś?“ —

— „Ot jakoś o to nie przyszło spytać.
Lecz ja z niéj sama wzór brałam.
Zaczęłam książki pobożne czytać,
I bardzo dużo czytałam.

„A w rozmyślaniu ćwicząc mą duszę,
Po myślach długich a długich,
Taką ich czuję pełność, że muszę
Gwałtem rozlewać na drugich.

„I tu początek mego męczeństwa.
Gorszego, niż Missjonarzy;
Bo ciężéj krzywdę znieść od rodzeństwa,
Niż od pogańskich wyspiarzy.

„Papa już w wieku, ma urząd, włości,
Lecz zbyt po ziemsku sumienny,
W nich widząc piérwszy cel powinności,
Zaniedbał pracy zbawiennéj.

„Słyszałam wprawdzie, jak uczy braci
Prawd wiary, cnoty, sumienia;
Lecz przytém zawsze żart z kontemplacji,
Jak z próżniaczego marzenia.

„Mam–że nie boleć, widząc, niestety!
Jak grzeszy, jak się rozprasza?
Czyta naprzykład książki; gazety —
To się rozczula, unasza,

„Nad jakimś wierszem, nad losem ludów!.
Przytém uczynny do zbytku,

Ani ma kiedy, śród ciągłych trudów,
Myśleć o duszy pożytku.

„A gdy ja mówię o prawach ducha,
Jak się podnosi, jak skupia:
To lub się śmieje, albo nie słucha,
Raz nawet fuknał: „Milcz głupia“ —

— „A ty cóż na to?“ — „Zmilczałam skromnie.
Lecz rozważywszy powoli,
Że to o Boga szło, a nie o mnie.
Dostałam jak melancholji.

„Papa się spostrzegł — chciał mię rozbawić,
Potém sprowadził doktora.
Lecz się sam w niczém nie chce poprawić,
A o mnie myśli, żem chora.

„Nie prawdaż, ojcze! że to jest pycha? —
I toć mię trapi najgorzéj.
Bo kto przestrogi Boże odpycha,
Ściągnie nakoniec gniew Boży.

„I biedna mama! — ach! ona może
Jedna mię kiedyś zrozumie! —
Lecz dziś, niestety! jak ojciec w dumie,
Tak błądzi w zbytniéj pokorze.

„Z oczu jéj, z twarzy, widzę, gdy mówię,
Jak chce, by wszyscy słuchali;
Lecz dość niech papa przeciw coś powie,
Prawdy nie szuka już daléj.

„A gdy mię przeto żal nad nią bierze,
I dam to uczuć jéj z rzadka;
Głaszcząc mię, kończy zwykle:„ja wierzę,
„Jak mój mąż, ojciec i matka.“ —

„Nie prawdaż, ojcze! że to grzech przecie,
Ciężki grzech przeciw duchowi,
Chcieć tak zagradzać postęp kobiecie,
Chcieć ją tak poddać mężowi?

„W jedném jéj tylko — przyznać to muszę —
Winnam obronę otwartą:
Że mam czas przecież kształcić mą duszę,
I być Maryą, nie Martą.

„Papa chciał gwałtem, i nawet nieraz
Wyrzuty czynił mi ostre,
Bym się zajęła domem; — lecz teraz
Mama to zdała na siostrę.

„Ale ach! ojcze! w téj to osobie
Mój najdotkliwszy cierń w życiu;
Bo wszystkie grzechy, com zmogła w sobie,
W niéj muszę widzieć w rozwiciu.

„O pięć lat młodsza odemnie — żywa,
Nieszpetna, próżna i płocha,
Goni za światem, i tém szczęśliwa,
Że ją nawzajem świat kocha.

„Byle się tylko podobać komu,
Byle głos zyskać pochwalny,

Wdzięczy się wszystkim — nie tylko w domu,
Lecz lada babie szpitalnéj.

„Wié o każdego chęciach i gustach,
Zgadnie co komu potrzebne;
A zawsze tylko uśmiech na ustach,
A co krok, słówko pochlebne.

„Wstręt bierze słyszeć, jak z papą, z mamą,
Lub jak rozmawia z sługami.
Chciałaby wszystkich — mnie nawet samą....
Ale mnie jednej nie zmami!

„Ze mną swych dumnych celów nie dopnie,
Ze mną się chytrość nie uda! —
Lecz to okropnie, ojcze! okropnie,
Z próżności taka obłuda!

