Dziecię nieszczęścia/Epilog/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Dziecię nieszczęścia
Wydawca A. Pajewski
Data wyd. 1887
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Szebeko
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Na stoku wzgórza posłyszano odgłos kroków i dźwięk broni.
Zamajaczyły jakieś cienie i w miarę jak się zbliżały do miejsc oświetlonych płomieniem ogniska, postacie ludzkie stawały się widoczniejsze.
Wkrótce rozróżnić można było mundur gwardzistów ruchomych.
Było ich dwudziestu i szli pod dowództwem porucznika.
Mundury podarte, obuwie podziurawione, szaspoty pokryte rdzą, wszystko to świadczyło o strasznych kolejach, jakie musieli przebywać.
— Stój! — rozkazał porucznik o trzydzieści kroków od biwaku wolnych strzelców.
Poczem zbliżył się sam mówiąc:
— Gwardziści z Doubs...
— Witajcie koledzy — odparł starzec ze wstążeczką legii honorowej — i przysiądźcie się do naszego ogniska... Niestety! to wszystko co mogę wam ofiarować...
Usłyszawszy ten głos, porucznik gwałtownie zadrżał. Postąpił kilka kroków i spojrzawszy na twarz wodza wolnych strzelców, od którego przedzielało go tylko ognisko, porucznik zawołał:
— Panie hrabio!!.. Pan!.. Pan tutaj!!..
Starzec drgnął tak samo, jak młody oficer i również przyjrzał mu się bacznie.
Gwardzista ułatwił mu to, odrzucając kaptur, który mu ukrywał kepi i zasłaniał część twarzy.
Starzec nagle zbladł i szepnął tonem dzikim:
— Armand!.. to Armand!..
W pierwszej chwili chciał cofnąć się, jakby ujrzał przed sobą coś wstrętnego, ale był to ruch tylko błyskawiczny i dżentelman, którego nazywano „panem hrabią“ wyciągnął ramiona ku młodzieńcowi i wyrzekł wzruszonym głosem:
— Chwała Ci Boże, żeś go jeszcze zostawił przy życiu!.. Dziecko moje, chodź mnie uściskać...
Oficer gwardzistów podbiegł i hrabia Henryk de Nathon przycisnął Armanda Fangela do serca z jakąś ponurą gwałtownością.
Nastąpiło kilka chwil milczenia po tym uścisku. Nie był tu ani czas, ani miejsce, do poufnych wynurzeń,
Zresztą cóż mieli sobie osobiście powiedzieć ci dwaj ludzie, którzy przed tylu miesiącami rozstali się wskutek sceny, o której żaden z nich nie mógł pomyśleć bez zgrozy?
Pierwszy p. de Nathon przerwał milczenie.
— Czy to tylko traf cię tutaj sprowadza? — zapytał.
— Nie, panie hrabio — odpowiedział porucznik.
— Przecie nie wiedziałeś, że tutaj jestem.
— Niewiedziałem.
— I zapuściłeś się w ten las, mając jakiś cel?
— Tak.
— Czy mogę cię zapytać: jaki?
— I owszem!.. Cel to jest bardzo prosty... Masz, panie hrabio, jaki taki zapas żywności?..
— Gdybyśmy mieli, chętnie sami podzielilibyśmy się z wami, o tem przecie nie możesz wątpić — odpowiedział Henryk. — Nie zostało nam nic!.. Od południa pościmy..,
— Ha! panie hrabio, my będąc w takiem samem położeniu, postanowiliśmy, że lepiej jak żołnierzom przystoi, poledz od kul niemieckich, niż nędznie powymierać z głodu...
— Stokrotnie macie słuszność!..
— Jakiś wieśniak, z którym spotkaliśmy się przed godziną, mówił mi, że o pół mili ztąd jest duża wieś, zajęta wczoraj w nocy przez oddział pruski, złożony zaledwie z dwudziestu żołnierzy.
— A czyś pewien, że ten wieśniak nie jest zdrajcą, zaprzedanym nieprzyjacielowi, może chce cię ściągnąć w zasadzkę? — przerwał pan de Nathon.
— O! nie... Znam go oddawna... To uczciwy człowiek.
— Dobrze, ale w każdym razie ta wiadomość od niego wydaje się bardzo nieprawdopodobną?
— Pod jakim względem?
— Bo niemcy zwykle są aż do przesady ostrożni... Do samotności czują oni odrazę, zwłaszcza w nocy nie pozostawiliby garści ludzi na wsi, wiedząc, że tak blizko przebywają szczątki nieprzyjacielskiej armii...
— W zasadzie masz pan słuszność, panie hrabio — podchwycił Armand Fangel — ale tym razem nieostrożność jest możebną, bo jest mimowolną... Wieśniak ów, dał mi szczegółowe wiadomości...
Tych dwudziestu ludzi zrana pojechało do Baume-les-Dames po mięso i wino... Nie tak to łatwo im przyszło, bo kraj wyniszczony... Eskorta spóźniła się wśród złych dróg... Oficer, dowodzący oddziałem, obawiał się po nocy wpaść w jaką zasadzkę wolnych strzelców i wolał się zatrzymać na wsi...
To zmienia postać rzeczy, panie hrabio, nieprawdaż?
— Niezawodnie! — odpowiedział Henryk de Nathon — co przed chwilą wydawało mi się niemożebnem, teraz rzeczywiście jest dla mnie prawdopodobnem...
— A zatem — mówił dalej porucznik — proponujemy wam zaskoczyć niemców, zaatakować wioskę, znieść oddział i zabrać prowiant.
— Doskonała myśl, popieram ją ze wszech sił.
