Dekabryści/Część druga/Rozdział VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Wydawca Krakowska Spółka Wydawnicza
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

— Nie jestem pewny artyleryi — odpowiadał cesarz, ilekroć nalegano na niego, by posłał po armaty.
Nietylko artyleryi nie był pewien, lecz wogóle i całej reszty wojsk. Siemionowcy porozumiewali się z buntownikami za pośrednictwem tłumu, zdradzając ochotę połączenia się z nimi, Izmaiłowcy na trzykrotne pozdrowienie odpowiedzieli cesarzowi głuchem milczeniem, a Finlandcy strzelcy stanąwszy na Isakowskim moście, nie chcieli się ruszyć. »Cóż będzie, jeśli wszyscy przejdą na stronę buntowników — myślał cesarz — wtedy i artylerya nie pomoże, bo działa przeciw mnie obrócą«.
Bonjour, Charles Fedorowicz. Ładnie zaczyna się nowe panowanie, obryzgane krwią — zwrócił się cesarz do nadjeżdżającego barona Tola, z właściwym sobie nieco krzywym uśmiechem, jakby przy bolu zębów.
— Najjaśniejszy panie; jedyny sposób położenia temu końca, to roznieść armatami tę hołotę — odpowiedział Tol.
Cesarz nachmurzył się i nic nie rzekł, bo nie wiedział, co powiedzieć; bał się wypaść z roli i uderzyć w fałszywy ton.
— Nie trzeba krwi — podpowiedział mu Benkendorf.
— Tak, krwi — przypomniał sobie cesarz. — Nie trzeba krwi — powtórzył głośno — czy chcecie, żebym w pierwszym dniu panowania przelał krew moich poddanych.
Umilkł i nadął się, jak dzieciak. Znów uczuł żal nad sobą. Biedny mały, pauvre diable, biedny Niks.
Wziąwszy Benkendorfa pod ramię, Tol odjechał z nim na bok i spytał, ukazując oczyma na cesarza:
— Co mu jest?
— Jakto co? — zdziwił się niby Benkendorf, udając, że nie rozumie, i spojrzał na prostacko-żołnierską twarz Tola z przebiegłym uśmieszkiem.
— Czy mu żal tych kanalii? — zadziwił się Tol.
— O tem nie możemy sądzić pan, ani ja. Miłosierdzie cesarskie jest bezgraniczne. Planem naszym jest okrążyć buntowników i zmusić ich do poddania się, bez rozlewu krwi.
Tol nic nie odpowiedział. Jako jenerał liniowy niegdyś podkomendny Suworowa, ulubieniec Kutuzowa, znawca taktyki Napoleońskiej, zrozumiał, że Benkendorf mówi z lekkomyślnością i dyletantyzmem człowieka, który nigdy prochu nie wąchał. Rozumiał takie, że zbuntowane czworoboki trzymają się mocno, że można je wystrzelać, skartaczować, unicestwić, lecz nie da się ich inaczej znieść, że przytem jeśli żagiew buntu przeniesie się na tłum, to przy wielotysięcznym tłoku wywiąże się nie walka regularna, a bezładna bijatyka, która nie wiadomo czem się skończy.
Wojska wierne Mikołajowi, chwiały się, a wśród wodzów panował nastrój, który poprzedza zwykle bitwy przegrane, to jest wszyscy potracili głowy i miotali się bezładnie, podając niezdarne rady, jak naprzykład, żeby poczekać do jutra, to się może buntownicy sami rozejdą, albo żeby posłać po sikawki i oblać ich wodą prosto w twarz, co odejmie im możność działania.
Nareszcie ukazała się artylerya, po którą cesarz pozwolił posłać, po długim ociąganiu się. Wyjechały więc z Grochowej ulicy cztery armaty na wysokich lawetach, bez jaszczyków, pod komendą pułkownika Nestorowskiego.
— Czy ma pan z sobą kartacze, panie pułkowniku? — spytał Tol.
— Nie było rozkazu, panie jenerale.
— W takim razie, proszę natychmiast posłać po nie i to z największym pośpiechem — rozkazał Tol.
Wiedział co robi i że samowolnym tym rozkazem, ratuje życie cesarza, a może i byt państwa rosyjskiego.
