Dawid Copperfield/XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XIII. ZŁE I DOBRE DUCHY.

Czułem się niewymownie dumny i szczęśliwy w swojem własnem mieszkaniu. Skoro się zamknąłem, byłem jak Robinson Kruzoe w swej twierdzy. Sprawiało mi nieznaną i nową przyjemność wychodzić na miasto z kluczem od mieszkania w kieszeni, wiedzieć, że mogę wrócić o każdej godzinie i przyprowadzić z sobą przyjaciela, a nikomu przez to nie zrobię różnicy i nikomu się nie potrzebuję opowiadać. W tej swobodzie, niczem nie kontrolowanej, był nadzwyczajny urok, zwłaszcza w dzień pogodny, rankami. Wieczorem, gdy deszcz padał i wicher gdzieś daleko zginał drzewa, było mi trochę dziwnie w tej samotni, myślałem wtedy o babce, Ani, Peggotty, Steerforcie, znikało zupełnie uczucie swobody, czułem się uwięzionym.
Gospodyni zawsze uprzejma, usłużna, dziwiło mię jedynie, że w jej ręku tak prędko znikały moje zapasy, prawie bez mojego udziału, a zakupienie nowych dużo kosztowało.
Właśnie zastanawiałem się nad tem, jak wielka ilość kawy jest potrzebna na małą filiżankę, gdy we drzwiach stanął Steerforth.
Przyjąłem go okrzykiem najszczerszej radości, wyrzucając zniknienie, które mi nie pozwoliło zapoznać go z miss Betsy.
Opowiadał, że się trochę zabawiał z kolegami, i podziwiał mój kawalerski apartament, po którym oprowadzałem go z dumą.
Chciałem kazać podać śniadanie, ale nie zgodził się na to, wpadł na chwilę, ponieważ miał randkę z kolegami, obiecał z nimi obiadować. Jutro wyjeżdża, ten dzień przeznaczony jest dla nich.
— Więc przyjdź na obiad z nimi! — zawołałem. — Mogę was przecież przyjąć. Czy sądzisz, że nie będą chcieli?
— Dlaczegożby nie chcieli, ale poco robić ci kłopot? Chodź lepiej ze mną i będziemy razem.
Nie chciałem o tem słyszeć. Jakaż wartość mego mieszkania, gdybym nie mógł przyjąć w niem gości? Zapałałem nadzwyczajną gościnnością i zobowiązałem Steerfortha, że przyjdą na obiad o szóstej.
Zaledwo się oddalił, zadzwoniłem na gospodynię i przedstawiłem pani Crupp swój projekt. Zgodziła się, przez wrodzoną jej dobroć serca, zająć się przyjęciem, lecz stawiała pewne warunki. Musiałem nająć kogoś do posługi (poleciła mi nawet bardzo zręcznego chłopca), potrzebna była dziewczyna do zmywania talerzy (mogła też dostarczyć). Co do samego obiadu, na małej kuchence gotowa była usmażyć kotlety i ugotować do tego kartofle, resztę dań należało obstalować w restauracji. A więc majonez, ryby, drób pieczony, ciastka, owoce, wino, kilka gatunków sera, papierosy.
Jej rady trafiły mi do przekonania i pobiegłem na miasto, aby zająć się tem wszystkiem. Nakupiłem przysmaków na dwanaście osób i zdziwiłem się mocno, ujrzawszy to wszystko na stole. Ilość wina — pomimo braku dwóch butelek, które się gdzieś podziały — była także pokaźna.
Steerforth z kolegami stawił się punktualnie, i prosiłem go zaraz, aby był gospodarzem, gdyż ma większą wprawę w tej roli ode mnie.
Wszystko było wyborne, uprzejmość Steerfortha podniecała ochotę i wesołość, wznosiliśmy toasty bezustannie, gdyż wino nadzwyczajnie smakowało wszystkim. Mnie z początku niepokoiło ciągłe kręcenie się chłopca, który wybiegał wciąż do przedpokoju i zaraz potem widziałem na szybie drzwi szklanych cień jego z butelką w ustach. Wkrótce zaczął mu akompanjować coraz częściej brzęk tłuczonych talerzy, co świadczyło o gorliwości pomywaczki, umieszczonej w spiżarni.
