Człowiek z blizną (Buffalo Bill)/1

<<< Dane tekstu >>>
Autor nieznany
Tytuł Człowiek z blizną
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wydania 24.8.1939
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz nieznany
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


PL Buffalo Bill - winieta b&w.jpg
Człowiek z blizną
Porwanie

Dokoła małego ogniska siedziało siedmiu brodatych i niechlujnych drabów, uzbrojonych od stóp do głów. Obóz ich znajdował się w niewielkiej dolinie w zachodniej części Czarnych Gór. Widać było, że ludzie ci czekali na kogoś z niecierpliwością, gdyż co pewien czas jeden z nich powstawał od ogniska i rozglądał się na wszystkie strony.
— Szef się spóźnia, Ike — rzekł w pewnej chwili jeden z ludzi. — Powinien już tu być od pół godziny. Nie wiemy nawet, o co tym razem chodzi.
Ike był potężnego wzrostu drabem o czarnej brodzie i ponurych, błyszczących oczach.
— Tym razem chodzi o porwanie — odparł na zapytanie swego towarzysza.
X — Oto! To coś zupełnie nowego!... — zawołał pierwszy drab. — A kogo mamy porwać? Czy dziecko?
— Nie, kobietę.
— Po co?
— Aby otrzymać okup.
Bandyci otoczyli swego przywódcę z zaciekawionymi minami. Gdy Ike wymówił słowo „okup“, wszyscy spojrzeli po sobie z niedowierzaniem. Wreszcie jeden z nich, wielki chłop o rudawej brodzie, którego małe oczy kryły się pod krzaczastymi brwiami, zabrał głos.
— Posłuchaj, Ike — rzekł. — Ten typ, który nas wynajął, postępował z nami dotychczas zupełnie uczciwie. Nie skarżymy się na niego. Ale z tym porwaniem... Nie mam do niego zaufania.
— Ja też nie — rzekł inny członek bandy. — Napad na dyliżans, rabunek, to rozumiem. Ale porwanie kobiety! To mi się wcale nie podoba. W tej okolicy jest wielu osadników, którzy wierzą w takie rzeczy jak sądy, egzekucje i tak dalej... Gdy dowiedzą się, że porwano kobietę, wszyscy chwycą za broń.
— A ty boisz się kul?... — zaśmiał się ochryple Ike.
— To nie ma znaczenia — wtrącił się znów rudobrody. — Ile zarobimy na tym interesie?
— Nie bój się, Red Jim — odparł Ike. — Dostaniemy do podziału dwadzieścia tysięcy dolarów.
— “
— A co będzie miał z tego nasz szef?
— Pewnie zatrzyma sobie tę dziewczynę, ale to nas nie obchodzi.
Red Jim zaśmiał się, a reszta zawtórowała mu.
— To wspaniała historia! — zawołał wesoło Jim. — Więc to będzie tak: porwiemy kobietę, zainkasujemy okup, a nasz szef nie wyda jej potem. W jaki sposób dostaniemy pieniądze? Przecież nikt nie da nam ich z góry!
— Rzeczywiście, to bardzo ciekawe! — odezwało się kilka głosów.
— A co będzie miał z tego nasz szef? — interesowało łotrów.
— Czy znacie Dana Thorna, bogatcgo ranczera i właściciela kilku kopalń?
— Ach, więc to jego córka, Sadie?
— Tak
Red Jim podrapał się w głowę.
— Wcale mi się to wszystko nie podoba... — mruknął ponuro. — Co do mnie, to wolę napadać na dyliżanse. To znacznie pewniejsza sprawa.
— Thorn ma w swej służbie kilkudziesięciu ludzi — rzekł inny bandyta. — Wiem, że wielu z nich umie strzelać nie gorzej od nas.
— Głupiś! — ofuknął go Ike. — Ludzie Thorna są rozsypani na przestrzeni dziesięciu mil. Gdy dowiedzą się o czymkolwiek, my uciekniemy z dziewczyną i ukryjemy się w jaskini w Red Gulch.
— A ja powiadam, że nie należy się zgodzić na to wszystko... — mruknął Red Jim.
— Powiedz to szefowi — rzekł groźnie Ike.
— Właśnie, że mu powiem!
Wtej samej chwili na prerii rozległ się sygnał. Ktoś zagrał trzykrotnie na małym różku myśliwskim. Ike Bowder wydobył z kieszeni taki sam rożek i odpowiedział na sygnał, podczas gdy jego towarzysze siedzieli nieruchomo przy ognisku, jak zaczarowani.
Oczekiwanie ich nie trwało teraz długo. W minutę później ktoś odchylił krzewy, zasłonę wejścia do jaskini się postać.
Człowiek, który wszedł do jaskini nie odznaczał się niczym nadzwyczajnym. Był ??? i niezbyt barczysty. Miał on na sobie strój „Ludzi Granicy“, a za pasem tkwiły mu dwa rewolwery i nóż. Przez plecy miał przewieszony karabin automatyczny.
Twarz przybysza była raczej pospolita. Uderzało tylko to, że był starannie wygolony w odróżnieniu od swych podwładnych. Przez policzek przybysza przebiegała długa, różowa blizna, pochodząca najwidoczniej od ciosu nożem. Blizna ta nadawała mu wygląd odpychający i niesympatyczny.
— Wszyscy gotowi, Bowder? — zapytał krótko przybysz.
— Wszyscy na miejscu, kapitanie! — rzekł służbiście Ike. — Czy wiecie o co chodzi?
— Tak... ale jeśli dojdzie do walki?... Thorn ma wielu ludzi.
— Przedrzecie się przez nich, do pioruna! Zresztą, będziecie mieli pomoc na miejscu.
— Kto nam pomoże?
— Będzie tam trzech moich ludzi, którzy przybędą do Thorna i poproszą go o gościnę. Przyjmie ich z pewnością. Dacie im sygnał, gdy będziecie znajdowali się w pobliżu rancha.
— Co uczynimy ze starym?
— Zwiążecie go i zostawicie w spokoju.
Ike Bowder stał przed swym zwierzchnikiem, kołysząc się na nogach. Widać było, że chce jeszcze coś powiedzieć. Spojrzał w stronę swych ludzi, jakby chcąc się upewnić, czy gotowi są wypełnić wszystkie polecenia „szefa“.
— Będziecie na rancho o zachodzie słońca — rzekł spokojnie „szef“. — Nie macie ani chwili do stracenia.
— A... tego... a jak będzie z okupem?... — wykrztusił wreszcie Ike.
— Nie macie do mnie zaufania? — rzekł groźnie szef.
Wymawiając te słowa przybysz spojrzał tak przenikliwie na swych ludzi, że ci opuścili wzrok.
— Nie... — mruknął wreszcie Ike. — Wierzymy ci, kapitanie, ale ta sprawa... to jakoś... nigdy jeszcze...
— Uczynicie wszystko, czego od was zażądam! Na koń i jazda! Jeśli ośmielicie się nie wypełnić rozkazu, bedę do was strzelał jak do psów! Zrozumiano?
Siedmiu ludzi stało, jakby wrośli w ziemię. Żaden nie ośmielił się odpowiedzieć. Po chwili wszyscy odwrócili się i poszli do koni.