Cesarz tymczasem przejeżdżał powoli, krok za krokiem, od rogu Newskiego do domu Łobanowa, a stamtąd do Isakowskiego parkanu, aż do ostatniego rogu który właśnie zasłaniał front buntowników. Czas wlókł mu się niesłychanie przy tej przejażdżce. Minuty upływały bardzo powoli i dłużyły mu się, jak wieczność. Zatrzymawszy się w tym narożniku, który go zasłaniał, cesarz uczuł, że jakaś siła ciągnie go i dalej poza narożnik.
Pociąg to był nieprzeparty, by przekroczyć ten róg, poza którym gwizdały kule i wlokło go coś tam, wchłaniało, jak zawrotny wir wciąga w bezdeń, płynącą drzazgę. Oczu nie mógł oderwać od tych strasznych szarych desek, przypominających rusztowanie szafotu. Wiedział jednak co go tam wlecze; pokaże im, że nie tchórz. Przychodziły mu na myśl słowa Jakubowicza: »Chcą żeby wasza cesarska mość sam wyjechał, z innymi mówić nie chcą«. Istotnie poco posyła drugich, a sam nie wyjedzie.
Kule za węgłem przelatywały tymczasem ponad głowami wojsk, widocznie buntownicy mierzyli przez wierzch. Róg parkanu zasłaniał od nich cesarza, a jednak zdawało mu się, że kule gwiżdżą mu nad głową.
— Co ty im mówisz? — spytał Mikołaj Benkondorfa, który wyjechał za węgieł i przemawiał coś do stojącego na przedzie batalionu Preobrażeńców.
— Mówię im, wasza cesarska mość, żeby się durnie nie kłaniali kulom.
Nie skończył jeszcze tych słów, gdy cesarz sam uchylił głowę. Na blade policzki Mikołaja wystąpiły dwie krwiste plamy, spiął konia ostrogą, a ten wyskoczył wraz z jeźdźcem, poza róg parkanu.
Wtedy cesarz zobaczył buntowników i oni go ujrzeli i krzyknęli:
— Ura! Konstanty!
Padła z ich strony salwa, lecz i teraz mierzyli widocznie umyślnie przez wierzch, szczędzili go. Kule gwizdały mu nad głową, jak rzemienie, które świszczą, lecz nie spadają, a w gwiździe tym był jakby chichot. »Tchórzysz sztabskapitanie Romanow!« Spiął znów konia ostrogą, ten porwał się dęba i poniósłby jeźdźca przed sam front buntowników, gdyby nie jenerał adjutant Wasilczykow, który chwycił za uzdę.
— Pość! — krzyknął z wściekłością cesarz.
Lecz tamten trzymał mocno i nie puściłby choćby ten opór miał go życia pozbawić; wierny był »rab«.
Wreszcie palce cesarza, trzymające cugle, rozluźniły się, osłabły i udało się Wasylczykowowi zawrócić konia, który pokłusował w tył. Mikołaj nie zdawał sobie sprawy ze swego stanu, lecz doświadczał tych samych uczuć co w dzieciństwie, gdy, chroniąc się przed burzą, wsuwał głowę pod poduszkę. Opamiętał się dopiero, wyjechawszy na plac przed zimowym dworcem i zrozumiał, że wyjaśnić powinien sobie i drugim, dlaczego odjechał z tego strasznego miejsca. Zawezwał więc komendanta pałacu Baszuckiego i spytał go, czy spełniony rozkaz wzmocnienia straży pałacowej dwoma rotami saperów.
— Wykonano wasza cesarska mość.
— Ekwipaże gotowe? — spytał jeszcze cesarz adjutanta Adlerberga.
— Tak jest! wasza cesarska mość.
Polecił był by przygotowano zamiejskie pojazdy, dla przewiezienia cichaczem w razie potrzeby, obu cesarzowych i następcy tronu, do Carskiego Sioła.
— A cóż cesarzowa? — spytał jeszcze Adlerberga.
— Raczy się bardzo niepokoić i zaklina, by wasza cesarska mość raczyła a nimi odjechać.
Cesarz rozumiał dobrze, że odjechać, znaczyłoby uciekać.
— A ty co myślisz? — zapytał spoglądając a podełba na Adlerberga.
— Ja myślę, że życie waszej cesarskiej mości....
— Dureń jesteś — krzyknął cesarz, zawróciwszy konia i pojechał znów w stronę pałacu senackiego.
Na wieży admiralskiej wybiła trzecia godzina. Zaczynało zmierzchać. Śnieg padał j białe lekkie płatki krążyły w pociemniałem powietrzu. — W głębi admiralskiego bulwaru, stała rota pieszej artyleryi z czterema armatami — i zapasowe jaszczyki z kartaczami. Jenerał Suchozanet podjechał do cesarza.