Lecz drobne te niepowodzenia nie mogły mi popsuć humoru i zaprzestałem nawet zwracać na nie uwagę. Zrobiło mi się wesoło jak nigdy, śmiałem się bezustannie ze wszystkiego. Wszyscy byli dowcipni i weseli, wszystko nas bawiło i wszystko śmieszyło, każdy mówił i śmiał się, nie czekając odpowiedzi, grzmiały głośno toasty i wiwaty, ktoś zaczął śpiewać, i śpiewaliśmy wszyscy, miałem ochotę płakać z rozrzewnienia, tak kochałem Steerfortha i jego kolegów, zaczęliśmy palić!
Steerforth wygłosił mowę na moją cześć, potem padłem mu w objęcia. Ściskaliśmy się wszyscy. Prosiłem, żeby przyszli i jutro na obiad, żeby przychodzili codzień.
Ktoś otworzył okno i położył czoło na kamiennym, chłodnym parapecie, mówiono, że to ja. Sam mówiłem do siebie: Copperfieldzie. Ktoś przyglądał się w lustrze i spostrzegłem, że to ja także. Ktoś leżał na łóżku i myślę, że to również był Trotwood-Copperfield.
— Chodźmy do teatru — odezwał się któryś i byliśmy zachwyceni tym pomysłem.
Zaraz zgasiłem światło, żeby nie zostawić ognia, ale potem nie mogliśmy trafić do drzwi. Wreszcie spostrzegłem schody, schodziliśmy nadół, ktoś się potknął i zsunął wśród krzyku i śmiechu. Zawołano: Copperfield! Ale się oburzyłem, chociaż byłem zdziwiony, że leżałem na podłodze i coś jakby mię bolało.
Noc była mglista, dokoła latarni jaśniały blade aureole. Wstrząsnąłem się, przejęty chłodem. Steerforth powiedział, że nie wziąłem płaszcza, ale oparł mię o słup latarni i poprawił mi kapelusz, który jakoś niezwykle siedział dziś na mojej głowie.
Nagle zauważyłem, że jestem w teatrze, bardzo wysoko, bo wszyscy ludzie niżej i widać tylko głowy, głowy, głowy. Dużo światła, muzyki i bardzo gorąco. Zapewne dlatego zaczęliśmy schodzić i znaleźliśmy się w długim korytarzu, gdzie było wiele drzwi.
Otworzyłem jedne, wszedłem i usiadłem. Ktoś się obejrzał, ktoś powiedział: — Ciszej! — i spostrzegłem przed sobą Anię pomiędzy jakąś lady i jakimś gentlemanem, których nie znałem zupełnie.
— Ania! — wyjąkałem, zwracając się do niej.
Spojrzała na mnie bardzo dziwnym wzrokiem.
— Tst! Cicho, proszę! Nie przeszkadzaj, Dewi, patrz na scenę.
Spojrzałem, gdzie wskazała; ale nic nie widziałem. Spojrzałem na nią, przyciskała rękę do czoła.
— Jesteś zder-der-nowana... — zacząłem.
— Tak, Dewi. Cicho. Słuchaj.
— Chodźmy do domu. Ja cię pro-odpro-wadzę do ojca.
Nie wiem, co mówiłem więcej, lecz umilkłem, uspokojony jej długiem, poważnem, stanowczem spojrzeniem.
— Wiem, że zrobisz zaraz, o co cię poproszę — rzekła. — Wyjdź, Trot, zrób to dla mnie, i poproś przyjaciół, żeby cię odprowadzili do domu.
Chociaż byłem zły na nią, ale posłuchałem. W korytarzu był tylko Steerforth, który odprowadził mię do domu i pomógł się rozebrać. Mówiłem mu, że Ania jest mi siostrą, i błagałem, żebyśmy napoczęli nową butelkę.
Potem zdawało mi się, że siadamy na nowo do obiadu, ale wszystko się tłukło i wszystko znikało. Czułem zimno i gorąco, ból głowy, suchość w ustach, ręce mię paliły — wreszcie zapomniałem o wszystkiem.
Smutne nazajutrz było przebudzenie: ból głowy, mdłości, bezsilność, ból krzyża, a przedewszystkiem wstyd, wstyd słów i czynów, których nie pamiętałem już dokładnie, a jednakże popełniłem, popełniłem...
Ania! Skąd się tu wzięła? Gdzie jej szukać? Co o mnie myśli? Czy zechce mówić ze mną? Jak mogłem, ach, jak mogłem!...
Pani Crupp sumiennie złożyła w spiżarni resztki wczorajszej uczty: parę kawałków sera i bułeczkę chleba. Zato rachunek stłuczonych talerzy przedstawiał się poważnie.