Daniel Thorn był w czasach swej młodości wywiadowcą wojskowym i oddał rządowi Stanów Zjednoczonych nieocenione usługi, zwłaszcza w czasach wojen indiańskich.
Pochodził ze „Wschodu i był człowiekiem nader wykształconym, ale szybko przywykł do twardego życia na Zachodzie i stał się jednym z tych ludzi, którzy odbywali wyprawy pod wodzą samego pułkownika Cody’go, zwanego Buffalo Billem. Thorn cieszył się wielkim zaufaniem i przyjaźnią Buffalo Billa, który cenił w nim dzielnego i uczciwego człowieka, s
Gdy wojny indiańskie przycichły nieco, Daniel Thorn opuścił szeregi armii i udał się w Czarne Góry, aby popróbować szczęścia jako poszukiwacz złota. Po pewnym czasie zdobył znaczny majątek i osiedlił się w okolicy Czarnych Gór jako zamożny ranchero i właściciel bogatych złóż złotego piasku.
Wtedy przybyła do niego ze Wschodu Sadie, jego jedyna i najukochańsza córka, która wychowywała się w jednej ze szkół na Wschodzie. Sadie, choć nigdy jeszcze nie była na Zachodzie, polubiła surowe i twarde życie na prerii. Szybko nauczyła się jeździć konno i władać bronią, tak że po krótkim czasie towarzyszyła ojcu we wszystkich wyprawach, gdy Thorn dokonywał objazdów swych posiadłości.
Rancho Thorna leżało przy wielkiej drodze, którą często przejeżdżały dyliżanse, tak że ranchero i jego córka nie czuli się osamotnieni. Często zatrzymywali się tu przygodni wędrowcy i podróżnicy, którym Thorn nigdy nie odmawiał gościny.
Jako były wywiadowca, postarał się, aby utworzono miejscowy oddział straży, który dbał o spokój i bezpieczeństwo w okolicy.
Tego dnia na pół godziny przed zachodem słońca trzech jeźdźców zatrzymało się przed ranchem Thorna. Przybyli z zachodu, a ich konie, okryte kurzem i pianą świadczyły, że mieli za sobą długą i męczącą podróż.
Thorn wyszedł przed dom na ich spotkanie, obrzucił ich badawczym wzrokiem, zadał im kilka konwencjonalnych pytań, a następnie zaprosił do wnętrza. Przybysze budzili w nim widocznie zaufanie.
Gdy ostatnie promienie słońca znikły za horyzontem, nagle z oddali dobiegły mieszkańców rancha dźwięki rożka myśliwskiego. Sygnał powtórzył się trzykrotnie. Thorn zaniepokoił się nieco, ale sygnał zamilkł i ranchero uspokoił się.
Rzucił okiem na trzech gości, ale ci mieli miny tak obojętne, jakby nie słyszeli wcale odgłosu rożka. W kilka minut później przed ranchem zatrzymało się siedmiu jeźdźców. Na widok tych przybyszów dwaj spośród gości Thorna rzucili się na niego i chwycili go za ręce, a trzeci, dając ognia z rewolweru, wypadł przed dom.
Thorn walczył zaciekle, ale napastnicv trzymali go mocno. W chwilę później Ike Bowder i jego ludzie znaleźli się na widowni. Zanim zdołał wydać okrzyk był już związany i leżał na ziemi nie mogąc sie poruszyć.
W tej samej chwili Sadie Thorn wypadła na podwórze, wydając okrzyki przerażenia.
— To ta dziewczyna! — zawołał Ike Bowder. — Trzymać ją!
Trzech drabów dopadło do dziewczyny i związało jej szybko ręce z tyłu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.