— Wasza cesarska wysokość — zaczął, lecz cesarz spojrzał na niego tak, że się pod ziemię chciał schować, z powodu nie dodania należnego tytułu.
Wówczas jednak »biedny mały« przypomniał sobie jak sam niedawno zakomenderował: »Zostawić tu rotę wielkiego księcia« jakże go mieli drudzy tytułować, skoro sam się nie miał za cesarską mość.
— Najjaśniejszy panie! — poprawił się Suchozanet. — Wieczór nadchodzi, a w obecnem położeniu, ciemność mogłaby się stać zgubna; pozwólcie oczyścić plac kartaczami.
Cesarz nic nie odrzekł i powracał na dawne miejsce przy parkanie Izaaka. I znów miał przed sobą gładkie szare deski i ten straszny narożnik, podobny rusztowaniu. Znów ten sam gwizd kul przelatujących nad głową z szyderczym jakby chichotem, gwizd rzemieni co świszczą lecz nie smagają.
Wpierw tłum dzielił się na dwie gromady, z których jedna sprzyjała carowi, druga buntownikom, teraz obie części zlały się w jedno, a w ciemnościach wzrastających ludzie tłoczyli się i naciskali wierzchowca cesarskiego.
— Tłum zaczyna napierać, raczcie odjechać wasza cesarska mość — doradzał ktoś ze świty.
— Bądźcie tak dobrzy moi ludzie i rozejdźcie się. Wracajcie do domu, cesarz was o to prosi — perswadował Benkendorf.
— Do mnie będą strzelać, a mogą was trafić — rzekł cesarz.
— Patrzcie, jaki się miękki zrobił — dał się słyszeć głos w tłumie.
— Teraz, kiedy was przycisnęło, to się przychlebiacie, a potem gotowiście naszego brata w kozi róg zapędzić.
— Nie pójdziemy stąd. Ginąć będsiemy z nimi.
Twarze stawały się złe, stojący dotąd bez czapek, zaczęli nakrywać głowy.
— Zdjąć czapki — krzyknął cesarz z nagłym gniewem i znów, jak przed chwilą, szalone uniesienie rozlało się płomieniem w żyłach jego, jak ognisty trunek i znów poczuł, że będzie ocalony, byle się potrafił na dobre rozgniewać. W tej chwili z poza parkanu ciskać poczęto kamienie, cegły, polana.
— Strońcie od parkanu wasza cesarska mość — krzyknął jenerał adiutant Wasylczykow.
Tam przed owym strasznym węgłem siedział na parkanie, jak na koniu, młody chłopina z czarnymi włosami, z zapadłym noskiem, tkwił na deskach w rozpiętym półkożuszku, z pod którego widać było czerwoną koszulę, całkiem jak kat na szafocie.
— Ot i nasz Pugaczew — zaśmiał się wyrostek, patrząc prosto w oczy cesarzowi.
— Czemu się wasza cesarska wielkość chowa za parkanem. Pojedźcie tam.
Tłum usłyszawszy to, zakrzyknął dokoła.
— Pagaczew! Pugaczew! Gryszka Otropjew. Klątwa na ciebie.
— Co będzie, jeśli zabiją, jak psa kamieniem, albo polanem — pomyślał z obrzydzeniem cesarz, a gdy uprzytomnił sobie, jak niedawno pchał się do uścisków z nim jakiś czerwonopyski oberwaniec, który cuchnął surowem mięsem, zamgliło go we wnętrzu, pociemniało w oczach, ręce i nogi rozprężyły się tak, że omal z konia nie spadł.
— Ura, Konstanty! — krzyczano, a w mrokach wieczoru zaświeciły ogniki strzałów i huknęła salwa. Spłoszony hukiem koń szarpnął się pod cesarskim jeźdźcem.
— Wasza cesarska mość, nie mamy ani minuty do stracenia. Kartacze niezbędne — rzekł Tol.
Cesarz chciał coś odpowiedzieć, lecz nie mógł, bo język odmówił mu posłuszeństwa. I jak bywało dawniej, gdy dziadzio Lamsdorf wyciągał go w czasie burzy a pod poduszki, gdzie wsuwał głowę na widok błyskawicy, Mikołaj powiedział sobie w duszy: — Koniec już, wszystko przepadło.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.