Cóż znaczą jednak stłuczone talerze i wszystkie wydatki obok uczucia wstydu i upokorzenia, przed któremi nie znajdowałem ucieczki.
— O, czemuż cię to niema, babko moja! — szeptałem, połykając łzy gorące. — Jakąż ulgą byłoby wypłakać się na twojej piersi!
Tak upłynął ten dzień nieznośny, byłem chory i bardzo nieszczęśliwy; położyłem się wcześnie, nie jedząc obiadu, gdyż głowa mię bolała, miałem dreszcze i trochę gorączki.
Następnego dnia jednak czułem się cokolwiek lepiej. Nie mogłem iść na wykłady, lecz postanowiłem przejść się, odetchnąć świeżem i czystem powietrzem. Już wychodziłem, kiedy wszedł posłaniec z listem. List od Ani.
Pisała, że jest w Londynie, czeka na ojca, mieszka u znajomych i zapytuje, czy chcę ją odwiedzić.
Nie wiem, co sobie pomyślał posłaniec, czekając na odpowiedź, może wątpił, czy umiem pisać. Podarłem z dziesięć listów, zanim się zdobyłem na proste słowo: dziękuję, i oznaczenie godziny, o której przyjdę.
Przyjęła mię, jak zawsze dobra i spokojna, nie wspominając o tem, co widziała onegdaj. Lecz to właśnie upokarzało mię najbardziej. Rozpłakałem się i mam przekonanie, że to było najlepsze, co uczynić mogłem.
Położyła mi na ręce rękę i patrzyła na mnie z ogromną dobrocią.
— Trot — rzekła cicho — strzeż się złego towarzystwa.
— Obwiniasz Steerfortha? — zapytałem, boleśnie dotknięty jej słowami. — Niesłusznie. Sam zawiniłem, sam tylko mogę odpowiadać.
— Jest od ciebie starszy o lat kilka.
— Ale jest także młody. Wysłuchaj mię pierwej, będzie mi lepiej, skoro ci wszystko opowiem.
Wysłuchała spokojnie i uważnie, lecz powtórzyła znowu.
— Nie sądzę go jedynie na podstawie tego wybryku, choć jest o tyle starszy, że nie powinien był do tego dopuścić. Ale wiem o nim więcej. Wiem, iż życie dla niego jest zabawą, a ludzie zabawkami. Wiem, że praca i obowiązek to rzeczy mu nieznane. Wiem, że szuka jedynie rozrywki i przyjemności. Jesteśmy młodsi od niego oboje, a jednak zapatrujemy się inaczej. Dotąd byłeś poważnym chłopcem i poważnie patrzyłeś w przyszłość.
— Czy sądzisz, że się zmieniłem?
— Nie, lecz chciałabym bardzo oszczędzić ci przykrych wspomnień i... i... jesteś tak młody.
— Dlatego bądź wyrozumiała.
— Jestem i nie mam ci za złe tego, co się stało. Nawet jestem pewna, że to się nie powtórzy więcej, ale... boję się dla ciebie Steerfortha.
— Chciałbym, żebyś go poznała. Oddałabyś mu wtedy sprawiedliwość.
— Nie mówmy o tem — uśmiechnęła się z dobrocią. — Chciałam cię ostrzec, nic więcej. Przypuszczam, że to nie stanie między nami i że mi nie odbierzesz swego zaufania.
— Nigdy, Aniu! — zawołałem z przekonaniem.
— Czy nie widziałeś Urji? — zapytała, widocznie chcąc zmienić rozmowę.
— Urji? A cóż on tu robi w Londynie?
— Jest tu już od tygodnia w interesach ojca. Zdaje mi się, że zajdą przykre dla nas zmiany: Urja chce być wspólnikiem ojca.
— Urja wspólnikiem ojca? — powtórzyłem. — Czyż to podobna? Czyż można mu ufać? Za wspólnika się przecież odpowiada, a Urja... wykształcenie... charakter... skąd? jakim sposobem? Powinnaś wpłynąć na to. Nie dopuścić.
Ania spuściła głowę i milczała przez chwilę.