— A nadto zwróć uwagę, panie hrabio: jakkolwiekbądź skończy się awantura, zawsze wszystkie szanse są po naszej stronie.
— Jakto?
— Jeżeli nas zabiją, to już nie będzie nas trapił głód... Zatem dopniemy swego celu... Jeżeli zaś przeciwnie, zostaniemy zwycięzcami, uczynimy jak za czasów Iliady, upieczemy dwa lub trzy woły na olbrzymim ogniu, wytoczymy nektar z pięciu czy sześciu beczek i nasza ostatnia uczta będzie wyglądała na biesiadę pół-bogów!.. No i cóż, należysz do nas, panie hrabio?
— Naturalnie, do licha!
— A więc w drogę!
— Znasz drogę?
— Na palcach... Wśród najciemniejszej nocy trafiłbym... Ze dwadzieścia razy, kiedy polowałem w tych stronach, odpoczywałem tam...
— Więc prowadź nas w drogę!
Przywołano placówki.
Zagaszono ogień, który pozostawiony sam sobie mógłby wzniecić pożar w sąsiednich lasach, i mały oddział, złożony z dwudziestu dwóch gwardzistów i ośmiu wolnych strzelców, ruszył po ścieżkach stromych i oślizgłych od stwardniałego śniegu.
Szli wolno, nie mówiąc nic do siebie.
W godzinę niespełna porucznik, który postępował na czele, zatrzymał się i po cichu rozkazał wszystkim stanąć.
O czterysta kroków zarysowała się niewyraźnie na ciemnem niebie jakaś czarna masa, przedziurawiona tu i owdzie punktami świetlanymi.
Żaden odgłos ztamtąd nie dolatywał.
Były to gospodarskie zabudowania folwarczne.
Dokoła nich rosły drzewa owocowe a opasywał je, jak zwykle na wsi w tamtych stronach, parkan z dużych kamieni, wysoki ze dwa łokcie.
— Jesteśmy na miejscu... — odezwał się Armand Fangel — teraz pozwól mi pan złożyć dowództwo w swoje ręce.
Gwardziści i wolni strzelcy otoczyli pana de Nathon.
— Dopiero godzina dziewiąta wieczorem — zauważył tenże — na folwarku cicho, to prawda, ale z pewnością goście niemieccy nie śpią... Sądzę, że nie należałoby zaczynać przed północą... O północy zaskoczymy prusaków rozespanych... A ty, poruczniku Fangel, jak myślisz?
— Byłoby to dobrze, przyznaję... — odparł młodzieniec żywo — ale do północy mamy jeszcze trzy godziny... Owóż, jeżeli będziemy musieli przepędzić tutaj, w śniegu, trzy godziny na dwunastostopniowym mrozie, zmarzniemy tak, iż ledwie zdołamy się ruszyć, gdy nastanie wreszcie odpowiednia chwila!.. Wiem, że życie stawiamy na jedną kartę... ale cóż to znaczy?. Kiedy Francja kona i Francuzi mogą umierać!..
Rozejrzyjmy się prędko w położeniu.
Jeżeli wieśniak mówił mi prawdę, jak się spodziewam, jeżeli niemców jest tam zaledwie dwudziestu pięciu, będziemy mieli nad nimi potrójną przewagę: liczbę, zapał i niespodziewane zaskoczenie...
W takich warunkach powodzenie wydaje mi się niewątpliwem...
Jeżeli przeciwnie, wieśniak ten mnie oszukał lub sam był oszukany, jeżeli prusacy otrzymali już posiłki, których się nie spodziewali, zginiemy, to rzecz jasna, jak nasze pułki zginęły pod Wörth, zdruzgotane masą!.. Tego nie wstyd!..
Ja byłbym za natychmiastowym atakiem!
Cóż pan teraz na to, panie hrabio?
— Przekonałeś mnie — odparł pan de Nathon. — Za siebie i za swoich towarzyszów odpowiadam: Tak!
Armand skłonił się hrabiemu i podchwycił:
— Proponuję więc podejść bez hałasu aż do bramy, która jak mi mówił wieśniak, wyłamana jest od kilku dni i tylko zapchana chrustem...
Jeżeli zejdziemy szyldwacha znienacka i zabijemy go bagnetem, wszystko pójdzie dobrze!.. Jeżeli zaś placówka zaalarmuje, wedrzemy się na parkan, zaraz po pierwszym strzale... Poskoczymy na wieś i każdy weźmie się do roboty... Cóż, dobry plan, panie hrabio?
— Zgadzam się!.. — odparł Henryk de Nathon. — Zastrzegam sobie tylko, iż pójdę pierwszy...
— Dlaczego, hrabio, masz się bardziej narażać od nas?
— Dla dobra wszystkich... Mówię po niemiecku jak rodowity berlińczyk... Przypuśćmy, że szyldwach nas spostrzeże, może uda mi się tak długo go zająć, że zdążycie nadbiedz, zanim krzyknie na alarm.
— Dobrze! — odpowiedział Armand — niech się dzieje wola hrabiego...
Hrabia ruszył naprzód, a za nim w małej odległości jego oddział.
Szedł zwolna, wystrzegając się skrzypu kroków na śniegu pod ciężkiemi podeszwami butów.
Już zaledwie pięćdziesiąt kroków oddzielało go od parkanu.
Wtem jeden z wolnych strzelców potknął się i upadł, a lufa karabinu zabrzęczała na stwardniałej ziemi.
Natychmiast wśród ciszy, dał się słyszeć donośny głos placówki niemieckiej:
— „Wer da?“
— „Offizier!“ odpowiedział hrabia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: Józefa Szebeko.