„A co najgorsza, to widzieć ludzi,
Jak są czy ślepi, czy słabi;
Jak lada pozór łatwo ich złudzi,
Lada pochlebstwo przywabi!

„Widzę to codzień, czuję — i cierpię.
Lecz ach! zaczynam czuć trwogę,
Że się cierpliwość w końcu wyczerpie,
I że ja zgrzeszyć téż mogę.

„Na to więc szukam sił i pociechy,
Aż Bóg mi raczy objawić,
Jak mam spokojnie znieść cudze grzechy,
I jak grzeszników poprawić.“ —

Skończyła, — Kapłan wzniósł wzrok ku górze,
I widać z tego spójrzenia,
Że skupia myśli w ducha pokorze,
I z góry czeka natchnienia.

„Córko! — rzekł wreście —, grzeszniśmy wszyscy,
Lecz to wiém jak najdowodniéj,
Że ci, co Boga najbardziej bliscy,
Najmniéj Go czują się godni.

„I że ktokolwiek z nas w oku brata
Lada źdźbło łatwo dostrzega,
Znak to, że jeszcze pokusa świata,
Jak tram, w nim samym zalega.

„Czyż bowiem dusza, jak gospodyni,
Co dom swój urządzić żąda,
Sprzątnie w nim brudy, lub ład uczyni,
Gdy wciąż za okno wygląda? —

—„Cóż to jest? ojcze! Czyż się to do mnie
Ściąga ta twoja przestroga? —
Nikt tak o sobie nie trzyma skromnie,
Nikt tak nie wzdycha do Boga,

„A że i drugich zwrócić ku Niemu,
I prawd im Jego chcę dowieść“ ... —
— „Stój! — przerwał kapłan — “stosowną k’temu,
Powiém ci krótką przypowieść.

„Młodzieńczyk jeden widział, jak słwny
Wódz raz swe wojsko sprawował;

Jak jednym rzutem wzrok jego wprawny
Błędy tysiąców prostował.

„Jak go tysiące ze czcią słuchały,
I jak nikt nie mógł mu sprostać.
Młodzian był dzielny, poczuł chęć chwały,
Wodzem zapragnął też zostać.

„Ale jak mniémasz? czyby mu wprzódy
Król wojska swoje poruczył,
Ażby mu jawne złożył dowody,
Że się być wodzem nauczył?

„I czy mu na to dosyć byłoby
Czytać opisy zwycięztwa.
Gdyby się wzdrygał przejść sam przez próby
Trudów, karności i męztwa?“ —

— „Czyż i to do mnie?“ — „Tak, moja droga!
Poznałaś świętą osobę,
Wysoką duchem, natchnioną z Boga,
Kościoła Jego ozdobę.

„I chwała tobie! gdybyś jéj wzorem,
Gdybyś jéj słowem natchniona,
Ślad w ślad iść za nią jęła jéj torem,
Ażbyś dosięgła, gdzie ona.

„Lecz wprost, od razu, chcieć doskonałość
Przejąć, i k’ sobie stosować.
Jest to — przepraszam może za śmiałość —
Małpować, nie naśladować.

„Lecz jak z przejęcia ludzkiego ruchu
Małpie człowiekiem nie zostać;
Tak nie dość, córko! by uróść w duchu,
Wziąć Świętych mowę i postać.

„Słów, im są świętsze, świat wątpiąc słucha,
Lecz świętéj wierzy zasłudze.
A piérwsza cecha świętości ducha,
Jest znać swe grzechy, nie cudze.

„Ojciec twój, widzę, jest wzorem męża,
Jak matka wzorem kobiety;
Siostra dobrocią serca zwycięża —
Ty jedna błądzisz, niestety!“ —

— „Co? ja, mój ojcze? Przebacz, że tobie
W tém się sprzeciwić odważę.“ —
— „Milcz! Bóg przezemnie mówi w téj dobie.
„Słuchaj, i spełnij co każę.

„Powróć do świętych Panien klasztoru.
Otwórz przed niemi głąb’ ducha;
Proś o ich radę, a ucz się z wzoru,
Co jest pokora i skrucha.

„A gdy tam wnętrzną dojrzejesz próbą,
Przyjdę — i wtedy, gdy spytam,
Lub cię rozgrzeszę — albo nad tobą
Exorcyzm święty przeczytam.

1854.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Edward Odyniec.