— To jest smutniejsze — rzekła — niż przypuszczasz. Przypomnij sobie naszą ostatnią rozmowę — o ojcu... Urja z tego korzystał zręcznie... Mówiłam ci... Zawsze wtedy wzywał ojca do biura... zawsze wtedy były ważne interesy. Za mało się znam na tem, ale łatwo zgadnąć, że Urja robił, co chciał, a ojciec podpisywał, co on wskazał. Tym sposobem wplątał ojca w jakieś sprawy i stał się dla niego niezbędnym. Jest jeszcze coś gorszego: ojciec go się boi. Ojciec go słucha. I dlatego myślę, że Urja nie jest uczciwym człowiekiem.
Zrozumiałem, że Ania nie chce mówić więcej, może się nie domyśla, lecz dla mnie kręte drogi Urji stały się bardzo wyraźne. Dążył do tego zawsze, od początku, chytrze, cierpliwie, wytrwale. Do czegoż doprowadzić może taki wspólnik? Chodzi o dobre imię! To okropne.
— Aniu, Aniu — zacząłem — czyż niema sposobu? Twój wpływ na ojca...
Potrząsnęła głową.
— Ojciec jest w mocy złego człowieka — rzekła — cóż ja mogę? Urja mówi bardzo wiele o wdzięczności i może jest w tem nawet trochę prawdy, może będzie pamiętał o tem... Ach, Dewi — zawołała — gdybyś wiedział, jak mię to wszystko boli... za ojca... bo on cierpi. Cierpi nad tem i kryje się przede mną. Więc udaję, że mu już wierzę, że to jego wybór i wola.
Spuściła oczy, załkała gwałtownie i łzy popłynęły jej po twarzy. Nie widziałem jej nigdy płaczącej tak boleśnie i serce mi się ścisnęło współczuciem.
— Aniu, droga Aniu, moja siostro! — powtarzałem bezsilny w tym wypadku.
Zapanowała nad sobą i otarła łzy, usiłując przybrać zwykły, spokojny wyraz.
— Muszę cię prosić o jedno — szepnęła — nie okazuj Urji niechęci. Ze względu na ojca i na mnie, ukryj, co o nim sądzisz, i bądź, jak dawniej, grzeczny, przyjacielski. To niebezpieczny człowiek, a chodzi... o ojca.
Byłem zgnębiony, choć starałem się panować nad sobą. W salonie zastaliśmy panią domu, która rozmawiała z młodzieńcem, jakby nieobcym dla mnie. Ania mię przedstawiła i nagle usłyszałem imię Traddlesa.
Traddles! Więc to jest Tomek! Zaniedbany, włosy zwichrzone, wyraz dobroci w oczach i łagodny, niepewny uśmiech.
Ścisnęliśmy się serdecznie za ręce, a wspomnienia młodości żywo stanęły przed nami.
— Czy widujesz Steerfortha? — zapytałem.
Machnął ręką i uśmiechnął się swoim uśmiechem.
— Słyszałem, że się bawi — odpowiedział — gdzież ja go spotkać mogę?
— A ty czem się zajmujesz?
— Jestem prawnikiem — odparł — ale... ale niebardzo mi się wiedzie. Nie jestem, jak wiesz, praktyczny. Wszystko jedno. Tylko że nasze drogi ze Steerfortem rozeszły się daleko. Możeby mię nie poznał.
Spojrzałem w stronę Ani i oczy nasze się spotkały, w jej wzroku wyczytałem troskę i przypomnienie.
Pani domu zaprosiła mię na obiad, na którym spotkałem się z Urją.
Byłem na to przygotowany, nie umiałem jednak pokryć swego wstrętu i starałem się trzymać od niego zdaleka. Szło jako tako, o ile nie zbliżałem się do Ani, lecz jeśli zaczynałem z nią rozmowę, Urja natychmiast zjawiał się koło mnie.
To było tak męczące, że chętnie pożegnałem wreszcie towarzystwo, aby odetchnąć z przykrego przymusu, gdy na schodach spostrzegłem, że Urja idzie za mną.
Wyrażał nadzwyczajne zadowolenie z powodu naszego spotkania i szedł obok mnie na ulicy, zapewniając ciągle o swojej przyjaźni i rozumie się — wielkiej pokorze.
Z początku nie odpowiadałem mu wcale, lecz przypomniałem sobie prośbę Ani i chciałem zastosować się do jej życzenia.
— Może pan wstąpi do mnie na filiżankę kawy — odezwałem się grzecznie.
— O, panie Copperfield — wykrzyknął nagle — czyż jestem godzien? Tyle ambarasu z powodu tak pokornego, nędznego człowieka!
— Winienem wzajemność za szklankę herbaty, którą niegdyś piłem u pana.
— W takim razie z przyjemnością, z przyjemnością — mówił słodko. — Taki zaszczyt dla mnie, nędznego człowieka.
Milczałem znów przez drogę, zrobiwszy tak wiele, i weszliśmy nakoniec do mieszkania. Urja zachwycał się każdą drobnostką, nie było końca jego wykrzyknikom, a ja zająłem się robieniem kawy, co mię uwalniało prawie od rozmowy.
— O, paniczu, chciałem powiedzieć: panie Trotwood, jakież zmiany i niespodzianki daje życie! Czyż mogłem przypuszczać kiedyś, że ja, tak marna pokorna istota... nie wiem, czy pan już słyszał, panie Trotwood?
Siedział na sofie, umieściwszy filiżankę kawy na swych długich i wystających kolanach. Kapelusz i rękawiczki postawił obok siebie na podłodze. Jego czerwone oczy błyszczały z pod bezrzęsych powiek jak dwa żarzące się węgle, nozdrza rozdymały się za każdym oddechem, ramiona, ręce, głowa wiły się bezustannie jakimś wężowym ruchem, nie mogłem patrzeć na niego bez wstrętu.
— Panna Ania zapewne wspominała panu o szlachetnym, wspaniałomyślnym zamiarze jej ojca. Co to za wzniosły człowiek! Co za rozum, dobroć... mnie nędznego robaka, którego podjął z prochu... czyż zdołam mu okazać całą wdzięczność? Dziś pragnę przedewszystkiem spełnić jego wolę i służyć mu wiernie z największą pokorą. Panna Ania mówiła panu?
— Tak jest — odparłem sucho.
— Święta istota! Co za szlachetność i dobroć, nawet dla pokornego, niegodnego sługi. Ona nikim nie gardzi. W jej oczach tylko dobroć. Co za szczęście żyć obok takich ludzi. Czy pamiętasz, panie Copperfield, że ty pierwszy przepowiedziałeś mi kiedyś, iż zostanę wspólnikiem pana Wickfielda?
Spojrzałem na niego zdumiony. Nic podobnego nigdy nie przepowiadałem, lecz później przypomniało mi się, że w pierwszych dniach poznania, kiedy byłem zupełnem dzieckiem, zapytałem go raz z naiwnością, czy dlatego pracuje, żeby zostać wspólnikiem pana Wickfielda.
— I sądzę, że to właśnie pańskie dzieło ta iskierka ambicji w mej pokornej piersi — mówił dalej z uśmiechem. — Bo i nędzny człowiek może być narzędziem w ręku wielkich i godnych. Pan Wickfield najgodniejszy, najszlachetniejszy człowiek, ale jak nieostrożny, nierozważny, o panie Copperfield!
— Nierozważny pod każdym względem — zauważyłem gorzko.
— Tak jest — powtórzył Urja innym głosem — dziecinnie nierozważny, niepoczytalny prawie. Przepraszam, że o tem mówię, panie Trotwood. Jestem zawsze pokorny i wiem, że nic nie znaczę wobec wielkich ludzi, ale mówię tylko do pana. I mogę mówić śmiało, że gdyby kto inny był na mojem miejscu w ciągu tych lat ostatnich, zgniótłby pana Wickfielda i zmiażdżył zupełnie, mając go w swojej mocy. Mając go w swo-jej mo-cy — wysylabizował, gniotąc pięścią stojący przed nim stolik, aż się zakołysał pod tem ciśnieniem.
Odwróciłem głowę, żeby nie wyczytał z mych oczu, co czuję i co myślę o nim.
A on wciąż patrzył na mnie, jakby mię nie widział, i mówił słodkim, uniżonym głosem.
— Nierozważne postępowanie, tak: należy przypuszczać nierozwagę, nie chcę powiedzieć bezmyślność. Bo rozmyślność nie, znamy przecież pana Wickfielda, najszlachetniejszy człowiek! Byłem nędznem narzędziem w jego ręku. Cóż ja, pokorny nędzarz? Jego wiedza i jego wola, a moje tylko posłuszeństwo. Ja nie śmiem mówić o tem nawet z panem i zaledwie dotykam tej materji, ale... byłoby już po wszystkiem: majątek, stanowisko, imię... Okropna ruina. Nie umiem nawet osądzić, czy pan Wickfield sam jasno zdaje sobie sprawę... ciemny jestem i nędzny wobec niego.
Serce uderzało mi mocno, nierówno, nie mogłem prawie mówić.
— Może kawy? — spytałem wreszcie, wspomniawszy prośbę Ani.
— O, jaki pan łaskawy! Czyż mogłem przypuszczać niegdyś, że taki zaszczyt... Ale pozostanę zawsze pokorny i matka moja jest bardzo pokorna, czujemy swoją nicość, nędzni ludzie, w naszym lichym i nędznym domku... jednak, ach, panie Trotwood, zgodzisz się pan na to, że panna Ania jest prześliczna!
Zsunąłem brwi mimowolnie. Co on jeszcze odważy się powiedzieć?
— Miss Ania jest istotą wyższą — zauważyłem stanowczo.
— O, dziękuję panu, panie Copperfield, za te słowa! — wołał, wyjmując chustkę i wycierając swoje zawsze wilgotne dłonie.
— Niema za co — odparłem chłodno.
— O, panie Trotwood — odparł — jestem pokorny człowiek, jestem lichy, nic nie znaczący, wiem o tem, lecz w mej uczciwej choć pokornej piersi obraz miss Ani płonie niby ogień święty. Ten czysty płomień podnosi mię ku niej, budzi zuchwałe myśli i nadzieje, moje pokorne serce jest świątynią, w której ośmielam się czcić ją i kochać.
Nie pamiętam, co się stało ze mną po tych słowach. Ciemna zasłona podniosła się nagle i ujrzałem wyraźnie cel tego człowieka. Ogarnęło mię przerażenie. Ania w jego rękach! Ania w jego mocy!
Otrzeźwiłem się bólem: w ręku ściskałem żarzący się węgiel.
— Czy... czy... Ania wie o tem? — wybełkotałem z trudem.
— Miss Ania? O, nie, panie. Byłem dotąd tak nisko. Dopiero zacząłem się podnosić. Dzięki jej ojcu. Ale ona oceni, jak mu jestem użyteczny, ona, tak dobra córka, która go tak kocha, przez wzgląd na ojca... mam nadzieję... zczasem... będzie dobra i dla mnie.
Nie miałem siły nic na to powiedzieć.
— A tymczasem — zaczął po chwili — to jest tajemnica, którą tylko panu powierzyłem, panie Copperfield. Ufam pańskiej przyjaźni, że to zachowasz w swem sercu. Jestem bardzo pokorny człowiek, ale wierzę, że moja Ania przyzwyczai się zczasem do tej myśli, oswoi się powoli i stopniowo, stopniowo oceni moje usługi, moją wierność i przywiązanie do jej ojca. Lecz to dopiero przyszłość.
Spojrzał na zegarek i skrzywił trupią twarz dziwnym wyrazem.
— Wpół do pierwszej! — zawołał. — Jak czas prędko leci! Wpół do pierwszej. Nie mogę już wrócić do domu. To prywatne mieszkanie ubogiej staruszki i wszyscy śpią oddawna. Cóż ja zrobię?
— Mam tylko jedno łóżko — powiedziałem — więc choć mi bardzo przykro...
— Na co mi łóżko, panie Copperfield? Jeśliś tak dobry, położę się na podłodze przed kominkiem. Jestem nędzny, pokorny człowiek...
Nie mogłem mu pozwolić spać na ziemi, więc posłałem materac w jadalnym pokoju i usłyszałem wkrótce głośne chrapanie śpiącego.
Co do mnie, sen odleciał gdzieś bardzo daleko. Tyle myśli i uczuć zmąciło mi spokój, że leżąc z otwartemi powiekami, czekałem świtu, aby się otrząsnąć z niepokojących widziadeł tej nocy.
Widocznie Urja wczoraj spełnił, co zamierzał, i nie miał interesu przedłużać wizyty, gdyż zaledwie dzień nastał, wyniósł się pocichu.
To było pierwszą ulgą. Pośpieszyłem zaraz otworzyć okno w jadalnym pokoju, i czując nadzwyczajną potrzebę ruchu, wyszedłem też na miasto.
Wieczorem zastałem bilecik od Ani.
Żegnała mię serdecznie, opuszczając Londyn, prosiła, bym miał zawsze do niej zaufanie, chociażbyśmy się różnili w sądzie o ludziach, i nie wymieniając żadnego nazwiska, powtarzała swoją opinję, że kto nie uznaje w życiu obowiązku, ten źle żyje i jest człowiekiem bez wartości.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.